dwutygodnik internetowy
25.08.2014
magazyn papierowy


Religie wschodu i demony polskiego katolicyzmu

Kiedyś mój hinduski współlokator opowiadał mi, jak to w Indiach z pobłażaniem i współczuciem patrzy się na naiwnych, wygłodniałych duchowo podróżników z Zachodu, zdolnych przylgnąć do byle hochsztaplera i samozwańczego guru. Naiwne wyobrażenie o doktrynie buddyjskiej, w jej ateistycznej, sekularnej, prostej a zarazem skromnej formie często znika po odwiedzeniu kilku świątyń buddyzmu tybetańskiego, gdzie jesteśmy […]

Ilustr.: Kuba Mazurkiewicz


Kiedyś mój hinduski współlokator opowiadał mi, jak to w Indiach z pobłażaniem i współczuciem patrzy się na naiwnych, wygłodniałych duchowo podróżników z Zachodu, zdolnych przylgnąć do byle hochsztaplera i samozwańczego guru. Naiwne wyobrażenie o doktrynie buddyjskiej, w jej ateistycznej, sekularnej, prostej a zarazem skromnej formie często znika po odwiedzeniu kilku świątyń buddyzmu tybetańskiego, gdzie jesteśmy przytłoczeni posągami bodhisattwów, arhatów i buddów, pozłacanych i upstrzonych drogocennymi kamieniami.
 
Na Zachodzie można spotkać się z wieloma dziwnymi, przekłamanymi opiniami na temat buddyzmu. Zarówno w publicystyce, jak i wśród potocznej świadomości Polaków buddyzm funkcjonuje jako ateistyczna forma duchowości połączona z wielorakimi praktykami „zdrowotnymi” (np. relaksująca i uspakajająca medytacja zen) lub jako okultystyczna i diabelska forma religii (głównie w dyskursie około-frondowym, czy w interpretacji kontrowersyjnego podróżnika Wojciecha Cejrowskiego). W pierwszym przypadku spotykamy się z pewną formą orientalizmu, fascynacją egzotycznymi „niereligijnymi” formami duchowości, zaspokajaniem głodu duchowego za pomocą infantylnych interpretacji wielkich religii wschodu, przepuszczonych w dodatku przez New Age’owy filtr, często w ujęciu samozwańczych „mistrzów”.
 
Jakiś czas temu Joanna Piacenza (web manager „Tricycle: The Buddhist Review”) w artykule w „First Things” irytowała się tymi, którzy twierdzą, że uprawiają „medytację buddyjską” nie wiedząc niczego na temat tej tradycji religijnej i traktując ją jako areligijne, sekularne ćwiczenie (oczywiście tekst ten chwilę później podchwyciła fronda.pl przesączając go przez swój demonizujący filtr i oświadczając jak to buddyzm jest straszliwie pogański).
 
Wiele osób nie ma również świadomości tego, w jak dużym stopniu sklerykalizowane są niektóre szkoły buddyjskie. Polacy, którzy ze względu na swój głęboki antykatolicki czy nawet tylko antyklerykalny resentyment uciekają w kierunku buddyzmu, zdziwiliby się jak w literaturze chińskiej, koreańskiej, czy japońskiej zwykł być przedstawiany kler buddyjski.
 
Po przybyciu misji katolickiej na Daleki Wschód konfucjaniści w tekstach apologetycznych krytykujących chrześcijaństwo sami przyznawali, że przynajmniej katolicy słusznie ganią kler buddyjski za niemoralność i hipokryzję – jednakże to nic nowego, gdyż wszyscy już dawno o tym wiedzą (opinia ta prezentowana była przez takich uczonych jak Yi Ik, Hayashi Razan, ale obecna była również w antychrześcijańskim japońskim pamflecie Kirishitan monogatari). Jak na ironię, klasztory buddyjskie w Korei Południowej zreformowano za sprawą chrześcijańskiego prezydenta Syngman Rhee, który był oburzony panującą tam degrengoladą (J. H. Grayson, Korea. A Religious History, Oxford 1989, s. 230).
 
