dwutygodnik internetowy
23.10.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Rozczytać Gombrowicza

W książce Suchanow trudno doszukać się jakkolwiek wyczerpujących interpretacji dzieł Gombrowicza – choćby biograficznych. Pomimo kilku interesujących „śledztw edytorskich”, należy zatem uznać, że jest to element zdecydowanie niewystarczająco rozwinięty.

ilustr.: materiały prasowe

ilustr.: materiały prasowe

Z początku trudno uwierzyć w to, że „Gombrowicz. Ja, geniusz”, książka autorstwa Klementyny Suchanow, która ukazała się we wrześniu bieżącego roku nakładem wydawnictwa Czarne, jest pierwszą biografią Witolda Gombrowicza o całościowych aspiracjach i kompleksowym charakterze. Czytelnicy oraz badacze dzieł autora „Trans-Atantyku” wiedzą jednak, że dotychczasowe studia nad jego życiem i twórczością, choć bardzo liczne, są nie tylko niekompletne, ale przede wszystkim – rozproszone. Z jednej strony natrafić można zatem na prace o inklinacjach analitycznych, pisane przez naukowców takich jak Jerzy Jarzębski (słynna „Gra w Gombrowicza”, 1982), Jan Błoński („Forma, śmiech i rzeczy ostateczne. Studia o Gombrowiczu”, 1994), Artur Sandauer (liczne recenzje oraz teksty krytycznoliterackie) czy też Michał Głowiński („Gombrowicz i nadliteratura”, 2002); natomiast z drugiej – fragmentaryczne biografie (na przykład: Tadeusz Kępiński, „Witold Gombrowicz i świat jego młodości”, 1974) lub zbiory archiwalnych dokumentów (między innymi: Rita Gombrowicz, „Gombrowicz w Argentynie: świadectwa i dokumenty 1939–1963”, 1984; oraz: „Gombrowicz w Europie: świadectwa i dokumenty 1963–1969”, 1988). Sam Gombrowicz pozostawił po sobie wiele tekstów przynależnych do gatunków autobiograficznych, jak gdyby próbując zapewnić naukowcom potrzebny fundament do badań (mowa tu choćby o „Wspomnieniach polskich”, „Wędrówkach argentyńskich”, „Dzienniku” oraz „Kronosie”), aczkolwiek z oczywistych względów należy podchodzić do nich z ostrożnością, nieufnie. To prawdopodobnie jedna z przyczyn, dla których najnowsza książka Klementyny Suchanow stała się tak doniosłym wydarzeniem medialnym – wypełnia ona bowiem przestrzeń, która przez wiele lat pozostawała niezagospodarowana.

Nad biografią Gombrowicza autorka pracowała latami; można zresztą powiedzieć, że całe  życie poświęciła na poszukiwanie i, w dalszej kolejności, dokumentowanie śladów jego egzystencji. W 2005 roku opublikowała interesujące „Argentyńskie przygody Gombrowicza”, będące biograficznym podsumowaniem dwudziestu czterech lat argentyńskiego życia pisarza, zaś w roku 2013 – „Królową Karaibów”, w której próbowała odnaleźć powiązania pomiędzy Gombrowiczem a kubańskim pisarzem Virgilio Piñerem. Zajmowała się również opracowywaniem przypisów do wydanego w 2013 roku „Kronosu”, który wprawdzie nie stał się „literackim wydarzeniem roku”, jak zapowiadało swego czasu Wydawnictwo Literackie, niemniej bez wątpienia należy traktować go jako świadectwo o niezwykłej wadze, szczególnie dla „gombrowiczologów”. Wtedy właśnie, a więc w roku 2013, Suchanow podjęła się napisania książki, która w zamierzeniu miała być nie tylko panoramiczną syntezą życia autora „Ferdydurke”, ale również syntezą jego epoki oraz historii polskiej literatury XX wieku w ogóle. Efektem końcowym jej badań jest mająca niemalże tysiąc dwieście stron dylogia, którą autorka opatrzyła ponad półtora tysiącem przypisów (sic!).

