dwutygodnik internetowy
13.06.2016
magazyn papierowy


S. Ancilla: Mogłabym być siostrą, nie będąc lekarzem. Ale nie odwrotnie

W posłuszeństwie dopuszczalny jest dialog. Kiedy dostaję polecenie od przełożonej, to mogę, a nawet powinnam, wyrazić swoje zdanie, jeżeli czuję jakąś trudność. Z wieloma problemami pokazanymi w książce „Zakonnice odchodzą po cichu” trudno polemizować. Ale trzeba pamiętać, że to doświadczenie pojedynczych osób.

ilustr.: Zuzia Wicha

ilustr.: Zuzia Wicha

Z siostrą Ancillą Dziarską ze zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża oraz lekarzem rodzinnym w zakładzie dla niewidomych w Laskach rozmawiają Ala Budzyńska i Wanda Kaczor.

***

ALA BUDZYŃSKA, WANDA KACZOR: Od dawna próbowałyśmy porozmawiać o książce Marty Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu” z siostrą zakonną. Wszystkie z góry odmawiały, nie pytając o szczegóły. Dlaczego siostry mają tak dużą obawę przed zabieraniem głosu publicznie, w dodatku w sprawie, która bezpośrednio ich dotyczy?

S. ANCILLA: To może wynikać z obawy, że przekazana informacja będzie w pewien sposób zniekształcona. Ponadto siostry, wstępując do zgromadzenia, wybierają życie ukryte – swego rodzaju „dystans” do świata – i nie szukają rozgłosu.

Jeśli w ogóle mówimy o powołaniu i o życiu zakonnym, to mówimy o swego rodzaju tajemnicy dostępnej tym, którzy ten dar otrzymują. Te osoby, którym Pan Bóg dał inne łaski, do końca tego nie zrozumieją i myślę, że obawa przed dzieleniem się swoim doświadczeniem wynika z tego, że może być ono niezrozumiałe dla szerszego kręgu odbiorców. Moje odczuwanie tego, jak Pan Bóg mnie prowadzi, może być dla kogoś czymś zupełnie obcym, dziwnym, niezrozumiałym. Inaczej zinterpretowanym. Doświadczenia opisywane we wspomnianej książce są osobiste, dość subiektywne. Czasami jest tak, że Pan Bóg, dając trud, daje też Boże spojrzenie na to. Jeżeli zaczynamy patrzeć na te trudy tylko od strony ludzkiej, to do końca nie jest to. No właśnie, nawet nie potrafię tego do końca wytłumaczyć…

Ale zadziwiająca jest też sytuacja, w której dyskusja, jaka wywiązała się wokół książki, tak naprawdę odbywa się bez udziału samych zainteresowanych.

Rzeczywiście, czytelnik, nie mając własnych doświadczeń, po tej lekturze może mieć wrażenie, że życie zakonne nie ma sensu. Tak różne osoby, doświadczenia, sytuacje, różny czas w zakonie, a koniec taki sam. Łatwo można generalizować, przekreślić sens życia zakonnego w ogóle. A jest to błąd.

Problemem, jaki wyłania się z opisywanych w książce historii, jest na pewno sam proces wstępowania do zakonów. Bardzo młode dziewczyny, tuż po szkole, zachęcone przez atmosferę rekolekcji, wspólnej gry na gitarze, tak zwaną „powołaniówkę”, wybierają często zakon przypadkowo. Na ile można rozpoznać w tym prawdziwe powołanie?

Jedną z wielu łask w moim życiu jest to, że spotykałam na drodze bardzo mądrych ludzi. Gdy wstępowałam do zgromadzenia, spotkałam księdza, który powiedział mi tak: „Pamiętaj, Olu, żebyś się nie bała stawać coraz dojrzalszym człowiekiem”. To zdanie cały czas mi towarzyszy. My się cały czas rozwijamy, dojrzewamy i w tym wszystkim jest obecny Duch Święty, Pan Bóg.

Myślę, że rzadko ktoś przychodzi do zgromadzenia z naprawdę pełnym zrozumieniem, czym jest życie zakonne. To się odkrywa i pogłębia przez całe życie do chwili przejścia do domu Ojca. To jest cały czas praca z łaską, formacja nigdy się nie kończy.

Oczywiście zdarza się, że kogoś pociągnie charyzmatyczna osoba czy kolor habitu. To jednak nie wystarczy. Najlepiej, i wierzę, że najczęściej, jest jednak tak, że pociąga Bóg przez jakiś charyzmat. Motywacje wtedy się nie zmieniają, tylko pogłębiają. Dokładnie tak, jak w budowaniu relacji między dwojgiem osób – zaczyna się od drobiazgu, a ostatecznie zakłada się rodzinę. Jest czasami łatwiej, czasami trudniej, ale się trwa, bo to jest twoja droga.

Jeśli utwierdza się w tym przekonaniu, to doskonale. Dla mnie niesamowite jest to, że w tak młodym wieku decyduje się poniekąd o całym swoim życiu.