Nie mam jednak zamiaru zagłębiać się w to na ile szerzenie się buddyzmu (czy innych dalekowschodnich tradycji religijnych) w Polsce jest zjawiskiem pozytywnym czy negatywnym (jakimi kryteriami miałbym się posługiwać?). Prywatnie mam bardzo pozytywne doświadczenia ze spotkania z przewodniczącym Związku Bencien Karma Kamtsang w Polsce, Lamą Rinczenem, który w mojej opinii robi świetną robotę dla buddyzmu w Polsce, głosząc go w jego ortodoksyjnej tybetańskiej wersji. I jeśli mogę wyrazić swoje zdanie – to właśnie do centrum Bencien w Grabniku odsyłałbym zainteresowanych doktryną buddyjską (odradzając przy tym lekturę popularnych książek Daitero T. Suzukiego).
 
Obok tego, wspomnianego już przeze mnie powyżej, polegającego na płytkiej fascynacji egzotyczną duchowością orientalizmu (będącego często chwilową „modą”) mamy jeszcze drugie jego oblicze, przyjmujące często formę paranoicznych jego interpretacji w wydaniu pseudo-ortodoksyjnego katolicyzmu. Co chwila jesteśmy zalewani opiniami „specjalistów” (vide podróżnik Cejrowski, czy demonolog ks. Aleksander Posacki) na temat duchowych zagrożeń ze strony obcych religii; o tym, jak to w każdym niepozornym znaku, symbolu kryje się nieludzka, nierzadko diabelska moc, czekająca na naszą nieuwagę.
 
Według tych wykładni żyjemy w absurdalnie niebezpiecznym świecie, gdzie w każdej chwili „demon karate” czy „demon jogi” może nas opętać. To podejście wydaje się być dla wielu osób na tyle niepoważne i śmiechu warte, że od oburzenia przechodzi się zaraz do wyśmiania tych wszystkich prób demonizacji świata. Bo jak można takie tyrady Cejrowskiego, z poważną miną mówiącego o demonicznym źródle religijności buddyjskiej, traktować poważnie? Ile można czytać wiadomości o demonicznych właściwościach jogi, wschodnich sztuk walki, itp. i w pewnym momencie po prostu nie wybuchnąć śmiechem? Owszem, można – jednak sprawa jest o tyle poważna, że mamy w tym momencie do czynienia z kryptopogańską mentalnością szerzącą się wśród katolików. I nie mówię tu o tych, co bagatelizują sprawę – wręcz przeciwnie, jak wszystkie największe herezje ma ona swe źródło u tych, którzy chcą być najbardziej ortodoksyjni.
 
Posacki i Cejrowski posługują się terminami religijnymi całkowicie odrywając je od kontekstu. Gdy piszą, że w buddyzmie tybetańskim wierzący współpracują z demonami nawet nie fatygują się by przybliżyć co to znaczy w danej tradycji kulturowej. Dla nich „demon” znaczy w każdej kulturze to samo i odczytywane może być jedynie w kluczu judeochrześcijańskiej tradycji – jako istota zła, całkowicie upadła, nie mogąca się już zbawić i której działania mogą wywołać tylko zły skutek w życiu człowieka.
 
To przemieszczenie symbolu, wyabstrahowanie go z jego właściwego kontekstu i przeniesienie na nasz grunt jest charakterystyczne dla pseudonaukowego hiperorientalistycznego ekskluzywizmu (parafrazując sinologa Maxa Deega), dla osób starających się łączyć amatorskie religioznawstwo z teologią. A wystarczyłaby minimalna znajomość hermeneutyki.
 
W jednym ze swoich programów Cejrowski chodzi po klasztorze buddyjskim i drwiąc z wierzących wskazuje na kolejne rzeźby mówiąc, że są to demony (w najzupełniej chrześcijańskim sensie), lub pokazując na postać Buddy Siakjamuniego chronionego przed deszczem przez króla Nag Mucalindę, wykazując, że skoro ma on siedem głów, to jest to z pewnością smok o siedmiu głowach z Apokalipsy św. Jana (sic!). Wykazuje w ten sposób nie tylko gigantyczną ignorancję w stosunku do tradycji buddyjskiej, ale i chrześcijańskiej. Gdy przyjrzymy się pismom Ojców Kościoła zauważymy, że nie utożsamiali oni posągów bóstw pogańskich z demonami rzeczywiście ingerującymi w świat, a jedynie uważali je za martwy wytwór rąk ludzkich, które i nie mają żadnej mocy w świecie.
 