Warto zresztą zaznaczyć już na wstępie, że to właśnie praca nad źródłami oraz szeroko pojętą literaturą przedmiotu jest, jak się zdaje, najbardziej imponującą częścią książkowej biografii Witolda Gombrowicza – przede wszystkim ze względu na ilość pracy, którą Suchanow musiała włożyć nie tylko w odszukanie, ale również przeanalizowanie całego korpusu archiwalnych tekstów i dokumentów. Pisarka gromadziła informacje znajdujące się w licznych pismach urzędowych, rocznikach, wiekowych kronikach, kalendarzach czy też aktach i księgach sądowych; podróżowała do Ameryki Południowej (odwiedziła nawet niewielką miejscowość Santiago del Estero oddaloną o ponad tysiąc kilometrów od Buenos Aires, gdzie Gombrowicz zwykł wyjeżdżać w celach wypoczynkowych), Ameryki Północnej lub Szwecji; korzystała z Archiwum Rity Gombrowicz, Archiwum Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego, Archiwum Muzeum Literatury imienia Adama Mickiewicza w Warszawie. Niekiedy Suchanow w zamieszczonych w książce przypisach odsyła czytelnika do źródeł nieoczywistych, obcojęzycznych, czasem wręcz nazbyt szczegółowych – dla przykładu wymienić można choćby „Biskupstwo żmujdzkie”, historyczną pracę naukową autorstwa księdza biskupa Macieja Wołonczewskiego, przełożoną z języka żmudzkiego jeszcze w XIX wieku – lecz nie stroni również od korzystania z bibliografii, którą można by określić mianem niezbędnej: literackich dzieł Gombrowicza, jego tekstów krytycznych, wykładów, rozmów, wspomnień czy też dzienników.

Źródła przywoływane przez autorkę biografii służą jej w dwojaki sposób. Z jednej strony pisarka stara się za ich pomocą sankcjonować szkicowaną przez siebie wizję dwudziestowiecznej Polski, Europy i Argentyny, z drugiej zaś – są one fundamentami misternie konstruowanej opowieści o życiu Witolda Gombrowicza. Klementyna Suchanow swoją autorską narrację, prowadzoną najczęściej w czasie teraźniejszym lub przyszłym, przeplata i uzupełnia rozlicznymi, niekiedy bardzo obszernymi cytatami ze wspomnień, pamiętników czy też listów znajomych i przyjaciół autora „Ferdydurke”, a więc – innymi słowy – oddaje głos autentycznym bohaterom swojej opowieści. Czyni to z książki „Gombrowicz. Ja, geniusz” biografię niejako „polifoniczną”, „wielogłosową” (o ile można posłużyć się takim wyrażeniem), w której pisarka nie traktuje przytaczanych źródeł instrumentalnie, lecz pozwala im w pełni wybrzmieć, ukazując jednocześnie zaskakujący pluralizm światopoglądowy, ideologiczny oraz etyczny.

***

Strukturę książki definiuje podział na miejsca zamieszkania Witolda Gombrowicza; warto zresztą dodać, że początkowym zamysłem autorki było stworzenie swoistej biografii-mapy, która miałaby być użyteczna przede wszystkim dla osób podróżujących śladami pisarza. Założenie to nie zostało w pełni urzeczywistnione, a z idei biografii-przewodnika pozostały jedynie liczne mapy, które oddzielają od siebie rozdziały, oraz około sto siedemdziesiąt zdjęć. Czytelnik wraz z autorką zwiedza zatem przedwojenną Warszawę (ulice Służewską, Chocimską) paryskie kawiarnie, pokłady statków „Chrobry” oraz „Federico C”, przeludnione ulice argentyńskiej stolicy, powojenny Berlin oraz, wreszcie, malutką miejscowość Vence, położoną na południu Francji. Pierwszą odwiedzaną lokalizacją jest jednak rodzinny dwór Gombrowiczów, znajdujący się w leżących sto kilometrów od Warszawy Małoszycach, wszak to właśnie tam rozpoczyna się historia życia wielkiego pisarza.

