dwutygodnik internetowy
23.12.2013
magazyn papierowy


Rozmowy przed odlotem

Choć białych plam nie ma już na mapie, Mike i Nathalie marzą, by poczuć się jak odkrywcy z przeszłości. W pogoni za wolnością stają się niewolnikami przewodników Lonely Planet, których pełno na terminalu lotniska.

ilustr.: Aneta Lewandowska


Choć białych plam nie ma już na mapie, Mike i Nathalie marzą, podobnie jak inni travelersi z początku XXI wieku, by poczuć się jak wielcy odkrywcy z przeszłości. W pogoni za wolnością stają się niewolnikami przewodników Lonely Planet, których pełno na terminalu lotniska.
Tekst pochodzi z najnowszego, 23. numeru naszego kwartalnika Post-turysta, który jest już dostępny w sprzedaży.
 
Szejkanat w Zatoce Perskiej, zatłoczone lotnisko, pracownicy nie nadążają z odprawą. Terminal wypełniony jest szczelnie ludźmi, którzy koczują na podłodze, czekając na swoje loty. Nikt nie przestrzega już zakazów palenia, dym unosi się nawet w wolnocłowych sklepach. Biznesmeni w garniturach siedzą na teczkach obok opalonych turystów po luksusowych wywczasach. Otwierają laptopy, usiłują pracować, a w głębi ich teczek widać przewodniki turystyczne. Na środku stoiska z drogimi perfumami rozłożyła się grupa młodzieży wracającej właśnie z Azji. Nie mam krawata, ale ponieważ jestem dziennikarzem, też muszę podłączyć się do globalnej wioski Internetu. Siadam więc pomiędzy młodymi podróżnikami a wiecznie zajętymi wytwórcami dochodu brutto i netto.
 
Rozmowę łatwiej jednak nawiązać z backpackersami – ludźmi z plecakami. Obcięty na krótko, zakolczykowany Mike kończy właśnie swoją roczną podróż po Indiach i okolicach. Przegląda swój mocno zużyty przewodnik Lonely Planet, żeby powiedzieć mi, gdzie właściwie był. On i siedząca obok niego ze skrzyżowanymi nogami Nathalie usiłują nie denerwować się opóźnionymi lotami. „Szanti, szanti” powtarzają w kółko słowa, które często słyszy się w Indiach – „spokojnie”. Obydwoje uważają, że Wschód może nauczyć Zachód właśnie spokoju i cierpliwości. Ja już w to zwątpiłem, ale dziesięć lat temu wierzyłem w to samo. Stojący obok Szwedzi, wracający z pól golfowych w Katarze, nie mieli nawet szansy nasiąknąć orientalnym luzem. Przestępują z nogi na nogę i klną na linie lotnicze, słyszę jak mówią, że hotel, w którym mieszkali, nie był tak dobry, jak czytali w książkach i w Internecie. Młodzież dystansuje się od nich – na ile to możliwe w tym tłoku.
 
Niebiańskie plaże
 
Byłam już w wielu miejscach, ale najbardziej lubię Tajlandię, mówi Ania, trzydziestoletnia prawniczka z Polski. Większą część roku spędza w ojczyźnie, ciężko pracując. Twierdzi, że zanim została adwokatem, dalekie wyprawy jej nie interesowały. Ciągle poznawałam ludzi z branży, którzy opowiadali o swoich wyczynach. Góry, głębiny, dżungle. Nie mogłam włączyć się do rozmowy, bo nie miałam czasu na wyjazdy. Dopiero teraz czuję się pełnoprawnym członkiem środowiska, przyznaje. W dobrym stylu jest podróżowanie z przewodnikiem w ręku, a nie czarterowe samoloty i baseny. Na jeden miesiąc w roku prawniczka zdejmuje więc żakiet i buty na wysokim obcasie i wraca do Indochin. Na lotnisku ubrana jest w klapki i luźną sukienkę, w torbie ma ubranie na polskie mrozy.
 
