dwutygodnik internetowy
25.06.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Religia na kulturalnym poboczu

Nie można dziwić się rosnącej obojętności lub niechęci do religii, gdy patrzy się na to, jakie miejsce zajmuje w sztuce. Na to, w jaki sposób odbiorcy zarówno seriali, filmów w multipleksach, czy alternatywnych artystycznych przedsięwzięć poznają sferę sacrum.

 

Stosunek społeczeństwa do religii i chrześcijaństwa można oceniać choćby przez pryzmat badań opinii publicznej, stosowania się do reguł wynikających z wiary czy zaangażowania w ruchy religijne. Można też zamiast tego przypatrzeć się, jak religia przedstawiana jest w otaczającej nas kulturze: od seriali telewizyjnych po artystyczne happeningi – wszędzie w nich wielokrotnie obecna jest sfera sacrum. Czy będzie to bohater serialu – proboszcz z prowincjonalnej parafii, czy też prowokacyjna inscenizacja Mszy Świętej, wszystko to kształtuje nasz sposób myślenia o religii. W Polsce: głównie o katolicyzmie, a także, co za tym idzie (często zupełnie niesłusznie), instytucji Kościoła. Rozmyślając nad rolą mediów w budowaniu „wizerunku” chrześcijaństwa, często zapominamy, jak duży wpływ na nasze podświadome skojarzenia z wiarą i religią mają te niewielkie choćby motywy związane ze sferą sacrum, pojawiające się w filmach, teatrze czy muzyce. Uproszczeniem byłoby klasyfikowanie motywów z nią związanych, które pojawiają się w kulturze, ale jednak można dostrzec pewne tendencje, które występują jako główne przy nawiązaniach do religii.

 

Hagiografia

Pierwsze skojarzenia przeciętnego Polaka z hasłem „film religijny” będą bez wątpienia związane z filmami o papieżu Janie Pawle II. Nie ma w tym niczego złego, życiorys Ojca Świętego jest wszak doskonałym materiałem do ekranizacji. Na ile jest to jednak kino prawdziwie religijne, czyli metafizyczne, można mieć wątpliwości. Czy seans filmu o JPII stawia nas wobec pytań o własną wiarę, czy bezpośrednio dotyka widza? Pomimo wzruszeń i, nie ukrywajmy, krzepiącego wydźwięku tych obrazów, są one historią życia osoby, którą przedstawia się jako świętą właściwie od urodzenia, a przez ostatnie lata wyłącznie gloryfikowaną. Po wyjściu z kina będziemy być może podbudowani, ale film nie rozwiąże naszych dylematów, nie odpowie na pytania, które ludzie wierzący lub poszukujący sobie i innym stawiają. Gorzej, że nie skłoni także do zadania nowych. Założeniem twórców jest raczej to, żeby widzów zniechęcić do stawiania jakichkolwiek pytań czy wysuwania wątpliwości. Udaje się to za sprawą sposobu przedstawiania świata: manichejskiego, niezwykle prostego i naiwnego, przy którym nie sposób nie odróżnić dobra od zła, bohaterów od złoczyńców, świętych od niewiernych.

 

Prowincjonalizm

W serialach i filmach, które trafią zapewne do największej liczby odbiorców, pokazywanie religii ogranicza się do księdza proboszcza, niedzielnej Mszy Świętej i remontu kościoła. Wiara jest nieodłączną częścią życia mieszkańców zwykle niewielkich miejscowości, ale o niej samej się raczej nie mówi. Bohaterowie podzieleni są w sposób dualistyczny na angażujących się w życie parafii, i tych złych, których nie sposób spotkać w kościele. Dla ateistów, a tym bardziej antyklerykałów, obraz Kościoła (i niestety: również religii) ukazany w podobnych produkcjach jest świetnym dowodem na jego prowincjonalny charakter, zbyt duże zaangażowanie w życie prywatne wiernych, a często też w sprawy polityczne. Dla katolików natomiast prowincjonalizm ten bywa wstydliwy, trudno utożsamiać się z Kościołem, który jest także kościołem proboszcza ze wsi Wilkowyje z serialu „Ranczo”.