Czasem się utwierdzasz, a czasami na twojej drodze mogą pojawić się różne trudności i pokusy. Mamy czas na rozeznanie powołania i w tym widzę dużą mądrość Kościoła. Różnie to wygląda, w zależności od tego, jak to jest zapisane w konstytucjach poszczególnych zgromadzeń. W każdym zgromadzeniu jest pewien czas na przyglądanie się i rozpoznanie, czy to naprawdę jest moje miejsce. Jest to przyglądanie obustronne: osoby, która przyszła do zgromadzenia, i jej wspólnoty. U nas postulat trwa od roku do dwóch, potem jest nowicjat, który trwa dwa lata i to jest formacja do pierwszych ślubów, a potem jest juniorat – czas, kiedy składa się śluby tylko na rok i przez kilka lat je ponawia. Czyli jeżeli ktoś rozezna bądź zgromadzenie razem rozezna, że to nie jest to miejsce, nie jest ta droga, to gdy śluby roczne zupełnie wygasają, można wrócić do życia świeckiego. Dopiero po zakończeniu junioratu jest czas ślubów wieczystych, kiedy to decyzja zapada faktycznie na całe życie. Czas na weryfikację jest więc naprawdę długi. Mam wrażenie, że to jest „choroba” naszego czasu, że mamy kłopoty z podejmowaniem wiążących decyzji i wytrwaniem w nich. Na innych płaszczyznach życiowych jest podobnie. Wiek podejmowania wiążących decyzji – czy to związanych z małżeństwem, czy z życiem zakonnym lub zawodowym – stale się przesuwa. Dla niektórych w nieskończoność…

Porównała siostra życie zakonne do rodzinnego. Z książki Abramowicz wynika pewien paradoks, który tego dotyczy. Z jednej strony w zakonach podkreślany jest ciągle aspekt wspólnotowości, tego, że zgromadzenie ma być jak rodzina. Z drugiej bohaterki reportażu słyszą, że nie mogą z nikim się zaprzyjaźniać, tworzyć żadnych głębszych relacji. Jak to pogodzić?

Ładnie jest to w książce nazwane: „przyjaźnie partykularne”. Tu nie chodzi o to, że nie mogę nawiązywać z nikim relacji, przecież to by było zupełnie nienaturalne! Z kimś się lepiej rozumiem, z kimś innym mniej. Chodzi o to, żeby nie ograniczać się do kontaktu tylko z jedną osobą, żeby pozostawać otwartym na innych. Na tym polega zresztą zdrowa przyjaźń.

Czy jest w zakonie w ogóle miejsce na prywatnośćW książce wielokrotnie opisywana jest relacja między siostrami a przełożoną, która ma nad nimi niemal całkowitą kontrolę. Skrajnym przykładem była sytuacja, w której kontroli podlegało to, która z sióstr przychodzących do zakonu jest dziewicą, a która nie. Były też przypadki niezachowywania tajemnicy spowiedzi przed przełożoną.

Moim zdaniem z wieloma problemami pokazanymi w książce trudno polemizować, na przykład z niezachowaniem tajemnicy spowiedzi. Ale trzeba pamiętać, że to doświadczenie pojedynczych osób.

Pytałaś o prywatność, ale ja trochę odwrócę pytanie. Powiedziałabym, że tu chodzi bardziej o rodzaj otwartości. Jestem otwarta na to, że przełożona mnie o coś zapyta z jakiegoś powodu, którego ja wcale nie muszę być świadoma. Chodzi o otwartość i zaufanie. Przełożony w zakonie w jakiś sposób odpowiada za nas przed Panem Bogiem i dlatego nie jest obojętny na to, co robimy. Czasami mogę nie wiedzieć, że zaszłam za daleko w jakiejś sytuacji, nie jesteśmy przecież do końca obiektywni w stosunku do siebie.

Ufam, że przełożona chce dla mnie dobrze. Jeśli zauważy coś, co mnie z Bożej drogi sprowadza, to ma prawo, a nawet powiedziałabym: obowiązek, powiedzieć mi o tym. Wierzę i ufam, że nie muszę wszystkiego znać. Każdy z nas obserwuje to, co jest dookoła niego, i ma tyle wiadomości, ile ma. Natomiast nie wiemy, jak ta sytuacja wygląda całościowo. Tak jak w pracy: czasem pracownik nie rozumie do końca decyzji kierownika. Ale to często jest podyktowane jakimś innym względem, o którym nie wie. Natomiast w zgromadzeniu jest jeszcze coś więcej, bo dochodzi aspekt odpowiedzialności przed Bogiem. A czy jest miejsce na prywatność? Myślę, że to jest w poszczególnych zgromadzeniach różnie rozwiązywane, ale na pewno jest.

Masz razem z siostrami iść we wszystkim za przełożoną. Ilekroć nie słuchasz jej, nie słuchasz samego Boga. Wszelka samowola jest obrzydliwa i jest znakiem krnąbrności”. To fragment z poradnika savoire-vivre przywoływanego w książce. Gdzie jest granica tego posłuszeństwa? Czy to oznacza, że nie ma w ogóle miejsca na własne zdanie, inne od zdania przełożonej?