Wszyscy mają podobne wrażenia z Azji. Ten tłum ludzi i ta bieda powodują, że zaczynasz bardziej doceniać luksusy Zachodu. To jest chyba dla mnie najważniejsze. Po powrocie doceniam to, co mam w domu, mówi Polka. Mike nie jest do końca pewien, czy lubi azjatycki tłok: To jednak przytłacza, ja się w tym gubię. Te korki w Szanghaju, w Delhi. Smog i syf. Dopiero gdzieś w dżungli, jak w Kambodży, czuję się dobrze. No i Himalaje. Góry w Azji. To jest oddech!
 
Nathalie jest najbardziej zafascynowana hinduistyczną i buddyjską pokorą. Te modlitwy, mantry i pokłony. Zapalanie lampek. Tego mi brakuje w Europie. Jakiegoś duchowego elementu.
 
Mam wrażenie, że po tylu miesiącach podróży powinna mieć do powiedzenia coś więcej niż powtarzane ciągle stereotypy. Nic jednak nie mówię, właśnie udało mi się otworzyć mail od znajomego dziennikarza, Kuby, nałogowego podróżnika.
 
Travelersi chcą przejść swoją obowiązkową inicjację. Za parę dolarów stać się dorosłym. Całe to gadanie o poznawaniu obcej kultury i tak kończy się na piwie, marihuanie i plaży. Na balandze we własnym gronie” – czytam na lotnisku list gdzieś z Meksyku, ale dzięki internetowemu blogowi z fotografiami mogę obejrzeć zdjęcia Kuby. Gdybym był na fejsie, moglibyśmy czatować między Ameryką a Zatoką Perską w czasie rzeczywistym.
 
Znudzeni czekaniem popijamy z Mikiem, Anią i Nathalie flaszkę ze sklepu wolnocłowego, a Szwedzi z pól golfowych walą piwo w barku. Usiłuję wytłumaczyć nowym znajomym, co pisał Zygmunt Bauman w szkicu o „Ponowoczesnych wzorach osobowych”, którego cytowałem, pisząc swoje pierwsze teksty o podróżach. Bauman twierdził, że turysta tym różni się od włóczęgi, że podróżować nie musi. Travelersi z początku XXI wieku próbują się nie obrazić, ale słowa socjologa burzą ich podstawowe wyobrażenia o sobie samych. Twierdzą, że często do wyjazdu czują się zmuszeni. Nikt jednak nie przyznaje głośno, że ucieka przed obowiązkami i odpowiedzialnością. Według Baumana włóczędzy „kłaniają się tuziemcom”. I rzeczywiście, podróżnicy z plecakami przyznają się do fascynacji kulturami, które odwiedzają.
 
Zaprzeczają jednak, kiedy mówię, że tak naprawdę większość z nas zachowuje się jak turyści, którzy, według Baumana, „oczekują pokłonów miejscowych” (podobnie jak dawni kolonialiści) i irytują się na ciągłe, handlowe propozycje. Dobrowolnych włóczęgów z Zachodu jest tylu, że tworzy się wokół nas infrastruktura sklepów i straganów. Zaczepiający tubylcy szukają zarobku, a „otwarci na świat” biali oburzają się. Poza miejscami atrakcji turystycznych nie ma hoteli i knajpek dla przyjezdnych. Nie ma też więc innych travelersów i egzotyka staje się zbyt trudna do zniesienia, zbyt mocna. Ciężko jest wytrzymać samotność pośród Azjatów. W pogoni za wolnością tacy jak ja i inni przybysze z Zachodu stają się niewolnikami przewodników Lonely Planet, których pełno na terminalu lotniska. – Wszystko zależy od tego, jak się ich używa, to tylko narzędzie. Wiesz, jak… na przykład siekiera! Można nią kogoś zabić albo porąbać drewno na ognisko – mówi Mike. Ja swoje podróże zaczynałem z przewodnikiem, potem odrzuciłem go jako formę zniewolenia. Przez lata szczyciłem się tym, że improwizuję, ale ostatnio znowu wróciłem do „Samotnej planety”, ponieważ w dziennikarskiej podróży pozwala nie tracić czasu na organizacyjne detale.
 
