dwutygodnik internetowy
10.08.2015
magazyn papierowy


Refleksje świadomej „wolonturystki”

Wolontariat zagraniczny może przełamywać schematy myślenia, jeżeli towarzyszy mu podejście krytyczne, nieustanne kwestionowanie. Dzięki takiej postawie zmienia się sposób myślenia i możliwe staje się całkowite odrzucenie perspektywy neokolonialnej.

Panama2

Panama, prowincja Darién. To tutaj przerywa się Autostrada Panamerykańska, gdyż na granicy z Kolumbią znajduje się nieprzejezdny teren tropikalnej dżungli, znanej z przemytu narkotyków oraz ukrywających się tam kolumbijskich guerilli.

Jedziemy do wioski w La Portuchada, jak co dzień przed naszym autobusem jedzie motocykl z dwoma mężczyznami ubranymi w mundury wojskowe. Należą oni do straży granicznej Panamy Senafront, której pozwolenie należy uzyskać, aby dostać się do pewnych części Darién. Gdy dojeżdżamy do wioski i wysiadamy z autobusu, by spotkać się z mieszkańcami, panowie z Senafrontu obserwują nas z dyskretnej odległości, siedząc w cieniu drzew.

Tego dnia rozmawiamy z osobami prowadzącymi swoje lokalne przedsiębiorstwa, aby później opracować dla nich plan bardziej efektywnej działalności. Jedna z grup współpracuje z panią, która chciałaby założyć farmę świń. Wolontariusze pytają, czy mogłaby im opisać, jaki jest cykl rozrodczy świń, gdyż bez jego znajomości biznes-plan ma małe szanse być realny. Niejako zdziwiona kobieta odpowiada, że przecież mogą to sobie „wygooglować”. Speszeni, próbują wytłumaczyć jej, że niestety, ale na terenie naszej bazy nie ma żadnego dostępu do Internetu.

Mimo potknięcia związanego z brakiem wiedzy o cyklach rozrodu wieprza tego dnia wracamy z wioski dość zadowoleni. Warsztaty o mikrofinansach, które prowadziliśmy, poszły znacznie lepiej niż pierwszego dnia. Gdy po raz pierwszy mieliśmy rozmawiać w autochtonicznej wiosce o znaczeniu oszczędzania, próbowaliśmy to zrobić w formie prezentacji. Po trzech kwadransach wysilonego hiszpańskiego okazało się, że część naszej publiczności już oszczędza i większość prezentacji mogłaby powiedzieć za nas. Drugiego dnia w wiosce La Portuchada przyjęliśmy inną strategię. Zasiadając w kole, zaczęliśmy od rozmowy z mieszkańcami: wpierw pytaliśmy się o ich rodzinę, pracę, opowiadając jednocześnie o naszym życiu, a dopiero później przeszliśmy do tematów finansowych. Dzięki temu wiedzieliśmy już lepiej z kim rozmawiamy, a i oni mogli dowiedzieć się więcej o nas. Gdy na końcu rozmowy spytaliśmy, czy chcieliby się jeszcze czegoś od nas dowiedzieć, zadali nam pytanie, na które niełatwo dać odpowiedź: „Dlaczego zdecydowaliście się pojechać na taki wolontariat?”.