W posłuszeństwie dopuszczalny jest dialog. Kiedy dostaję polecenie, to mogę, a nawet powinnam, wyrazić swoje zdanie, jeżeli czuję jakąś trudność. Jeśli zostanę poproszona o pojechanie do Chin, to mogę powiedzieć, że na przykład nie znam chińskiego, nie lubię latać samolotem, nie służy mi kuchnia chińska, mam problemy zdrowotne. Mogę to wypowiedzieć, natomiast ostateczna decyzja, w takim porządku, należy do przełożonej. Dobrze, żeby ona to usłyszała, ale ja też mogę różne rzeczy nie do końca dobrze interpretować. Po ludzku jest to trudne do zrozumienia, naprawdę, ale rzeczywiście w życiu zakonnym staramy się patrzeć z innej perspektywy. Gdzieś, oczywiście, jest granica: żaden przełożony nie może nakazać grzechu, nie może nakazać złamania przykazania. I normalny przełożony tego nie robi.

Poddanie swojej własnej woli, oczywiście, nie jest łatwe. Chodzi w tym ostatecznie o to, żeby to, czego ja chcę, było tym samym, czego chce ode mnie Jezus. Ale ten proces kształtowania może trwać całe życie.

Słyszałam kiedyś o siostrze zmartwychwstance uczącej polskiego, która zwierzyła się swoim uczniom, że ona tego bardzo nie lubi, bo zawsze chciała być matematykiem. Ale przełożona stwierdziła, że brakuje polonistki i ona musiała pójść na takie studia.

W zakonie to posłuszeństwo polega na tym, że mówię: chciałabym studiować kosmologię albo mechatronikę. Zostawiam to potem i zgromadzenie rozpatruje, czy to jest dobre, czy rzeczywiście Pan Bóg chce tego ode mnie i czy jest to potrzebne zgromadzeniu. Przecież jest oczywiste, że jeśli zgromadzenie widzi w kimś jakieś dary, to zazwyczaj proponuje rozwijanie tych talentów. Nie to jest jednak priorytetem. Czasami zdarza się, że brakuje kogoś, kto mógłby podjąć jakieś zadanie i trzeba znaleźć taką osobę.

Z medycyną w moim przypadku było tak, że potraktowałam studia jako pewien dar, coś, co przynoszę do wspólnoty i albo zostanie to potem jakoś wykorzystane, albo nie. Trzeba jednak pamiętać, że życie zakonne nie jest równoznaczne z zawodowym i nie zawsze musi się z nim łączyć. To zupełnie inne sfery.

Ale da się pogodzić życie zakonne z zawodowym?

Czy da się pogodzić? Chyba to, że tu jestem, to najlepszy dowód na to, że się da!

A jakie trudności przysparza to połączenie?

Jest to trudne na pewno dlatego, że mam dużo działalności zewnętrznej, mimo że jestem w środku zgromadzenia. Gdybym nie była siostrą, to myślę, że nie byłabym lekarzem. Dlaczego? Dlatego, że dla mnie człowiek jest całością. Nie da się rozdzielić sfery somatycznej, psychicznej i duchowej. W medycynie bycie siostrą bardzo mi pomaga, bo Pan Bóg daje szersze spojrzenie na człowieka jako na komplementarną całość. Na pewno mogłabym być siostrą, nie będąc lekarzem, ale nie mogłabym być lekarzem, nie będąc siostrą.

Kiedy pojawił się pomysł pójścia do zakonu?


W którymś momencie po prostu Pan Bóg mnie „dotknął”. Pochodzę ze środowiska, które jest daleko od Kościoła, głównie z powodu bardzo ludzkich doświadczeń. Dużo zawdzięczam osobom, które spotkałam. Mądrym koleżankom, które się za mnie modliły, i siostrom franciszkankom też, bo modlą się za ślepych duchowo. A tak niewątpliwie było ze mną. Zaczęło się od tego, że kiedyś koleżanka uparła się, że zabierze mnie na rekolekcje. Zaczęłam zazdrościć wierzącym.

Udzieliła się atmosfera

Można to tak nazwać, ale nie do końca. Nie tylko atmosfera. Zobaczyłam, że ludzi w Kościele coś łączy. Nie wiedziałam, kim jest Pan Bóg, co to jest Kościół, co to jest to Mistyczne Ciało Chrystusa, jak św. Paweł nazywa Kościół.

Zobaczyłam, że wierzący coś mają, a ja tego nie mam i to było takie pierwsze dotknięcie, trochę bolesne, ale przede wszystkim intrygujące. Zapragnęłam poczuć coś podobnego. Wracając do domu z tych rekolekcji, pierwszy raz szczerze się pomodliłam. No i tak to się już stało, że obudziłam się jako osoba wierząca. Ale jak się nawróciłam? Naprawdę do końca nie wiem!

Później przyszła chęć robienia czegoś dla innych, dzielenia się miłością, którą dostałam od Pana Boga. Dlatego Kościół jest misyjny – to doświadczenie polega na tym, że mam coś, mam wiarę, którą bardzo chcę się podzielić. I, trochę podobnie jak Edyta Stein, która gdy stwierdziła, że Bóg jest, wstąpiła do zakonu, postanowiłam żyć dla tej miłości.