Trzeba niestety odnotować, że początkowa część książki Klementyny Suchanow, w której autorka opisuje dzieje rodów Kotkowskich i Gombrowiczów, jest raczej nieudana. Czytelnik zostaje skonfrontowany z informacjami nadmiernie szczegółowymi, jak choćby z poniższym zdaniem, które pojawia się na pierwszych stronach biografii: „Produkcja rosła, a z tym zamożność rodziny, której dobra stały się drugie co do wielkości w powiecie opatowskim, obejmując powierzchnię 9069 mórg i przynosząc 16 739 rubli podatku”. Suchanow po przytoczonym fragmencie nie oferuje ani wyjaśnienia, czym była jedna morga, ani porównania, które pozwoliłoby zobrazować faktyczną wielkość podatku w rublach, zaś przypis do zdania odsyła wyłącznie do źródła cytatu. Takich ustępów jest na pierwszych stu stronach znacznie więcej; co gorsza – ich rozmieszczenie nacechowane jest pewną chaotycznością, nieuporządkowaniem, przez co trudno na początku odnaleźć tak potrzebny rytm lektury. Tym bardziej dziwi zatem decyzja autorki, by rozpocząć swoją obszerną pracę od przytaczania (w gruncie rzeczy nieinteresującej) statystyki historycznej. W wielu wywiadach Suchanow twierdziła przecież, że „Gombrowicz. Ja, geniusz” „nie będzie książką dla gombrowiczologów”, ale dla „ludzi młodych, nawet nastolatków”, co wydaje się niezgodne z prawdą.

Niemniej, co również należy przyznać, to właśnie w pierwszej części przeprowadza pisarka wiele istotnych analiz, z czego najważniejszą zdaje się skrupulatne opisanie matki Witolda Gombrowicza – Marceliny Antoniny Gombrowicz (podobnie jak syn używała ona tylko drugiego imienia). W literaturze utrwaliła się wszakże charakterystyka, którą zapisał sam Gombrowicz w swoich „Wspomnieniach polskich”, była ona jednak przekłamana. Portret, który kreśli Suchanow, jest być może mniej barwny lub atrakcyjny od tego gombrowiczowskiego, jednak z pewnością bliższy prawdzie. Biografka opisuje Antoninę Gombrowicz przede wszystkim jako osobę pełną wewnętrznych sprzeczności, targaną moralnymi dylematami; feminizującą katoliczkę, która nie potrafiła opuścić swojego niedochowującego wierności męża; lewicową działaczkę społeczną uwięzioną w konserwatywnym konwenansie.

Od roku 1911, a więc od momentu przeprowadzki Gombrowiczów z Małoszyc na ulicę Służewską 35 w Warszawie, książka Suchanow bezdyskusyjnie zyskuje na jakości. Dokonywana przez nią synteza staje się pełniejsza, a jej rytm – łatwiejszy do przyswojenia. Autorka relacjonuje młodzieńcze lata życia Gombrowicza, jego czas spędzony w gimnazjum, pierwsze przyjaźnie, próby literackie i intelektualne oraz wytwarzający się w przyszłym pisarzu bunt wobec wszelkich hierarchicznych instancji kontrolujących takich jak rodzina, szkoła, państwo czy też wojsko. Skądinąd do wojska Gombrowicz mógł trafić w 1920 roku, gdy rozpoczęła się wojna polsko-bolszewicka, jednak konieczność służby ominęła go ze względu na problemy zdrowotne. Z tego też powodu naraził się autor „Trans-Atlantyku” na drwiny ze strony szkolnych znajomych, którzy brali aktywny udział w militarnym konflikcie, podczas gdy sam Gombrowicz spędzał czas w Małoszycach, obserwując młodych parobków. Po wielu latach skomentuje to następującymi słowami: „natura moja powołała mnie do pewnych specjalnych zadań i rozwinęła we mnie cechy niemające z wojskiem nic wspólnego”. Czytelnik obserwuje zatem początki tego, co w literaturze Gombrowicza wydaje się tak istotne lub wręcz dla jego pisarstwa konstytutywne – sprzeciw wobec ustalonego kanonu wartości, wszelkich niekwestionowalnych autorytetów, fascynacja prostotą, niskością, a w dalszej konsekwencji: poszukiwanie odpowiedzi na to, jaki status ontologiczny ma dominująca nad rzeczywistością „Forma”.

