dwutygodnik internetowy
25.09.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Romanowski: Wciąż jesteśmy niekompletni

W szkole odkryliśmy zdjęcia wykonane na początku XX wieku, opatrzone pieczątkami fotograficznych atelier z różnych miast: Elbing, Düsseldorf, Königsberg. Skąd te zdjęcia znalazły się w małej żuławskiej wsi?

fot.: Tomek Kaczor

fot.: Tomek Kaczor

Z Michałem Romanowskim rozmawia Mateusz Luft. Tekst pochodzi z 32. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Kobiety w Kościele”.

MATEUSZ LUFT: Po szkole, razem z uczniami, tworzysz klub “Młody Obywatel”. Prawdziwy z ciebie pozytywista?

MICHAŁ ROMANOWSKI: Rzadko mam okazję, żeby tak jednoznacznie się opowiedzieć, ale myślę, że idee pozytywizmu są mi bliskie. I często powracają w różny sposób w mojej pracy nauczyciela.

Uczniów to nie nudzi? Podobno polska młodzież jest teraz romantyczna i ulega gorącym mitom. Bliżej im do żołnierzy wyklętych niż do pracy u podstaw.

Młodzi nasiąkają tym, co widzą wokół. Chcą brać udział we wszystkim, co w danym momencie zaspokaja ich potrzebę uczestnictwa, wspólnotowości. Znam takich, którzy ulegają mitom, jak i takich, którzy mają dużo energii i chcą coś zrobić dla innych.

Razem z uczniami rozpocząłeś akcję zamalowywania wulgarnych napisów na przystankach. Czy trudno ci było namówić ich do wykonania wysiłku, który przecież tak łatwo może zniweczyć kolejny wandal?

Wielu mówiło, że odmalowane przystanki i tak zostaną zniszczone, pobrudzone, że ktoś na nie nasika i tak dalej. Nie mam wątpliwości, że taka postawa jest odbiciem postawy ich rodziców. Społeczeństwo wsi, w której pracuję, jak również tych okolicznych, jest wręcz perwersyjnie bierne. Wszystko opiera się na marazmie, poczuciu zupełnego braku wpływu na rzeczywistość. Mieszkańcy sami z siebie nie tworzą okazji do wspólnych spotkań. Ograniczają się do festynów organizowanych przez Gminny Ośrodek Kultury i Sportu. Nie przepadają za sobą.

Tylko młodzież może pokazać swoim rodzicom, że można tę bierność przełamać. Długo szukałem różnych metod, którymi mógłbym zaktywizować moich uczniów. Aż uznałem, że jest to możliwe tylko pod warunkiem, że wyjdziemy poza mury szkoły, podejmując pracę na rzecz rodziców, dziadków, sąsiadów. W system edukacji formalnej wpisany jest marazm duszący wszelkie inicjatywy w zarodku.

Dlatego wyszliście ze szkoły aby odmalować przystanek…

…i mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem zupełnie wyjątkowym w historii miejscowości. Dla większości młodzieży przystanek pełnił ważną społecznie funkcję – był jedyną metą dostępną po lekcjach. Spędzali tam sporo czasu. Nasze murale przez dwa lata zostały nienaruszone. A gdy w wyniku silnego uderzenia piłką z przystanku odpadł kawał tynku z farbą, winowajca od razu zgłosił się do nas z przeprosinami.

Przy okazji malowania murali zaprosiliśmy mieszkańców, aby zrobili sobie zdjęcie z kartką, na której trzeba było dopisać końcówkę zdania: „Moja wieś jest fajna, bo…”. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy tylu uśmiechniętych ludzi naraz!

Pamiętajmy, że Lisewo to mała wieś. Mieszka tu około tysiąca osób. Ich życie w tym miejscu zaczęło się od trzęsienia ziemi – opuszczali swoje miejscowości i zasiedlali tak zwane „Ziemie Odzyskane”. Nic dziwnego, że potem każdy szukał stabilizacji. Problem polega na tym, że życie społeczne okrzepło trochę za bardzo.