Walka o czyste sumienie
 
Wydawnictwo założone przez Tony’ego Wheelera opisuje precyzyjnie wszystkie kontynenty, kraje i regiony ziemi, łącznie z Antarktydą. Dochodowe tytuły pozwalają pokryć straty poniesione na przewodnikach po rzadko odwiedzanych zakątkach. Wydawnictwo ma siedziby na całym świecie, zatrudnia setki ludzi, jest też właścicielem jednego z najpopularniejszych portali internetowych dotyczących podróży. Konkurencyjne, niszowe Footprints uważane są za rodzaj alternatywnej czy wręcz heretyckiej Biblii.
 
„Lonely Planet załatwiło Azję i każdy inny kontynent. Nie wierzę w pozytywny wpływ przyjezdnych na miejscową kulturę” – stwierdza Kuba w mailu. To najbardziej radykalna opinia o tym wydawnictwie. Niewątpliwie przekształciło dawne hipisowskie ścieżki w „turystyczną autostradę”. Backpackersi mieli być pozytywną alternatywną dla czarterowych lotów i zorganizowanych wycieczek. Na turystach ze złotymi kartami kredytowymi zarabiają zagraniczni właściciele wielkich hoteli, indywidualni podróżnicy mieli wspomagać lokalną, drobną ekonomię. Jedzenie w małych knajpkach i spanie w prowadzonych przez rodziny hotelikach. Wydawnictwo od 1986 roku część zysków przeznacza na projekty pomocy i kampanie na rzecz przestrzegania praw człowieka.
 
Autorzy zaznaczają też, że przewodników nie można traktować wprost – iść za jego wskazówkami krok po kroku. Tymczasem w każdej turystycznej miejscowości hotele i knajpy mają tablice „Rekomendowane przez LP”. Co gorsza, jeśli w Księdze wspomniano na przykład o jakiejś indyjskiej Sziwa Restaurant, pojawia się ich dziesięć i po chwili już nikt nie wie, która była tą oryginalną, tą pierwszą. Kopie bywają zresztą lepsze od pierwowzoru. Wbrew intencjom Wheelera, tysiące ludzi przemierza Azję, nie robiąc niczego, co nie zostało opisane w „podręczniku”.
 
Przesada! Teraz jest czas eko-turystyki, poszanowania dla ludzi, może nie wszyscy to robią, ale coraz więcej osób ma świadomość różnych uwarunkowań, twierdzi Ania. Z kolei Nathalie wygłasza całą przemowę na temat „odpowiedzialnej turystyki”, mniej więcej taką, jaką można znaleźć właściwie w każdym, porządnym przewodniku. Miała inny dylemat: nie była pewna, czy jechać do Tybetu. Wiesz, Chińczycy czerpią z tego dochody, to trochę jak zgoda na okupację. Do Birmy bym nie pojechała. Byłam wściekła na Lonely Planet, że zrobili ten przewodnik, przecież to junta wojskowa.
 
Dopytuję się Nathalie, jaką w końcu podjęła decyzję. Niechętnie przyznaje, że jednak pojechała do Lhasy. Jeszcze na początku drugiej wojny światowej Europejczyków, którzy odwiedzili święte miasto, można było policzyć na palcach. Dziś pałac Dalajlamy ledwo widać pośród nowych, chińskich sklepów. Miasto zachowuje swoją magiczną i przyciągającą moc, ale wielu travelersów wybiera Nepal lub Leh i Bhutan. To małe buddyjskie państwa u podnóży Himalajów, w których religia wciąż jest pielęgnowana, a podróżnik może mieć czyste sumienie. Tam właśnie wielu Europejczyków zaczyna na serio interesować się naukami Buddy. Nathalie zastanawia się nawet, czy po powrocie nie pójść na jakieś studia orientalistyczne, choć obawia się, że nie znajdzie potem pracy. Ania z Polski, tak jak ja, jest starsza od Niemki i Anglika. W tym towarzystwie znika różnica wieku, ale mam wrażenie, że razem z prawniczką trochę śmiejemy się z idealizmu Nathalie.
 