Następnie przychodzą studia na Uniwersytecie Warszawskim oraz krótki wyjazd do Paryża, gdzie Gombrowicz miał odnaleźć swoje powołanie w międzynarodowej polityce, czas spędzał jednak wyłącznie w kawiarniach, poznając paryskie środowisko intelektualne i kulturalne, którego zresztą nie uznał za jakkolwiek interesujące. Niemniej był to okres w życiu Gombrowicza, który pozwolił mu zrozumieć swój życiowy cel. Po powrocie z francuskiej stolicy do Warszawy rozpoczyna prace nad „Pamiętnikiem z okresu dojrzewania”. Gdy po wielu próbach wreszcie udaje mu się opublikować zbiór opowiadań, otrzymuje on recenzje, które określić można mianem skrajnie przeciwstawnych: jedne są pełne zachwytu, drugie zaś – niechęci. Pierwszym przychylnym recenzentem jest Tadeusz Breza, krytycznie wypowiada się zaś Paweł Hulka-Laskowski, który stwierdza: „Można ostatecznie zrozumieć stany psychiczne, w których rodzą się takie rzeczy, trudniej zrozumieć, dlaczego ukazują się w druku”. Publikacja „Pamiętnika z okresu dojrzewania” nakłada się – słowami Klementyny Suchanow – na „początek końca świetności rodu” Gombrowiczów, wtedy bowiem musi zmierzyć się on z kłopotami finansowymi, co zmusza zresztą całą rodzinę do przeprowadzki na znacznie mniej reprezentacyjną ulicę Chocimską. Tam też pracuje Gombrowicz nad swoją drugą książką, „Ferdydurke”, która po ogłoszeniu zostaje przyjęta o wiele łaskawiej od swojej poprzedniczki – bez wątpienia swoją zasługę miał w tym Bruno Schulz, jeden z bliższych przyjaciół Gombrowicza w okresie warszawskim, który starał się wyeksponować i uwydatnić geniusz „Ferdydurke”. Publikacja powieści, uznawanej dziś za jedno z największych osiągnięć literatury XX wieku, otwiera Gombrowiczowi drzwi do środowiska literackiego, które w dwudziestoleciu międzywojennym działa nadzwyczaj aktywnie, a Suchanow udaje się owo środowisko opisać z wielką sprawnością. Czytelnik ma więc okazję obserwować życie trzech warszawskich kawiarni, którymi są Ziemiańska, IPS oraz Zodiak. To właśnie tam spędza Gombrowicz większość swoich wieczorów, posiada nawet swój własny stolik, dookoła którego gromadzą się literaci tacy jak Stefan Otwinowski, Zuzanna Ginczanka, Tadeusz Breza, Eryk Lipiński, Adolf Rudnicki, Jan Śpiewak, Kazimierz Rudzki, Stanisław Dygat czy też Jan Kott. Drażnić mogą w tej części jedynie niefortunne eksperymenty autorki z różnymi rodzajami oraz gatunkami literackimi (proza biografii przemienia się na kilka stron w dramat z didaskaliami, a potem w quasi-encyklopedię). Nie są to wprawdzie fragmenty obszerne, jednak nie pozwalają skupić się na tym, co najważniejsze, a więc syntezie artystycznego życia przedwojennej Warszawy.

