dwutygodnik internetowy
30.05.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Reforma społeczeństwa się PiS-owi nie uda

Wśród wypowiedzi polityków PiS-u o „reformie wsparcia społeczeństwa obywatelskiego” znaleźć można również te o potrzebie „reformowania społeczeństwa obywatelskiego” jako takiego. W optyce obecnego rządu aktywność społeczna to sfera, którą można modelować, zmieniać i reformować. Od tego już tylko krok do kolejnych określeń, takich jak „ograniczać” czy „licencjonować”.

ilustr.: Zuzanna Wojda

ilustr.: Zuzanna Wojda

Niektórzy mieli nadzieję na naprawdę „dobrą zmianę”. Nie była ona nawet całkiem bezpodstawna. Prawo i Sprawiedliwość było jedyną partią, która do wyborów szła z konkretnym pomysłem na reformę systemu wsparcia organizacji pozarządowych przez państwo. Nic dziwnego. Zadbał o to profesor Piotr Gliński, obecny wicepremier i Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który – jako niewątpliwy znawca tematyki społeczeństwa obywatelskiego, ruchów społecznych i organizacji pozarządowych – mógł zaproponować spójny pomysł na wsparcie rozwoju tak zwanego III sektora.

Tyle tylko, że wcielenie propozycji rządu w życie może być groźne.

Nowy poziom wad poprzedników

I nie chodzi nawet o groźbę dla konkretnych organizacji. Oczywiście, są takie, które już bardzo wymiernie ucierpiały na „dobrej zmianie”. Znane casusy Centrum Praw Kobiet czy Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę (przez lata działającej jako Fundacja Dzieci Niczyje), które przegrały konkursy Ministerstwa Sprawiedliwości na podstawie absurdalnych uzasadnień, to tylko wierzchołek góry lodowej.

Warto jeszcze wspomnieć choćby o unieważnieniu konkursu na prowadzenie konsultacji nowej ustawy oświatowej i rozpisaniu nowego, w którym Fundacja Rzecznik Praw Rodziców państwa Elbanowskich pokonała koalicję ponad 80 organizacji działających w całej Polsce. Pewnym echem odbiła się również opisana przez Ewę Siedlecką sprawa konkursu na wspieranie organizacji strażniczych (tak zwanych „watchdogów”) ogłoszonego w ramach Funduszu Inicjatyw Obywatelskich. Chociaż w ocenie ekspertów najlepszą ofertę złożyło prowadzące portal MamPrawoWiedziec.pl Stowarzyszenie 61, decyzją Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, przegrało konkurs.

To sytuacje symptomatyczne, ale przecież nie zaskakujące. Poprzedni rząd także nie wahał się ręcznie sterować wynikami konkursów i ignorować arkusze oceny eksperckiej. Politycy Prawa i Sprawiedliwości, choć nieustannie wypowiadają frazesy o nowej jakości, już wiele razy udowodnili, że to nie zalety, ale wady swoich poprzedników przenoszą na inny, wyższy poziom. Dlatego organizacje, którym nie po drodze jest z nową władzą, spodziewały się, jak będzie wyglądała ich sytuacja po wyborach. Podobnie rzecz ma się z likwidowaniem rozmaitych ciał konsultacyjnych i koordynacyjnych przy rządzie, takich jak Rada do spraw Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i związanej z nimi Nietolerancji. Także ta decyzja nie dziwi w obliczu umizgów PiS-u w stronę skrajnej prawicy i narodowców oraz bierności wobec rosnącej skali ataków na cudzoziemców. To przecież Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania, Wojciech Kaczmarczyk, dzielił się na swoim profilu w portalach społecznościowych przekonaniem, że hotelarz ma prawo odmówić obsłużenia klienta ze względu na jego kolor skóry (czym skądinąd usprawiedliwiał łamanie prawa). Kiedy osoba na takim stanowisku wypowiada takie poglądy, należy przestać się dziwić czemukolwiek.

Bez pamięci o poprzednikach

„Nie dziwić się” nie znaczy jednak „nie oceniać”. Ten sam minister Kaczmarczyk jest przecież także Pełnomocnikiem Rządu ds. Społeczeństwa Obywatelskiego. I również on – podobnie jak premier Gliński – niewątpliwie ma spore doświadczenie pracy w sektorze pozarządowym. Jednak nie z dotychczasowych zasług będzie rozliczany, a z tego, co Polsce przyniesie Narodowy Program Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego (NPRSO), którego jest twarzą.

