dwutygodnik internetowy
05.05.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Rocznice w rozkroku

Krytyka transformacji zaczyna wchodzić na łamy pism dotychczas przychylnych przemianom i ich architektom, skierowanych do ich beneficjentów, nie przyzwyczajonych do tego rodzaju poglądów.

ilustr.: Kasia Majchrowska

Bezprecedensowy sukces, czy niewykorzystana szansa? Awans do klubu bezpiecznych i zamożnych, czy skok na główkę do basenu pt. „dziki kapitalizm?” Przy okazji natłoku wiosennych rocznic i świąt media oraz politycy stawiają pytanie, co stało się w Polsce przez ostatnie 10, a nawet 25 lat. I mają coraz poważniejszy problem ze znalezieniem jednoznacznej odpowiedzi.

 
Jeszcze kilka lat temu przekaz był zasadniczo jasny. Z przekonaniem graniczącym z pewnością mogliśmy przewidzieć, co przy okazji kolejnej celebry przeczytamy w „Gazecie Wyborczej”, co w „Polityce”, a jaką opowieść zaproponuje nam Jarosław Kaczyński. Dziś nic nie jest tak oczywiste. Poobijany kryzysami świat, zmiana intelektualnych trendów, oraz ostatnie zachwianie się międzynarodowego ładu w najbliższym sąsiedztwie zmieniają perspektywę spojrzenia. Wydaje się, że dziesięciolecie przystąpienia do Unii Europejskiej i ćwierćwiecze III RP stają się dzięki temu okazją do znacznie głębszej i szerszej dyskusji, niż to dotychczas bywało. Sprawiają także, że wiele środowisk staje nagle w dość wyraźnym rozkroku między dotychczasowym, a nowym punktem widzenia.
 
Zmiana spojrzenia?
 
Na początku warto odnotować bardzo ciekawy eksperyment „Gazety Wyborczej”. Od paru miesięcy prowadzi cykl „Ludzie Wolności”, gdzie zamieszcza felietony osób z najprzeróżniejszych środowisk (od Tomasza Terlikowskiego po Wandę Nowicką, od Pawła Demirskiego po Witolda Gadomskiego), którzy dzielą się swoimi spostrzeżeniami na temat dwóch i pół dekady wolnej Polski. Są to wizje skrajnie odmienne, tak co do pola rozważań oraz punktów odniesienia, jak i ocen wystawianych naszemu państwu, społeczeństwu, czy gospodarce. Fakt, że „Gazeta”, która dotychczas pisała o transformacji jednoznacznie pozytywnie – jak w przypadku wielkiej kampanii z okazji 20-lecia obchodów wolnych wyborów w 2009 roku – teraz dopuszcza na swoje łamy głosy odmienne, często bardzo krytyczne, jest warty odnotowania.
 
To poszerzenie perspektywy przez największy polski dziennik nie dziwi, jeśli spojrzeć na materiały, jakie ukazują się w nim systematycznie od ponad roku. Zdecydowanie minął czas bezdyskusyjnego zachwytu nad ewolucją naszego państwa i społeczeństwa w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Trudno podtrzymywać narrację o „niezaprzeczalnym sukcesie” i „polskim cudzie” publikując jednocześnie wywiad z Karolem Modzelewskim, zżymającym się na Polskę, w której deweloperzy zajmują szkolne boiska, a czyściciele kamienic rządzą miastami, oraz wykrzykującym, że „lewicowe hasła leżą na ulicy!”. Albo z Marcinem Królem, który o neoliberalnych przekonaniach swojego środowiska, leżących u podwalin III RP mówi, „byliśmy głupi”, i dramatycznie przepowiada, że „bez ponownego przemyślenia idei równości, będziemy wisieć na latarniach…” Również w najnowszym wydaniu „Magazynu Świątecznego” znajdujemy miażdżącą krytykę współczesnego kapitalizmu w wersji globalnej (Wojciech Orliński o tym jak „najbogatsi ukradli nam świat”), oraz lokalnej (Michał Danielewski o polskim „czarnym rynku tyrania zamiast o polskiego rynku pracy”).
 
Także największy polski mainstreamowy tygodnik, „Polityka”, od dłuższego czasu powoli zmienia bezkrytyczny ton pisania o polskich przemianach. Tendencji tej dają wyraz zwłaszcza kolejne rozmowy i teksty Jacka Żakowskiego, który zresztą już 10 lat temu zauważał problem dominacji koncepcji thacherowskiej There Is No Alternative w polskim myśleniu o gospodarce i polityce. A także coraz częściej publikowane tam teksty Cezarego Michalskiego (ostatnio, gorzki, o tym jak kolejni polscy politycy wykorzystywali społeczny gniew do dojścia do władzy, a potem rezygnowali z socjalnych haseł na rzecz umizgów wobec nowego polskiego „mieszczaństwa).
 