Właśnie, dlaczego? Co kryje za sobą sztampowa odpowiedź „chcemy pomagać ludziom”? Dużo pisze się o tym, w jaki sposób „wolonturystyka” – połączenie wolontariatu zagranicznego z turystyką krajów globalnego Południa – stała się międzynarodowym biznesem, a wyjazd na wolontariat rytuałem przejścia dla wielu młodych ludzi z krajów zamożnego Zachodu. W Wielkiej Brytanii jest to niejako element obowiązkowy, tak zwany gap-year, czyli roku przerwy od nauki po ukończeniu szkoły, w trakcie którego młodzi ludzie podróżują, pracują czy też wyjeżdżają na wolontariat w celu „odnalezienia siebie”. „Wolonturystyce” stawia się dwa rodzaje zarzutów, co stanowi o pejoratywnym odcieniu tego terminu, w odróżnieniu od bardziej neutralnego wyrażenia „wolontariat zagraniczny”. Pierwszy rodzaj krytyki dotyczy tego, w jaki sposób może ona utrwalać umysłowy neokolonializm, o którym pisał między innymi Paweł Cywiński w post-turyście. Powielanie schematu białego człowieka z zamożnego środowiska, który przyjeżdża, by zbawiać potrzebujących mieszkańców krajów globalnego Południa, może przyczyniać się do utrwalania nierównej relacji pomiędzy „dobroczyńcą” a odbiorcą pomocy, odzwierciedlającej relację pomiędzy „kolonizatorem” a „kolonizowanym”. Tego typu relacja utwierdza lokalnych mieszkańców w przekonaniu, że bez pomocy wolontariuszy z krajów „rozwiniętych” nigdy by sobie nie poradzili. Drugi typ zarzutów wobec „wolonturystyki” dotyczy faktycznej efektywności tego typu projektów rozwojowych. Wiele jest projektów, które zupełnie nie osiągają zamierzonych celów, często z powodu ich planowania na zasadzie „kopiuj-wklej” z innych części świata, bez uwzględnienia specyficznych potrzeb ludności regionu, także z powodu pochopnej i nierzetelnej ewaluacji. Nawet jeśli realizacja celów projektu rzeczywiście może przyczynić się do rozwoju regionu, innym aspektem efektywności jest to, czy wysyłanie w świat studentów o różnym stopniu przygotowania do pracy jest najlepszym sposobem na osiągnięcie tych celów.

O podejściu „neokolonizatorskim” do wolontariatu słyszałam już przed zapisaniem się na projekt w Panamie i świadomie wybierałam organizację charytatywną (Global Brigades), której program opierał się na stałych konsultacjach z mieszkańcami wiosek objętych projektem. W materiałach przygotowawczych, które dostawaliśmy od Global Brigades, duży nacisk położony był na uświadomienie wolontariuszom przekonań i stereotypów, jakie mogli mieć, przyjeżdżając po raz pierwszy do Panamy. Jednak mimo struktury programu oraz naszego przygotowania konieczne było, abyśmy, będąc na miejscu, potknęli się kilka razy, zanim znaleźliśmy bardziej otwartą i równą formę współpracy. Konieczne było, abyśmy wpierw przygotowali wykład, który nie miał nic wspólnego z potrzebami mieszkańców, aby potem zorientować się, że może lepiej byłoby zacząć od zwyczajnej rozmowy z nimi. Myślę, że z więzów „umysłu neokolonialnego” wyzwoliliśmy się zupełnie, dopiero uświadamiając sobie, że w trakcie wolontariatu uczymy się tyle samo (a może nawet więcej) od lokalnych mieszkańców, co oni od nas – także na płaszczyźnie życiowej. Wiele osób, z którymi pracowaliśmy, to niezwykle silni i zaradni ludzie, którzy zbudowali to, co mają – sklep w wiosce, farmę świń – praktycznie od zera. Historie, które usłyszeliśmy od ludzi podczas pracy nad sprawami sądowymi, otworzyły nam oczy na złożoność problemów systemu prawnego w Panamie. Praca z dziećmi uświadomiła nam, że nie trzeba chodzić do świetnie wyposażonej szkoły, by mieć ogromne pokłady kreatywności i inteligencji.

W kwestii efektywności programu Global Brigades, przed wyjazdem doszukiwałam się informacji o tym, jak przeprowadzają ewaluację skutków projektu. Jednak ocena skutków programu nie jest prosta, gdyż poza sferami takimi jak rozwiązywanie spraw sądowych, gdzie sukces jest wymierny i osiągalny w trakcie kilku miesięcy, wiele programów tak zwanego zrównoważonego rozwoju (ang. sustainable development) nie prowadzi do konkretnych skutków widocznych na przestrzeni kilku miesięcy. Na niektóre trzeba będzie poczekać kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Prowadzone przez wolontariuszy warsztaty o środkach ochrony przed przemocą w rodzinie oraz o równych prawach płci, jeżeli mają mieć jakiś efekt, powinny wpierw doprowadzić do zwiększonej ilości zgłoszeń przemocy na policję. Ten etap sprawia wrażenie, jakby program miał efekt przeciwny do zamierzonego. Dopiero wiele lat później może się okazać, że stosunek do pewnych schematów funkcjonowania rodzin faktycznie się zmienia. Jednak i w tym wypadku warsztaty byłyby zaledwie jednym z wielu czynników prowadzących do tych zmian, uzależnionych także od sukcesu innych programów, na przykład tych dążących do ekonomicznego uniezależnienia wiosek.