Według apologetów przedmioty same w sobie nie były demoniczne. Różnorakie pogańskie kulty nie były uważane za oddawanie czci potężnym obcym bóstwom (czy demonom). Były krytykowane za kierowanie się ku przedmiotom stworzonym na nasz obraz, zamiast ku Stwórcy, którego obrazem sami jesteśmy. W ten sposób Tertulian w O bałwochwalstwie pisał o pożądaniu jakiegokolwiek dobra, które nie byłoby Bogiem, a Orygenes zgadzał się w tym miejscu z Celsusem, który pisał, że „chrześcijanie […] nie uznają bogów wykonanych ludzkimi rękami, ponieważ bzdurny jest pogląd, że bogami są przedmioty wykonane przez artystów” (Przeciw Celsusowi, I, 5). Prawda ta jednak, jak wskazywał autor, była znana wszystkim ludziom i nie była przywilejem chrześcijan. Zaś jeśli chodzi o kult konkretnych bóstw i herosów, Ojcowie wykazywali, że jeśli istnieli oni kiedyś naprawdę, to zazwyczaj byli oni za życia wyjątkowo niemoralni i dlatego oddawanie im czci jest niewskazane.
 
Demony z kolei, co można zauważyć np. w pismach Ojców Pustyni (np. u Izaaka z Niniwy w Gramatyce życia duchowego) były postrzegane jako istoty, które odciągają nasze myśli od Boga, kierując je ku stworzeniu, cielesności i namiętnościom, a najlepszą metodą na walkę z nimi była modlitwa i post. To co demoniczne nie jest na zewnątrz, w świecie, ale w nas – jest zależne od naszej woli. Przedmioty same w sobie nie są (i nie były) demoniczne – ten charakter ma same ukierunkowanie ku stworzeniu, które, jak uważano, może być motywowane przez byty duchowe. W wielu środowiskach katolickich mamy więc dzisiaj do czynienia z szaleńczą walką z wymyślanymi i wynajdywanymi wszędzie „demonami”, których przejawów najchętniej szuka się posągach i w orientalnej sztuce ludowej.
 
W jednym z najbardziej poczytnych i popularnych tekstów ks. Posackiego można przeczytać, że „buddyzm nie jest więc religią pokoju, harmonii i braku przemocy, jak to się oficjalnie przedstawia.” Opinię tą Posacki tworzy na podstawie tego, że w buddyzmie pojawiają się bóstwa (chodzi mu tutaj konkretnie o Kali), których imiona zostały wykorzystane w rytuałach laveyowego satanizmu (który w gruncie rzeczy ma więcej wspólnego z pseudofilozofią Ayn Rand niż z jakąkolwiek tradycją religijną). Jest to bardzo daleko posunięta diagnoza, abstrahująca od kultury hinduistyczno-buddyjskiej, polegająca na luźnych skojarzeniach i pomieszaniu pojęć; nie dość, że jest całkowicie nieusprawiedliwiona i nieprofesjonalna, jest dodatkowo niesamowicie krzywdząca dla samych buddystów i hinduistów.
 
Jak zostało wspomniane, podobną taktykę przyjął Cejrowski w swoim programie. Owa „satanistyczna” natura buddyzmu, jest oparta na semantycznych akrobacjach i pseudonaukowych dywagacjach, które mają niewiele wspólnego z religioznawstwem jak i teologią. Wywodzi się to z całkowitego niezrozumienia symboli w ich własnym kontekście, abstrahowaniu ich z niego, przenoszenia na grunt judeochrześcijański i tłumaczenie na podstawie tego, jak u nas takie symbole są rozumiane (pomijając również całkowicie kontekst i historię tego, jak u nas ich rozumienie się kształtowało). Posacki, Cejrowski i im podobni orędownicy ekskluzywizmu w swych „analizach” zatrzymują się na poziomie treści wierzeń ignorując (pytanie czy z premedytacją czy z ignorancji) całkowicie wiarę oraz jej wymiar egzystencjalny. Cała chrześcijańska antropologia zostaje odsunięta na dalszy plan na rzecz pseudoreligioznawczego gawędziarstwa.