Czytelnik poznaje następnie kolejne lata życia Gombrowicza oraz – równolegle – dziejów Polski, obserwuje również postępujące zmiany, które niebawem doprowadzą do wybuchu II wojny światowej. Autor „Ślubu”, przerażony wizją nie tylko lokalnej, ale także globalnej wojny, wsiada na pokład statku „Chrobry”, mając nadzieję, że najgorszy czas przeczeka w Argentynie. Pozostaje w niej jednak przez ponad dwadzieścia cztery lata. Suchanow kończy pierwszy tom dylogii, opisując początkowe i chyba zresztą najtrudniejsze lata życia Gombrowicza w Buenos Aires, podczas których pisarz musi zmagać się ze skrajną biedą, czasem nawet głodem oraz z niezrozumieniem (mowa choćby o słynnym skandalu z odczytem). „Nie wie, co ze sobą począć – pisze Suchanow. – Drży i powtarza: «Nie mogę». To najtragiczniejsza chwila w jego życiu”. Ma ponadto Gombrowicz poważne trudności komunikacyjne, nie posługuje się bowiem płynnie językiem hiszpańskim, a jako pisarz jest całkowicie nierozpoznawalny. Wraz z poznanymi w Argentynie intelektualistami rozpoczyna próbę amatorskiego przetłumaczenia „Ferdydurke” z polskiego na hiszpański. Przekład zajmie wiele miesięcy. Pomagają przy nim między innymi: wspomniany już wcześniej, wybitny dramaturg, poeta i powieściopisarz Virgilio Piñera oraz Alejandro Rússovich.

Suchanow prowadzi czytelnika przez dalsze zdarzenia: opisuje opublikowanie przekładu „Ferdydurke”, a tym samym powtórny debiut Gombrowicza, opowiada o jego znienawidzonej posadzie w Banco Polaco, o pisaniu „Trans-Atlantyku”, powstaniu nieoczekiwanego sojusznika, jakim było środowisko wydawanego od 1948 roku w Paryżu miesięcznika „Kultura”. Wreszcie: podróżach argentyńskich, pierwszych wpisach w dzienniku, próbach ponownego zaistnienia w polskiej literaturze aż po decyzję o opuszczeniu Ameryki Południowej. Ta część biografii jest zdecydowanie najbardziej interesująca, a jej ostatnie sceny, mające miejsce na pokładzie statku „Federico C” – dogłębnie poruszające. Wartościowość drugiego tomu biografii wynikać może choćby z literackiego oraz naukowego doświadczenia Suchanow, która przecież już dwanaście lat wcześniej opisywała argentyńskie lata życia Gombrowicza. Zastanawia jedynie fakt, że o argentyńskim homoseksualizmie Gombrowicza pisze biografka być może nie pruderyjnie, ale z pewnością niewyczerpująco, jak gdyby omijała drażliwy temat. Jest to z całą pewnością kwestia o niebagatelnym znaczeniu, niestety od wielu lat mitologizowana, traktowana wręcz sensacyjnie. Można żałować, że Suchanow nie inspirowała się przykładem doskonałych „Homobiografii” Krzysztofa Tomasika i nie poświęciła w swojej pracy choć jednego pełnego rozdziału na opisanie męsko-męskich relacji erotycznych autora „Ferdydurke”.