 

Prowokacja

Nie od dziś wiadomo, że tematyka religijna to jeden z najlepszych motywów dla dzieł kontrowersyjnych. Najczęściej artyści nie odnoszą się jednak wprost do chrześcijaństwa: łatwiej i efektowniej jest operować samymi symbolami, które dla wielu ludzi bardzo wiele znaczą. Nie ma sensu rozwodzić się nad etyczną dwuznacznością podobnych prowokacji, która dla ludzi związanych z Kościołem jest oczywista. Warto jednak zwrócić uwagę na dyskusje, które mogą, a nawet powinny, towarzyszyć takim przedsięwzięciom. Ot, choćby: czy koncert Madonny zaplanowany w Polsce na 15 sierpnia 2009 roku nie był dobrym pretekstem do zastanowienia się nad sensem naszej wiary, nad tym, czy nie opiera się ona jedynie na rytuałach? A również nad tym, na ile możemy przymknąć oko na taką, powiedzmy, dosyć powierzchowną, zaczepkę? Zniewagę uczuć religijnych? W Polsce prowokacje wciąż odbijają się szerokim echem, zmuszając często do określenia własnych przekonań i wizji sztuki. O pomyśle inscenizacji Mszy Świętej (Artur Żmijewski, Teatr Dramatyczny) usłyszało wiele osób, nie tylko zgromadzona na sali widownia. Przedsięwzięcia tego typu nadal nie sposób nazwać sztuką religijną, ale może być kolejną okazją do zadania sobie pytań, choćby o swój stosunek do liturgii.

 

Postsekularyzm

Cechą, którą można wskazać jako wspólny mianownik wszelkiej sztuki religijnej lub związanej z postsekularyzmem (dziedziną badającą związek religii ze sztuką lub nurtu wskazującego na nierozłączność religii i nowoczesności) jest ukazanie relacji człowieka z Bogiem. Nie kondycji polskiego Kościoła, nie jego znaczenia w społeczeństwie, czy istoty kościelnych ceremonii. To, na czym powinna skupić się sztuka religijna, to właśnie badanie tej relacji, badanie niejednoznaczne, zmuszające do refleksji. Paradoksalnie o filmach, które wypełniałyby te kryteria, mówi i pisze się mniej. Nie znaczy to oczywiście, że od czasów „Dekalogu” Kieślowskiego takie filmy nie powstały. „Wszystko będzie dobrze” Tomasza Wiszniewskiego, mimo nagrody w Gdyni, nie zostanie raczej przez nikogo wymienione jako przykład mówienia o sacrum w kinie. To samo dotyczy filmów zagranicznych, jak choćby francuskie „Lourdes” czy „Hadewijch”, które giną przyćmiewane przez obrazy kasowe: „Pasję” Gibsona czy „Kod Da Vinci”. Środowiska katolickie niechętnie patrzą też na obrazy, które wykorzystują symbolikę religijną, nawet jeśli zabiegom tym daleko do prowokacji. Znaczenie religijne duńskich „Jabłek Adama” lub rosyjskiego „Powrotu” jest raczej przemilczane, czy to z racji ich nieschematyczności, czy po prostu z powodu komercyjnej nieatrakcyjności. Naturalne jest też, że w dziełach, w których obecność sacrum jest w jakiś sposób niewygodna, staramy się go nie dostrzegać, tłumacząc, że przecież nie o religię tu chodziło.

 

***

Nie można dziwić się rosnącej obojętności lub niechęci do religii, gdy patrzy się na to, jakie miejsce zajmuje w sztuce. Na to, w jaki sposób odbiorcy zarówno seriali, filmów w multipleksach, czy alternatywnych artystycznych przedsięwzięć poznają sferę sacrum. Religijność coraz rzadziej oznacza osobisty i wspólnotowy kontakt z Bogiem, w kulturze zaś zajmuje najczęściej miejsce drugoplanowe lub zostaje uproszczona i sprowadzana do pewnych zachowań lub obrzędów. Im częściej kultura będzie traktować religię powierzchownie, tym bardziej jej odbiorcy będą się od religii dystansować. Już teraz sacrum w sztuce kojarzone jest z jakąś odrębną, odległą sferą. A przecież chodzi właśnie o to, żeby traktując o świętości, traktować o każdym człowieku, tu i teraz.

 

  • gość

    Piszecie: “Nie można dziwić się rosnącej obojętności lub niechęci do religii, gdy patrzy się na to, jakie miejsce zajmuje w sztuce”. Ja bym dodał – nie można dziwić się rosnącej obojętności lub niechęci do sztuki, gdy patrzy się na to, jakie miejsce zajmuje w niej religia…