Na stronie Klubu „Młody Obywatel” prezentujecie postawy otwarte: chwalicie się swoim udziałem w dniu solidarności z uchodźcami, promujecie walkę z rasizmem, odpowiedzialność globalną, świadomość problemów społecznych. Wybacz, że jestem więźniem stereotypów, ale to nie jest coś, czego spodziewałbym się po społeczności, którą przed chwilą opisałeś.

Poza dyskusjami, które mają miejsce w klasach, nie pamiętam nieprzyjemnych incydentów, które miałyby związek z naszymi akcjami.

Może to dzięki autorytetowi szkoły?

Nie miej złudzeń. Mieszkańcy Lisewa przepełnieni są głębokim brakiem zaufania wobec wszelkich instytucji państwowych. W związku z tym nasza szkoła, podobnie jak samorząd, nie cieszą się szczególnym szacunkiem. Oczekiwania wobec szkoły są na poziomie zero. Młodzi nie widzą żadnego związku między edukacją a przyszłą karierą, rodzice już dawno zapomnieli, że nauczyciele mogą być wsparciem w wychowaniu. Szkoła jest opresją i złem, przez które trzeba przejść.

Nie uwierzysz, ale trochę się z nimi zgadzam. Sądzę, że model anachronicznej, XIX-wiecznej polskiej szkoły, z dzwonkiem po każdej lekcji, dawno już się wyczerpał. Współcześni młodzi, uwięzieni w absurdalnym reżimie 45-minutowych lekcji, neurologicznie nie są w stanie w takiej szkole wytrzymać. I nie ma znaczenia, ilu wspaniałych nauczycieli w niej spotkają.

Uczniowie czują, że szkoła nie jest dla nich?

Przede wszystkim wiedzą, że pomimo oficjalnych deklaracji, wcale nie są w niej najważniejsi. Jedną z moich obsesji jest to, żeby uczynić ich ważnymi. Trzeba im pokazać, że mogą zmieniać swoje otoczenie.

Kto jest teraz najważniejszy w szkole?

W małych społecznościach hierarchia jest bardzo prosta. Najważniejsi są radni, wójt, dyrektor, nauczyciele. Myślę, że wielu dorosłych nawet mimowolnie wciąż odtwarza ten porządek.

Kiedy nauczyciel w dyskusji z uczniem mówi: „słuchaj, pan dyrektor powiedział, że…”, niweczy wysiłki w budowaniu relacji partnerskiej. Uczeń, otrzymując tak przedstawioną decyzję, odbiera jasny sygnał, że mimo wcześniejszych zapewnień jego zdanie jest bez znaczenia, bo głos rozstrzygający ma dyrekcja. My w Lisewie pracujemy pod kierownictwem bardzo dobrego dyrektora, który nie nadużywa swojej władzy. Ale nie wszyscy mają takie szczęście.

Czy zdarzyło się wam kiedykolwiek wycofać z realizacji projektu ze względu na sprzeciw kogoś postawionego wysoko w lokalnej hierarchii?

Zdarzyło się, że jednemu radnemu nie spodobał się kolor przystanku, który odmalowywaliśmy. Uczniowie bardzo mocno przeżywali, że ich wysiłki nie zostały przez władzę wystarczająco docenione. Podobne frustracje pojawiały się, gdy przy kolejnych akcjach, musieli się mierzyć z nikłym zainteresowaniem ze strony mieszkańców. W takich sytuacjach uświadamiają sobie, że aktywizacja społeczności lokalnej to praca na wiele lat. A warunkiem sukcesu jest rozbudzenie w mieszkańcach poczucia związku z najbliższym otoczeniem.

Umacniacie tożsamość żuławską na przykład poprzez działanie projektu „ZaŻUŁAWialnia”.

Dajemy podopiecznym twarde umiejętności. Na przykład: jak zaprojektować i własnoręcznie wykonać gadżety promujące Żuławy albo jak zrobić mural. Ale najważniejsze jest to, że wspólnie z młodymi ludźmi odkrywamy historię miejsca, w którym żyjemy.

Rozmawiacie o ludziach, którzy mieszkali tu przed wojną?