Czytelnik wraz z pisarką przenoszą się następnie z luksusowego statku do powojennego, zimnego, nieprzyjaznego, wciąż odbudowywanego Berlina, gdzie Gombrowicz czuje się wyobcowany, samotny. Pisze Suchanow: „Cały pobyt w Berlinie naznaczony zostaje samotnością. Wyludnione ulice miasta stają się metaforą”. Gombrowicz nie zna przecież języka niemieckiego, nie potrafi porozumieć się z Niemcami; ich mentalność – mimo kulturowej fascynacji – jest mu obca. Wydarzenia związane z Fundacją Forda, z ramienia której Gombrowicz odwiedził niemiecką stolicę w ramach stypendium, są najpewniej jednymi z bardziej pechowych w życiu pisarza. Mowa tu przede wszystkim o „aferze Swinarskiej”, za którą odpowiedzialna była żona Konrada Swinarskiego, współpracowniczka Służby Bezpieczeństwa, której swoim sfabrykowanym wywiadem, rzekomo przeprowadzonym z Gombrowiczem, udało się wyeliminować autora „Ślubu” z polskiego obiegu literackiego. Pisarz – mówi Klementyna Suchanow – nie rozeznawał się w zimnowojennej polityce, nie rozumiał zasad, którymi rządziły się państwa komunistyczne i ich społeczeństwa, dlatego też nagonkę na siebie odebrał bardzo osobiście, co zresztą przypłacił później zdrowiem. Prędko opuścił Berlin i skierował się w stronę Paryża, gdzie po wielu latach miał okazję poznać wreszcie Jerzego Giedroycia, Kota Jeleńskiego czy też Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Niedługo potem zamieszkał na południu Francji, w Vence, z poznaną w opactwie Royaumont Ritą Labrosse, która w 1968 została jego żoną.

Vence, gdzie „życie codzienne z wdziękiem łączy się ze sztuką”, staje się kulturalnym „centrum wszechświata” Witolda Gombrowicza. Tam właśnie autor „Ferdydurke” przyjmuje swoich gości, którzy często odwiedzają go w jego niewielkiej willi. Są to przede wszystkim małżeństwo Paczowskich, z którymi Gombrowicz nawiązuje bliską przyjaźń, Sławomir Mrożek, ale też Artur Sandauer lub Józef Jarema. Również w Vence dowiaduje się Gombrowicz o przyznanej mu w 1967 roku Międzynarodowej Nagrodzie Wydawców Prix Formentor. W 1966 roku jest nominowany do Nagrody Nobla, mówi się również, że blisko jej zdobycia był w kolejnych dwóch latach. Kontrowersyjne nie będzie jednak stwierdzenie, że Gombrowicz nie doczekał się pełnowymiarowego sukcesu, na który zasługiwał, bowiem z powodu problemów zdrowotnych (przede wszystkim przez dręczącą go od dzieciństwa astmę) zmarł w 1969 roku. Czytelnik śledzi wydarzenia z ostatnich dni Witolda Gombrowicza, odnotowuje spokój i stoicyzm pisarza, który pogodził się z własnym losem. Opisu umierania Gombrowicza dokonała Suchanow z rozwagą, bez nadmiernego patosu, dzięki czemu czytelnik ma szansę na uzyskanie katarktycznego oczyszczenia z emocji, które nawarstwiały się podczas lektury całej książki. Biografia, innymi słowy, zakończona jest niezwykle subtelnie.

***

Książkę Suchanow należy oceniać z pewną dozą ostrożności – przede wszystkim dlatego, by nieuważnie nie zdyskredytować prowadzonych przez wiele lat badań. Niemniej, mimo iż biografia imponuje pod względem pracy nad materiałem źródłowym, zasługuje ona nie tylko na pochwały, ale również na słowa krytyki. Po pierwsze, co zdaje się zresztą widoczne już podczas wstępnej lektury, biografia Witolda Gombrowicza napisana jest w stylu, który można by określić mianem niekiedy potocznego czy też kolokwialnego, a błędy gramatyczne oraz stylistyczne zdarzają się autorce dość często – dla przykładu wymienić można posługiwanie się liczebnikiem „oboje” w kontekście dwóch podmiotów płci męskiej lub drażniące nadużywanie zapożyczonego z języka angielskiego wyrażenia „stresować się”, co w zderzeniu z wyrazami przynależnymi do wyższego rejestru tworzy poczucie językowego dysonansu. Powyższe wyliczenie nie jest rzecz jasna wyczerpujące. Należy wprawdzie zaznaczyć, że owe błędy i rozdźwięki występują w rozpowszechnianym przez wydawnictwo Czarne egzemplarzu recenzenckim, w którym tekst nie został poddany ostatecznej korekcie (brakuje w nim również zdjęć, map, aneksu, a także niektórych akapitów), jednak mimo wszystko świadczy to albo o niedoskonałych umiejętnościach językowych Klementyny Suchanow, albo o wybiórczych korektach samego wydawnictwa.