Program zawiera wiele różnorodnych propozycji. Większość z nich warta jest rozważenia i dyskusji. Tym bardziej, że bardzo niewiele z nich jest naprawdę nowych. To, co rząd nazywa „Nowym otwarciem”, w niemałej części jest odgrzewaniem (niekiedy słusznym, ale wciąż nienowatorskim) dyskusji i pomysłów z czasu pracy poprzedniego rządu, kancelarii poprzedniego prezydenta, a nawet działalności Jacka Kuronia. Nie dziwi (bo – jako się rzekło – przestaliśmy się już dziwić), że nie znajduje to odzwierciedlenia w deklaracjach i wypowiedziach ministra Kaczmarczyka czy premiera Glińskiego, choć nie ulega wątpliwości, że zdają sobie z tego sprawę. Polityczna cena za docenienie pracy prezydenta Komorowskiego, ministra Kosiniaka-Kamysza, ministra Wujca czy powołanie się na myśl Kuronia byłaby jednak zbyt wysoka.

O ile więc brak odniesienia się do dorobku poprzedników nie zaskakuje, o tyle bez komentarza nie można pozostawić atmosfery, w jakiej odbywa się prezentacja i konsultowanie nowych-nienowych pomysłów. Skażona jest ona bowiem brakiem szacunku dla dotychczasowych osiągnięć sektora pozarządowego, dla dorobku dialogu między organizacjami a władzą, dla bardzo konkretnych działaczy, którzy wnieśli w tych sprawach swój wielki wkład. Hasło „Nowego otwarcia”, a więc tytuł konferencji, na której prezentowane były założenia NPRSO, oraz narracja odkrywania nieznanych lądów i deprecjonowania tego, co było dotąd, dobrze pokazuje, jakie podejście do działalności społecznej ma obecny rząd.

Reformować społeczeństwo

Problemem nie są przecież propozycje zmian w systemie wsparcia i współpracy z organizacjami pozarządowymi. Problemem jest zestaw wartości, który za nimi stoi, sposób ich konsultowania oraz kluczowy pomysł, jakim jest powstanie Narodowego Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Te trzy rzeczy dobrze pokazują bowiem, czym dla PiS-u jest społeczeństwo obywatelskie.

Nikogo nie dziwi oczywiście „narodowa” nomenklatura obecna w tych propozycjach. Ale znów – „nie dziwi” nie może znaczyć „nie oburza”. Bo jak mają się w tej narracji odnaleźć organizacje skupiające cudzoziemców, mniejszości narodowe i etniczne, a także wszelkie te NGO, które działają na ich rzecz (wiele z nich zresztą również zostało szybko pozbawionych finansowania)? To nie są rozważania semantyczne czy drugorzędne. „Naród” i „społeczeństwo” to dwie różne kategorie. I trudno naprawdę wspierać rozwój społeczeństwa obywatelskiego, jeśli już na poziomie przyjmowanego nazewnictwa, wyklucza się z niego określone grupy. Grupy, które także wnoszą wiele w jego funkcjonowanie.

Jeszcze bardziej znamienne jest to, że wśród wypowiedzi polityków PiS-u o „reformie wsparcia społeczeństwa obywatelskiego” znaleźć można również te o potrzebie „reformowania społeczeństwa obywatelskiego” jako takiego. A to już naprawdę niebezpieczne. W optyce obecnego rządu aktywność społeczna to sfera, którą można modelować, zmieniać i reformować. Od tego już tylko krok do kolejnych określeń, takich jak „ograniczać” czy „licencjonować” – zwłaszcza jeśli umie się to robić w białych rękawiczkach. Pragnieniem wielu organizacji jest zaś to, żeby administracja – także rządowa – przede wszystkim im nie przeszkadzała, a dopiero w drugiej kolejności okazywała umiejętne wsparcie. Może się więc okazać, że kłopot dotyczy już idei leżących u podstaw „nowego otwarcia”, a nie konkretnych założeń NPRSO.

Wskazuje na to również sposób rozmawiania o Programie. Konferencja, na której był on prezentowany, składała się z dwóch części – wypowiedzi przedstawicieli władzy (premier Szydło, premiera Glińskiego, ministra Kaczmarczyka i prezydenckiego ministra Wojciecha Kolarskiego) oraz dyskusji w gronie działaczy organizacji pozarządowych w ramach paneli tematycznych. W większości moderowali je co prawda urzędnicy, ale w praktyce – jak relacjonują uczestnicy – zabrakło miejsca na pytania, uwagi i dyskusję z autorami Programu. Wśród części działaczy i działaczek NGO powstało wrażenie, jakby założenia były niedyskutowalne, a jedyne, na co można wpłynąć, to szczegóły ich realizacji.