Wcześniejsi mieszkańcy Lisewa są brakującym elementem naszej tożsamości. Nie możemy mówić o niej bez wiedzy o poprzednich mieszkańcach naszych domów.

Wiele zawdzięczam mojej nauczycielce historii w szkole podstawowej. Uczyła nas najnowszej historii regionu, przypominała wydarzenia sprzed 1945 roku, wspominała o zamieszkujących te tereny Niemcach czy mennonitach – osadnikach holenderskich. Już wówczas, choć nie była to jeszcze popularna forma pracy, odwiedzaliśmy różne miejsca, przyglądaliśmy się lokalnej architekturze, rozmawialiśmy z ludźmi.

W jaki sposób zachęcasz swoich uczniów do poznawania tej części historii Lisewa?

Staram się odkrywać przeszłość z perspektywy świadków historii, zwykłych ludzi. Na zajęciach zachęcam do przeprowadzania wywiadów z najstarszymi członkami rodziny, omawiamy później te wywiady na lekcji, wspólnie ich słuchamy.

Jaki świat wyłania się z tych rozmów?

Na bazie poniemieckich majątków w Lisewie stworzono PGR. Mimo że władze starały się zagospodarować ludziom życie, tutejsi mieszkańcy nie mieli czasu, żeby stać się naprawdę wspólnotą. Mimo to możemy usłyszeć wiele dobrych słów o życiu wspólnotowym zaraz po wojnie. Ludzie wtedy bardziej się przyjaźnili. Do lat 60. XX wieku spotykali się w dużej, świetlicy, która pamiętała jeszcze jak spotykali się w niej przedwojenni mieszkańcy Lisewa. Rozebrano ją dopiero pod koniec lat 70.

I znowu pojawiają się kwestia spuścizny po Niemcach…

Temat niemiecki wciąż do nas powraca, czasem w sposób zupełnie nieoczekiwany. W szkole w latach 70. działała izba pamięci narodowej z kącikiem regionalnym, którą założyła wyjątkowa nauczycielka – prawdziwa pozytywistka. Wiele niewykorzystanych materiałów złożono w pudle w kącie sali. Gdy dwa lata temu remontowaliśmy salę, odkryliśmy te zapomniane materiały.

Wśród nich były zdjęcia wykonane na początku XX wieku, opatrzone pieczątkami fotograficznych atelier z różnych miast: Elbing, Düsseldorf, Königsberg. Postacie na tych fotografiach ubrane były w sposób, który jednoznacznie wskazywał na przynależność do zamożnego mieszczaństwa. Skąd te zdjęcia znalazły się w małej żuławskiej wsi? We wsi było pięć wielkich gospodarstw, w których urzędowali bogaci właściciele. Jedna z naszych hipotez zakłada, że zdjęcia były po prostu wysyłane, często zresztą jako kartki pocztowe, przez niemieckich krewnych ówczesnym mieszkańcom Lisewa. Zainspirowani tymi zdjęciami zorganizowaliśmy wtedy pierwszą grę terenową, którą nazwaliśmy „Gdzie jest Greta?”.

Czy dawni mieszkańcy zostali stąd wygnani?

Część mieszkańców sama uciekła jeszcze przed 10 marca 1945 roku, gdy Lisewo zostało „wyzwolone”. Pozostali niedługo potem. Zostawały pojedyncze osoby. Jesteśmy w kontakcie z synem ówczesnego dzierżawcy Strażnicy Wałowej – Karlheinzem Klaassenem. Choć ma już 86 lat, wciąż jest w świetnej formie i to dzięki niemu tak wiele wiemy o przedwojennej historii Lisewa. Jego ojciec wraz z rodziną uciekł już w lutym 1945 roku.

Pamięta jeszcze tamte czasy?

Klaassen spisał swoje wspomnienia w formie pamiętnika. Wielu innych przedwojennych mieszkańców Lisewa żyje obecnie rozproszonych po całych Niemczech. Dzięki naszym wysiłkom udaje im się wzajemnie odnaleźć.