Drugi zarzut oscyluje wokół obszaru literackich dzieł Witolda Gombrowicza, bowiem autorka biografii nie podejmuje w swojej książce próby ich zinterpretowania. W wywiadzie przeprowadzonym przez Justynę Sobolewską tłumaczy to w sposób następujący: „Skupiłam się na życiu, nie robię analiz dzieł. Studiów o Gombrowiczu jest wiele, poza tym cokolwiek bym się starała zanalizować, okazałoby się, że za pięć lat pojawi się nowa teoria. Interpretacje tracą aktualność, a mnie bardziej intrygowało, jak to się stało, że Gombrowicz został artystą, jak wyglądały te momenty twórcze, tajemnicze sam na sam ze swoją wyobraźnią”; jednak podczas innej rozmowy, dla portalu Dwutygodnik.com, na pytanie „Nie bałaś się, że wpadniesz w koleiny biografizujących odczytań jego twórczości?” odpowiada: „Nie. Może jeszcze parę lat temu byłabym pod większą presją teoretyków literatury, którzy nakazują oddzielać jedno od drugiego, ale dzisiaj wydaje mi się, że taki rozdział można włożyć między bajki. To oczywiste, że życie ma wpływ na twórczość”. W samej biografii trudno jednak doszukać się jakkolwiek wyczerpujących interpretacji dzieł Gombrowicza – choćby biograficznych – należy zatem uznać, że jest to element zdecydowanie niewystarczająco rozwinięty, a sama autorka, mówiąc o nim, popada w sprzeczność. Suchanow prowadzi co prawda kilka interesujących „śledztw edytorskich”, w których metodami bliskimi krytyce genetycznej bada poszczególne wersje tekstów Gombrowicza – zarówno przed, jak i po licznych poprawkach wprowadzanych przez autora – niemniej są to fragmenty krótkie, a sama możliwość zdaje się niewykorzystana.

***

Mimo powyższych uwag nie należy odrzucać biografii Klementyny Suchanow, jest ona bowiem nie tylko największym kompendium wiedzy o życiu (choć nie dziele) Witolda Gombrowicza, nie tylko kolejnym kamieniem milowym w badaniach nad autorem „Ferdydurke”,  przykładem niepowierzchownej, logicznie skonstruowanej oraz rzetelnie spisanej biografii, lecz również niezaprzeczalnie interesującą książką, którą momentami czyta się niczym dobrą powieść. „Gombrowicz. Ja, geniusz” z uwagi na swoje ambicje oraz swój poziom z całą pewnością deklasuje większość wysokonakładowych biografii, które stopniowo zyskują coraz to większą popularność na rynku czytelniczym, aczkolwiek rzadko reprezentują sobą pożądaną jakość. Warto jednak na koniec podkreślić, że praca Suchanow w zderzeniu z niektórymi biografiami, jak choćby doskonałym życiorysem Czesława Miłosza autorstwa Andrzeja Franaszka, może wydawać się pozycją o mniejszej wartości. Odczucie to opiera się z jednej strony na wszystkich krytycznych uwagach i argumentach przytoczonych w powyższym tekście, z drugiej zaś – na przedświadczeniu, że dzieło Klementyny Suchanow nie ma wyraźnie oznaczonego adresata. Można obawiać się, że ów niejasny status teleologiczny w przyszłości sprawi, że „Gombrowicz. Ja, geniusz” okaże się książką niejako „zawieszoną w przestrzeni”: nieczytaną ani przez nastolatków (jak chciała autorka), ani przez naukowców i „gombrowiczologów”, ani przez przeciętnego czytelnika, dla którego barierą będzie objętość oraz szczegółowość tekstu. Czas pokaże, czy niniejsza obawa jest jakkolwiek zasadna.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

  • J

    Fajne streszczenie, dajcie znać jak ktoś napisze poważną recenzję