Rzecz jasna, krytyka transformacji jest obecna w polskim dyskursie od dawna. Prezentują ją niszowe i często antysystemowe pisma od prawa do lewa. Teraz jednak zaczyna ona wchodzić na łamy pism o wielkim zasięgu oddziaływania, dotychczas bardzo przychylnych przemianom i ich architektom, a co więcej, skierowanych do ich beneficjentów, nie przyzwyczajonych do tego rodzaju poglądów.
 
Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.
 

 
Konfrontacja z danymi
 
Tym dziwaczniej wygląda na tym tle wkładka „Polska w Unii”, dodana do „Gazety” przy okazji obchodów 10-lecia naszego członkostwa. W entuzjastycznym wstępie, aktualny szef polskiej dyplomacji cieszy się, że „urządziliśmy kraj od nowa”, zbudowaliśmy demokrację i wolny rynek – dwa filary, na których opiera się zjednoczona Europa” i twierdzi, że „odmieniliśmy bieg historii”. Przytacza wspaniałe statystyki – wzrost PKB o niemal 50%, czterokrotne zwiększenie poziomu zachodnich inwestycji itd. Podobnie „Polityka” zaczyna swój rocznicowy dodatek od tryskającego zadowoleniem wstępu redaktora naczelnego, który pretensje ma co najwyżej do niewdzięcznych Polaków, którzy potrafią jedynie zżymać się na Unię-dobrodziejkę.
Na ironię zakrawa fakt, że obaj cytują w swoich tekstach te statystyki, które pasują do ich jednoznacznie pozytywnego obrazu polskiego członkostwa (choć trzeba oddać Jerzemu Baczyńskiemu, iż niejako na marginesie dodaje kilka słów o problemie masowej emigracji), tymczasem obydwa wspomniane dodatki obfitują w dane, które powinny niepokoić, lub choćby skłaniać do refleksji. Bo owszem, to dobrze, że polski PKB per capita odnotował niespotykany wzrost, szkoda tylko, że wzrosły jednocześnie różnice między bogatymi a biednymi regionami. Cieszy, że rośnie eksport i zagraniczne inwestycje, ale nie przekłada się to na spadek strukturalnego bezrobocia, największej polskiej bolączki. Dobrze, że wzrost cen nie był u nas tak radykalny jak na Węgrzech, czy na Litwie, ale też udział płac w naszym PKB jest jednym z najniższych w Europie. Fakt, że 120 tysięcy polskich studentów wyjechało za granicę jest dobrym zjawiskiem, gorszym, że uczyniło to 1,5 miliona polskich pracowników.
 
Nie chodzi tu bynajmniej o to, by wypierać się licznych osiągnięć związanych z polską transformacją, czy członkostwem w UE. Przeciwnie, w dobie ponownego zagrożenia rosyjskim imperializmem tym bardziej powinniśmy cenić bezpieczeństwo, które zapewnia nam integracja z Zachodem. Nie wolno też lekceważyć cywilizacyjnej zmiany, zwłaszcza w dziedzinie rozwoju infrastruktury. Niemniej coraz ciężej maskować fakt, że zjawiska te mają smak słodko-gorzki, a „polski sukces”, który według Radosława Sikorskiego ma być „natchnieniem i źródłem nadziei, że wysiłek naprawdę się opłaca”, został (i wciąż jest) okupiony poważnymi ubytkami w społecznej i ekonomicznej tkance. I jak dotąd rządzący nie próbują poważnie zmierzyć się z tym wyzwaniem. Polskie elity zaczynają to zjawisko zauważać , przynajmniej w sferze konstruowania politycznych wizji na przyszłość, lecz wciąż nie umieją zrezygnować z rocznicowego rytuału bezkrytycznych pochwał.
 
Najlepszą ilustracją jest postawa Leszka Millera , lewicowego premiera, który rozważał wprowadzenie podatku liniowego. Przy okazji święta 1 maja udzielił on wywiadu rocznicowemu dodatkowi „Wyborczej”, gdzie przedstawia się jako weteran, który zapewnił nam świetlaną przyszłość w Unii Europejskiej. Nie było by w tym nic nowego, gdyby jednocześnie w ostrym przemówieniu na pochodzie z okazji Święta Pracy nie uderzał w „obecny stan rzeczy, który opiera się na wyzysku”… Polskie elity, medialne i polityczne, stoją w ewidentnym rozkroku w kwestii diagnozy polskiego stanu rzeczy AD 2014. Od tego, czy wybiorą tę usypiającą, o sukcesie i tym że „choć potrzeba pewnych wyrzeczeń, to wszystko idzie w dobrym kierunku” czy tę alarmującą, o tym, że „naszej wolności dramatycznie brakuje równości”, i co ważniejsze, czy wywiodą z niej konkretne polityczne posunięcia, może zależeć, czy w porę uda się przeciwdziałać poważnym napięciom, które cały pozytywny dorobek III RP mogą postawić wkrótce pod poważnym znakiem zapytania
 

  • berryparadox .

    Drobna uwaga – Demirski ma na imię Paweł, nie Kazimierz.