Z Centrum widać mniej

A przecież podstawowe założenie Programu, a więc powstanie Narodowego Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, samo w sobie jest problematyczne. Niektórzy mogą przekonywać, że to pomysł mający na celu uporządkowanie wszelkich działań rządu wobec organizacji pozarządowych, skupienie w jednym miejscu rozmaitych programów, konkursów i funduszy, a także wsparcia eksperckiego i menadżerskiego dla ich działań. Nie jest to jednak krok w dobrym kierunku.

Po pierwsze, daleko idąca centralizacja i agregacja wszelkich środków w jednym miejscu, prowadzić może dość szybko do podziału organizacji na te, które mają szansę na środki (ponieważ działają zgodnie z ideami rządu), oraz te, które – mając łatkę „wichrzycieli” czy „nieprawomyślnych” – nie mogą liczyć na wsparcie. Dotyczy to również rozmaitych konfliktów o charakterze personalnym. W sytuacji, gdy miejsc, w których można ubiegać się o dofinansowanie, jest więcej, zagrożenie to – choć wciąż obecne – się zmniejsza. Znacznie lepszym pomysłem byłoby ujednolicenie reguł obowiązujących w konkursach ogłaszanych przez rozmaite ministerstwa i agendy rządowe.

Po drugie, można podejrzewać, że powstanie Centrum zamknie drogę do pełnienia przez same organizacje pozarządowe roli operatorów niektórych programów. A jest to niezbędne na przykład w przypadku konkursów dla organizacji strażniczych, patrzących władzy na ręce, które – ze swej istoty – nie mogą zawierać jakkolwiek bliższych relacji z rządzącymi.

Po trzecie, centralizacja w ogóle nie jest dobrym pomysłem na rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Wiele diagnoz należy przeprowadzać, a rozwiązania projektować na poziomie lokalnym z udziałem tych, których planowane działania będą dotyczyć. Z perspektywy biurka w Alejach Ujazdowskich na ogół widać mniej.

Społeczeństwo poza władzą

W planach rządu znaleźć można też oczywiście propozycje ciekawe i wartościowe, jak choćby powstanie Funduszu Grantów Instytucjonalnych, które miałyby wspierać rozwój organizacji, zwłaszcza lokalnych, dając im szansę na wzmocnienie swojego potencjału (choć bez odpowiedzi pozostało wciąż pytanie o źródło finansowania Funduszu). Dyskusji domaga się również dotychczasowa forma prowadzenia dialogu między organizacjami a rządem (pomysł, by w miejsce dotychczasowej Rady Działalności Pożytku Publicznego powołać ciało liczniejsze i umiejscowione przy premierze, a nie ministrze polityki społecznej, wydaje się zdecydowanie wart rozważenia). Warto podejmować działania na rzecz rozwoju i wspierania wolontariatu. Niewątpliwej reformy domaga się sposób prowadzenia w polskich szkołach edukacji obywatelskiej. Koniecznie trzeba się przyjrzeć prawnym barierom działalności organizacji. To wszystko prawda. Bo rząd PiS-u (czy wcześniej współtworzący jego program dla NGO profesor Gliński) nie pomylił się w diagnozie. Zaproponował nawet rozwiązania, spośród których część zdaje się słuszna, część wymaga dopracowania, inne domagają się odpowiedzi na praktyczne pytania, ale nie należy ich wyrzucać do kosza.

To jednak za mało, by plany rządu wobec organizacji uznać za warte wsparcia, gdy stoją za nimi określone idee, których – chcąc być wiernym pryncypiom społeczeństwa obywatelskiego, jakimi są także wolność jednostki, swoboda aktywności obywatelskiej czy zasada pomocniczości – zaakceptować nie można.

Rząd, jak się zdaje, chciałby stworzyć sobie społeczeństwo obywatelskie według własnego projektu. Niektórzy pewnie na to przystaną – jedni z ideologicznych, inni z pragmatycznych pobudek. Ale rządzący przekonają się, że tak się nie da. Że są sfery, które są poza ich władzą. Nawet jeśli nie bardzo chcą w to uwierzyć.