Panama

Organizacje charytatywne często oskarża się o nieefektywne zarządzanie pieniędzmi czy wpompowywanie ogromnej części funduszy w administrację. Jednak sprawa efektywności nie kończy się na dobrej alokacji pieniędzy, gdyż sukcesu organizacji non-profit nie ocenia się w procentach, tak jak w sektorze prywatnym. W sektorze, w którym cel jest długoterminowy i przez to tak trudny do oceny, tym istotniejszy staje się proces jego osiągnięcia. Zatem czy można doprowadzić do pożądanych celów efektywniej niż wysyłając w świat studentów? Czy nie znaleźliby się w danym kraju ludzie posiadający takie same, jeśli nie lepsze, umiejętności niż przyjezdni?

Naiwne byłoby stwierdzenie, że nie ma bardziej efektywnych metod. Owszem, można zebrać pieniądze w inny sposób niż fundraising prowadzony przez studentów, a następnie wysłać samych prawników, ludzi perfekcyjnie mówiących po hiszpańsku, ekspertów od cyklów rozrodczych świń. Czy to nie minęłoby się  jednak z koncepcją obraną przez organizację? Wyzbyć się umysłu neokolonialnego, siedząc w domu, jest bardzo trudno (wiem, próbowałam). Dopiero starcie z rzeczywistością doprowadza do uświadomienia sobie pewnych schematów myślenia. Spotkania z ludźmi w klinikach prawniczych, praca z dziećmi w szkole, wszystkie te doświadczenia przyczyniły się do tego, że lepiej rozumiemy problemy ludzi w tej części świata. Jeżeli niektórzy z nas będą w przyszłości zajmowali się organizacją następnych programów rozwojowych, będą mieli już bagaż doświadczeń i będą bardziej świadomi wyzwań. A efektywność można poprawić także w inny sposób, na przykład poprzez lepsze przygotowanie wolontariuszy albo chociażby… dostęp do Internetu.

Krytyka „wolonturystyki” ma bardzo silne podstawy. W wielu przypadkach jest ona trafna. Ma jednak zadatki stać się zbyt ogólnikową i zagarnąć różne problemy do jednego worka. Uzasadniony zarzut o powierzchowny sposób pomagania, fast-food dla altruistycznego ego może bardzo łatwo zostać obalony, jeżeli sam stanie się powierzchowny. Konieczne jest głębsze wniknięcie w tę kwestię, by dostrzec, że wolontariat zagraniczny może przełamywać schematy myślenia, jeżeli towarzyszy mu podejście krytyczne, nieustanne kwestionowanie. Osiągnięcie tego może doprowadzić do zainspirowania młodych ludzi, do zmiany ich sposobów myślenia, a nawet – do obalenia „umysłu neokolonialnego”.

  • Paweł Cywiński

    Niejako wywołany do tablicy, króciutko
    się odniosę do tematu (krótko, no niestety jestem obecnie poza
    Polską, mam mało czasu i kiepski dostęp do internetu).

    Pomaganie jest jednym z
    najtrudniejszych elementów w stosunkach międzyludzkich. Jedną z
    najbardziej skomplikowanych form pomocy (i tym samym najtrudniejszych
    oraz najbardziej ryzykowanych z punktu widzenia powodzenia) jest
    pomoc rozwojowa. Pomoc taka jest jeszcze trudniejsza, gdy dotyczy
    relacji miedzykulturowych i oddalonych geograficznie. Natomiast
    zdarza się, że jest ona sensowna, efektywna i przynosi zamierzony
    efekt. Dlatego nikt poważny nie krytykuje pomocy i wolontariatów
    zagranicznych jako takich (a na pewno nie ja), choć oczywiście da
    się znaleźć eseje teoretyków postkolonialnych podważających
    idee pomocy rozwojowej. Zatem na stępie jeszcze raz chciałbym
    podkreślić, nie krytykuje idei wolontariatu zagranicznego jako
    takiej.