ilustr.: Aneta Lewandowska


Wszystko już było
 
Co roku dwadzieścia pięć tysięcy młodych ludzi z Anglii wyjeżdża w świat przed pójściem na studia. Pytam Mike’a, czy słyszał kiedyś o Grand Tour? Nie wie, że kontynuuje tradycję sięgającą XVI wieku. Wtedy właśnie synowie arystokratów i szlachty, a czasem i bogatych mieszczan, zaczęli odbywać „edukacyjną podróż” po Europie. Mój rozmówca wygląda oczywiście inaczej niż jego historyczni poprzednicy. Tatuaże, które pokrywają jego ramiona, pojawiły się w Europie dopiero po wyprawach kapitana Cooka na Pacyfik. Zmieniają się dekoracje i stroje, zwiększa się zasięg podróży, ale cel jest podobny.
 
Jednak, według danych z 2001 roku, 39% Polaków nie było nigdy poza granicą kraju, a tylko 2% wyjechało poza Europę. Prawniczka Ania należy do coraz większej grupy polskich, młodych profesjonalistów. Dla nich podróże to obowiązek, tak jak ładny dom i szybki samochód. Najwięcej podróżują Europejczycy, dużo częściej od swoich rówieśników z USA. Ze Starego Świata wciąż najbliżej do Azji i Afryki. Czarny kontynent uważany jest jednak za „niezbyt łatwy w obsłudze”, jak piszą internauci. Poza tym od setek lat kultura europejska żywi się mitami związanymi z Azją, „duchowością” Wschodu – w hinduistycznym bądź buddyjskim wydaniu.
 
Według Światowej Organizacji Turystyki, w 2005 roku liczba „przekroczeń granic w celach turystycznych” przekroczyła 800 milionów, wzrastając o ponad 5% pomimo terroryzmu i kataklizmów. To najbardziej rozwijająca się gałąź światowej gospodarki. Nawet roponośne szejkanaty arabskie w Zatoce Perskiej stawiają na ten biznes. Dlatego Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie rozbudowują swoje terminale lotnicze i starają się reklamować je jako punkty przesiadkowe całego Wschodu. – Wiedzą, że ropa się skończy, a turystyka nigdy. Będzie tylko coraz lepiej – mówi Hindus, kolejna osoba, z którą rozmawiam na lotnisku w Katarze podczas wycieczki do toalety. Podpisywał właśnie kontrakty na wycieczki z bogatymi Arabami. Zaczynam mieć wrażenie, że nie muszę już nigdzie jeździć. W terminalu spotykam ludzi z całego świata.
 
Im bardziej masowe jest podróżowanie, tym większa potrzeba indywidualnych, niezorganizowanych wyjazdów. Wielu Europejczyków chce powtarzać doświadczenia wielkich odkrywców. Białych plam nie ma już na mapie, ale travelersi chcą poczuć się jak poprzednicy, jeśli nie sprzed wieków, to chociaż sprzed dziesięcioleci. Dlatego Nathalie zabrała w podróż do Tybetu książkę o Aleksandrze David Neel, kobiecie, która poznawała tam buddyzm jeszcze przed drugą wojną światową. W Iranie odbyto podróż śladami Pierra Loti, dokładnie powtarzającą jego trasę z początku wieku. Uczestnicy starali się nawet robić zdjęcia w tych samych miejscach, co francuski podróżnik. Amerykański dziennikarz, Tony Horwitz, opublikował bestsellerowy reportaż „Błękitne przestrzenie”, w którym opisuje podróż śladami Cooka na Pacyfiku. Ja sam znalazłem się na tym lotnisku, lecąc do Azji, aby udać się szlakiem wyznaczonym przez Bronisława Grąbczewskiego, polskiego odkrywcę w służbie carskiej Rosji.
 