Spotkania z dawnymi lisewiakami bywają pretekstem do zadawania niewygodnych pytań. Na przykład o szerokie poparcie dla NSDAP wśród dawnych mieszkańców Żuław.

Jak mieszkańcy Lisewa reagują na te mroczniejsze karty lokalnej historii?

Skandal w szkole wywołało zdjęcie mężczyzny w mundurze Wehrmachtu, które zawisło w klasie historycznej. Jeden z nauczycieli „zaprosił” uczniów do wysłuchania swojego monologu, w którym oznajmił, że nie powinno się na ścianie wieszać zdjęć morderców i… przypomniał historię żołnierzy wyklętych.

Nauczyciel był dość młody i chyba dał się uwieść czarno-białej opowieści. Mieszkańcy starszego pokolenia, którzy przyszli zobaczyć te zdjęcia, przyznawali, że tak wyglądała historia. Przecież nie będziemy udawali, że było inaczej. Jeden z odwiedzających szkołę na widok zdjęcia przyznał, że jego ojciec również był w Wehrmachcie.

Kiedy w Polsce zadajemy sobie pytanie o to, kogo brakuje naszej społeczności, zawsze mamy na myśli Żydów. Gdy opowiadasz, przed oczami staje mi „Pokłosie”, w którym główny bohater stara się dotrzeć do prawdy dotyczącej losów przedwojennych mieszkańców wsi. Drążąc temat, odkrywa, że obecni mieszkańcy żyją w majątkach pożydowskich. W Lisewie jest to mienie poniemieckie. Czy próby przypominania tej historii nie spotykają się z oporem mieszkańców?

W„Pokłosiu” przedstawiona jest społeczność, która czynnie uczestniczyła w zagładzie Żydów. Natomiast mieszkańcy Lisewa nikogo nie wypędzili z tych majątków. Przyjechali w 1946 i w 1947 roku i zamieszkali w już opuszczonych domach. W tamtych czasach życie pionierów na Żuławach było bardzo ciężkie. Tym bardziej ich osiedlenie nie wiąże się ze świadomością, że stało się to kosztem cudzego nieszczęścia.

Oglądaliśmy z uczniami „Pokłosie”. Ten film stał się okazją do dyskusji o pamięci o tych, którzy już w Polsce nie mieszkają.

Czy rozmawialiście również o tożsamości poniemieckiej?

Na Żuławach ta wielokulturowość była faktem. W dyskusjach z uczniami staram się im stopniowo uświadamiać, jaka była cena tej wielokulturowości i jaką cenę musimy płacić dziś za to, że wypieramy pamięć o niej.

Jaka to jest cena?

Wciąż pozostajemy niekompletni. Nie znamy ważnych faktów o miejscu, w którym żyjemy, co sprawia, że nie umiemy zrozumieć naszej historii.

Musimy stwarzać okazje do tego, żeby spokojnie, bez żadnych klisz, stereotypów, buńczucznego zaperzania się i zbędnej ekscytacji, rozmawiać o tym, co trudne. Bardzo wiele rzeczy pozostaje przemilczane. Przecież to, że kiedyś w tym miejscu obok siebie żyli Polacy i Niemcy, to nie była jakaś idylla!

Tożsamość tych ziem była niejednoznaczna pod względem narodowościowym. W wielu niemieckich domach mówiono po polsku. W innych właściciele mieli polskie nazwiska, ale mówili po niemiecku. Dlaczego tak się działo? To są pytania, które wciąż sobie zadajemy.

I jak sobie na nie odpowiadacie?

Ostatnio rozmawiałem z pewnym szóstoklasistą o niemiecko brzmiącym nazwisku. Okazało się, że jego nazwisko widnieje na publikacji wydanej w przedwojennym Lisewie. Kilka dni później do mnie przybiegł, mówiąc: „Rozmawiałem z dziadkiem i mówi, że mieszkał tu przed wojną i miał brata o imieniu Johann”.

***

Michał Romanowski jest nauczycielem języka polskiego w Zespole Szkół w Lisewie Malborskim, inicjatorem podejmowanych wspólnie z uczniami akcji na rzecz społeczności lokalnej.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.