    Natomiast chciałbym
    zwrócić uwagę na dwie bardzo istotne rzeczy, których w tym
    tekście nie ma. Autorka pisze: „„Wolonturystyce”
    stawia się dwa rodzaje zarzutów, co stanowi o pejoratywnym
    odcieniu tego terminu, w odróżnieniu od bardziej neutralnego
    wyrażenia „wolontariat zagraniczny”” i potem pisze o kwestii
    neokolonializacji oraz braku efektywności. Po pierwsze,
    wolonturystyce stawia się o wiele więcej i o wiele bardziej
    poważnych zarzutów (nie mam teraz czasu aby pisać o wszystkich ale
    polecam artykuł Alicji Nowaczyk poświęcony wolonturystyce na
    post-turysta.pl: http://post-turysta.pl/artykul/Wolonturystyka . Sam pisałem kiedyś o tym dla National
    Geographic).

    Po drugie, chciałbym się odnieść do o wiele
    ważniejszej kwestii. Autorka stosuje terminy wolontariat za granicą
    i woloturystyka niemal zamiennie. Podczas gdy opisują one zupełnie
    inne sytuacje. Wolontariat za granicą to po prostu nieodpłatna
    praca na czyjąś rzecz za granicą, zazwyczaj za pośrednictwem
    jakiegość GNO działajacego non-profiy (doskonałym przykładem
    tego jest program GLEN w ramach PAH). Wolonturystyka natomiast jest
    to krótkoterminowy wyjazd w którym łączy się turystykę i
    pomaganie, który organizuje pośrednik (zazwyczaj normalna firma
    działająca na zasadach rynkowych, której celem jest generowanie
    zysku) za który uczestnik musi zapłacić (zazwyczaj jakieś
    700-1000 dolarów za tydzień, bez przelotu), w zamian kupuje on
    „usługi” – możliwość niesienia pomocy, możliwość
    samorozwoju, możliwość wpisania tego doświadczenia do cv,
    możliwość przeżycia przygody życia itd. No i w cenie jest wyjazd
    all inclusive). Jednakże według wszelkich definicji przestaje on
    być klasycznym wolontariuszem. Staje się klientem (choć, jeżeli
    program jest sensowny, to czasem może przynieść jakieś pozytywne
    skutki – co niemienia kwestii, że całość jest różnie
    oceniania etycznie. Warto poczytać o tym w przedostatnim Guardianie
    lub na stronach Tourism Conern).

    Stosowanie
    tych terminów zamiennie jest błędem i może namieszać czytelnikom
    w głowie, wybielająć model biznesowy (jakim jest wolonturystyka)
    kosztem klasycznego wolontariatu za granicą. Wolonturystyka i
    wolontariat za granicą to są dwie zupełnie inne rzeczy.

    Pozdrawiam,

    P.

    • Anna Sands

      Dziękuję uprzejmie za komentarz i spostrzeżenia.

      Po pierwsze, odwołałam się do tekstu Autora komentarza z portalu post-turysta aby odnieść się do zaproponowanej tam definicji neokolonializmu. Nie przytoczyłam tego artykułu jako krytyki wolontariatu zagranicznego, lecz w celu odwołania się do neokolonialistycznej struktury myślenia. Zatem nie miałam na celu sugerowania, że Autor wypowiada się krytycznie wobec wolontariatu zagranicznego w ogóle.

      Po drugie, jestem świadoma tego, że moje przykłady krytyki wobec “wolonturystyki” są jedynie kilkoma z wielu możliwych zarzutów. Jednak wszelka krytyka, z którą się spotkałam, wpisuje się zawsze przynajmniej w jedną ze wspomnianych przeze mnie kategorii- postawy kolonialnej i kwestii efektywności. Drastyczny problem opisywany przez Alicję Nowaczyk, czyli sposób w jaki wolontariat wakacyjny w Kambodży przyczynił się do wzrostu liczby dzieci oddawanych do domów dziecka przez rodziców, jest o wiele poważniejszym przykładem obu rodzajów zarzutów. Jak pisze Autorka, “[wolontariusze] mogą wpływać na pogłębianie się braku poczucia niezależności a nawet wywołać niepożądane zmiany kulturowe”. Relacja, która rodzi powyższe efekty, jest neokolonialistyczna, gdyż cechuje się dominacją jednej kultury nad drugą, i konsekwentnym podporządkowaniem tej drugiej. Z kolei to, że wolontariat w sierocińcach nie tylko nie prowadzi do nauczenia dzieci języka angielskiego, lecz powoduje, że więcej dzieci trafia do sierocińcach, a poprzez ciągłe wyjazdy wolontariuszy utwierdza w nich poczucie opuszczenia, jest poważniejszym zarzutem dotyczącym braku efektywności. Z tym, że już nie tylko wolontariat nie odniósł pozytywnego skutku, lecz również wyrządził poważne szkody.