Inflacja doznań
 
Skoro już w latach pięćdziesiątych słynny antropolog, Claude Lévi-Strauss, narzekał, że skończyła się era „wielkich podróży”, to co mogą zrobić współcześni travelersi? „Zaakceptować rzeczywistość. Nie ma już nic do odkrycia, turyści są wszędzie. W hoteliku gdzieś w Hondurasie jest tak samo jak w Indiach i Tajlandii. Wiszą hamaki, w menu są placki bananowe. Ludzie rozmawiają o tym, gdzie byli i gdzie jeszcze pojechać, dzielą się poradami i informacjami. Na przygodę w starym stylu nie ma co liczyć” – pisze mi Kuba z Ameryki Południowej. Internet usiany jest relacjami z podróży, zdjęciami z każdego zakamarka Samotnej Planety. Dlatego w cenie są propozycje ekstremalne, zwiedzanie slumsów czy rowery w wysokich górach.
 
Mike i Nathalie na lotnisku w Katarze obrażają się, kiedy mówię im o różnych ofertach biur turystycznych. Podróż szlakiem australijskich burdeli, funkcjonujących od czasów złotej gorączki lub śladami Kuby Rozpruwacza w Londynie – to nie dla nich. Zwiedzanie Dublina z „Ulissesem” Joyce’a w ręku uznają za ciekawszą propozycję, ale „to dobre dla naszych rodziców”. Mike chciałby natomiast odnaleźć w Ameryce Południowej różne halucynogenne rośliny i zobaczyć świat „oczami miejscowych Indian”. W świecie inflacji doznań liczą się pomysły.
 
Jednak większość travelersów, których poznałem, w świecie szuka przede wszystkim inności. Na lotnisku ktoś przypomina sobie, że na stronach internetowych widział nową propozycję podróży – właśnie tylko po terminalach lotniczych. – Można oczywiście eksperymentować, szukać alternatywnych rozwiązań. Niektórzy koncentrują się na kuchni, inni na duchowości, jeszcze inni rzucają kostką. Mi chodzi jednak o to, żeby poznać ludzi żyjących inaczej. Zrozumieć ich, szczególnie teraz wydaje mi się to ważne. – Nathalie ma takie same ideały jak antropolodzy w rodzaju Claude’a Lévi-Straussa. Mam jednak wrażenie, że obcość służy jej tylko jako lustro, sposób na poznanie samej siebie. Sam często łapię się na tym samym, ale nie mamy szansy o tym pogadać, bo w końcu zaczyna się odprawa jej lotu. Pyta mnie o konto na fejsie, zaskoczona, że nie mam, zapisuje mój mail. Nigdy do mnie nie napisała, pewnie podobnie jak do tysięcy innych spotkanych po drodze.
 
*
 
Przypominam sobie, że ów guru antropologii, Claude Lévi-Strauss, po objechaniu całej planety pisał w „Smutku tropików”: „Nienawidzę podróży i podróżników! Podróżnik to zawód (…) polegający na przebywaniu jak największej ilości kilometrów”. Zygmunt Bauman w „ Dwóch szkicach o moralności ponowoczesnej” dodaje, że współczesny turysta „pożera świat, nie będąc pożeranym, przyswaja, nie będąc przyswajanym, nie bierze odpowiedzialności, nie zapuszcza korzeni”. Dlatego na szlaku największym szacunkiem zarówno miejscowych, jak i podróżnych, cieszą się takie osoby, które osiadają w Azji na dłużej, mówią miejscowym językiem, mają lokalnych przyjaciół, wiedzą i rozumieją, co dzieje się dookoła nich. Zbuntowane nastolatki podczas podróży traktują takie postacie prawie jak mistrzów duchowych. Wielu chciałoby żyć jak oni, ale nie jest łatwo przełamać w sobie stereotypowe postawy, trudno odrzucić zakorzeniony w nas głęboko europocentryzm i kolonializm. Usiłuję wytłumaczyć to Mike’owi, ale nagle słyszy swoje nazwisko: wezwanie do jak najszybszego stawienia się do odprawy. Podrywa się i znika, nie mamy nawet czasu spróbować zapisać maile. Po chwili musi mnie też opuścić Ania, która wraca do Europy. Mój samolot w drugą stronę, w głąb Azji, też ma w końcu odlecieć. Po raz kolejny ruszam w podróż, nie zastanawiając się już, czy jestem podróżnikiem czy turystą, tylko robiąc swoje.