      Po trzecie, prawdopodobnie w wyniku moich doświadczeń z wolontariatu w Panamie, trudno jest mi się zgodzić z tym, że klasyczny wolontariat za granicą i wolonturystyka to dwie zupełnie inne rzeczy. Owszem, jeżeli pojęcie wolonturystyki określa jedynie wyjazdy all-inclusive, w których za jednym razem płaci się za wolontariat i za wyjazd, bądź gdyby wolonturystykę można było oddzielić od wolontariatu zagranicznego na podstawie tego, że jest ona domeną sektora prywatnego (a nie non-profit) wtedy wolontariat, o którym piszę, zdecydowanie nie zaliczyłby się do niej. Moja krytyka i rozważania odniosłyby się w takim wypadku jedynie do wolontariatu zagranicznego, który(wyłączając aspekt biznesowy) może także być źródłem różnorodnych problemów.

      Jednak chciałabym zasugerować, że “wolonturystyka”, będąc terminem publicystycznym, niejako umyka się precyzyjnej definicji, również dlatego, że pojęcie zostało stworzone do opisywania ciągle ewoluującego zjawiska. We wspomnianym wcześniej artykule Alicji Nowaczyk pada pytanie i odpowiedź: “Co odróżnia ją [wolonturystykę] od wolontariatu zagranicą? Często jest to brak wysokich wymagań dotyczących kompetencji wolontariusza, możliwość samodzielnego wyboru zarówno organizacji, programu, jak i czasu trwania samego wolontariatu.” Potem jest także mowa o silnej komercjalizacji wolonturystyki, jednak wydaje się, że jest to jedynie proces jej przemian, a nie pochodzenie pojęcia.

      Wolontariat, w którym brałam udział, był organizowany przez Global Brigades, organizację charytatywną. Suma pieniędzy, którą należało uzbierać, nie zawierała kosztów dodatkowego wyjazdu turystycznego. Mimo tego, przygotowując się do wolontariatu oraz uczestnicząc w nim odniosłam wrażenie, że krytyka odnosząca się do tego, czym określa się w publicystyce “wolonturystyką”, jest także istotna w tym wypadku. Na przykładzie formy przygotowania- w naszej grupie wolontariuszy, składającej się z dwóch grup z różnych uniwersytetów, jedynie nasza część była zapoznana z całym programem przygotowania do wolontariatu. Druga grupa miała wręcz pewne wątpliwości związane z tym, czym dokładnie się będzie zajmowała, gdyż ich przewodnicząca nie zorganizowała odpowiednio przygotowania. Jednak Global Brigades nie sprawdziło, w jakim stopniu byliśmy gotowi do pracy wolontariackiej. Mimo tego, że dało nam możliwość przygotowania się, jedynym warunkiem ostatecznego uczestnictwa było posiadanie pełnej kwoty na stronie, na której były zbierane fundusze na wyprawę. Takie podejście budzi zastrzeżenie, że na pierwszym miejscu stawiany jest wolontariusz, a dopiero na drugim efektywność jego działalności w kraju projektu. I to niezależnie od tego, czy organizacja na tym zarabia, czy nie.

      Wobec tego odnoszę wrażenie, że to, co pisze się o “wolonturystyce”, tak jak to robi np. The Guardian (http://www.theguardian.com/travel/2014/feb/17/volunteer-holidays-how-to-find-right-project), jest istotne również w wypadku wolontariatu za granicą, który organizowany jest non-profit oraz bez całościowej wpłaty za pracę i turystykę. Myślę, że bardziej kluczowe rozróżnienie niż to, czy wyjazd jest all-inclusive i czy organizacja zarabia, jest to czy wolontariat rzeczywiście przed potrzebami wolontariusza stawia potrzeby społeczności. Jest to dla mnie kwestia nie zawsze jasna do stwierdzenia, skąd wynika to, że odnoszę się zarówno do wolontariatu zagranicą, jak i jego rodzaju zwanego “wolonturystyką”.

      Pozdrawiam,

      Anna Sands