dwutygodnik internetowy
23.03.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Raport ze stanu rzeczy

Nasze polskie bolączki i problemy, których absolutnie nie chcę bagatelizować, wydają się o wiele łatwiejsze do zniesienia, gdy porównać je z ukraińską sytuacją. Autor „Krwi i ziemi” z powodzeniem podjął się trudnej rzeczy, z ogromną empatią (ale nie bezkrytycznie) nałożył na siebie bardzo różne perspektywy, dając czytelnikowi wielowymiarowy obraz Ukrainy.

Ukraina: smutek, nadzieja, pobożność i bezbożność, przygnębiająca bieda i ostentacyjne bogactwo, namiętności polityczne, narodowe, głębokie ekonomiczne napięcia, potężna frustracja ludzi, którym źle we własnym, zdewastowanym rządami oligarchii kraju, poczucie krzywdy wywołane strukturalną korupcją – wszystko to niedaleko od nas. Świat trochę podobny do naszego i bardzo różny, o wiele bardziej postkomunistyczny, zdemoralizowany kulturowo, społecznie, politycznie. A równocześnie świat ludzi, którzy nie mają nic do stracenia, więc gromadnie wyszli na ulice, stworzyli znaczny i znaczący ruch oporu, skupiony wokół miejsca/zjawiska znanego jako Majdan. To wszystko i więcej jeszcze zobaczycie dzięki książce Wojciecha Muchy “Krew i ziemia”.

Powstanie na Majdanie

W jakimś sensie „Krew i ziemia” to powieść drogi. Zapis podróżnika, który chce na własne oczy zobaczyć kolejny bunt ukraińskiego społeczeństwa i w grudniu 2013 r. jako reporter „Gazety Polskiej” trafia na kijowski Majdan. A później są spotkania z ludźmi, wędrówki zaułkami i skwerami miast, podróże metrem, godziny spędzone w samochodach, krótkie źle przespane noce, długie treściwie przeżyte dnie, rozmowy i jeszcze raz rozmowy. Opis ukraińskich realiów, reporterska ciekawość świata, która nie stroni od szczegółu, wyostrza drobiazgi, by uczynić z nich metaforę, raport ze stanu rzeczy są najmocniejszą stroną tej książki. To oczywiście rzecz mocno polityczna, ale oglądamy ukraińską polityczność nie jako iluzję wytwarzaną w telewizjach, nie jako medialny spektakl, ale dziedzinę utkaną z materii życia, jego bolączek, wyzwań, emocji, postaw i przekonań ludzi, którzy rzadko kiedy trafiają na pierwsze strony gazet. To polityka, jaką poznali uczestnicy Komuny Paryskiej, tłumy, które szły z Martinem Lutherem Kingiem w marszu na Waszyngton, robotnicy pierwszej „Solidarności”. Pouczające i intrygujące jest ukazanie przenikania się dzisiejszej ukraińskiej polityczności z kwestiami kulturowymi, społeczno-gospodarczymi, postsowieckim dziedzictwem i jeszcze głębiej sięgającą, trudną historią państwa i zamieszkujących go narodów.

Na Majdanie dziewczyna snuje opowieść: „Moja matka zawsze mi powtarzała: »Trzeba dawać łapówki, bo potem możesz czegoś naprawdę potrzebować i wtedy nikt ci nie pomoże«”. Na Majdanie są unijni politycy, którzy bezpiecznie stamtąd wrócą w swoje zachodnioeuropejskie pielesze i Ukraińcy, którzy wierzą w swój naród, ale nie wierzą władzy. Na Majdanie „tituszki” szukają ofiar: „młodzi sportowcy w dresach”, chuligani, tania siła najemna na usługach milicji czy szerzej milicjanci w cywilu biorący udział w zamieszkach. Mało pochlebny termin wziął się od Wadima Tituszko, mieszkańca podkijowskiej Białej Cerkwi, który w maju 2013 r. pobił w Kijowie dziennikarzy opozycji: „Był tak charakterystyczny i tak dobrze oddawał stereotyp zadymiarza, że jego nazwisko weszło do języka potocznego na określenie chamowatych zbirów, którzy za pieniądze walczą z opozycją”. Na Majdanie słychać pod adresem władzy: „Bando precz, zekom śmierć!”. Na Majdanie ludzie biją prowokatora, łamią na nim kije. A snajper zabija Ormianina Serhija Nihojana, jednego z opozycyjnych aktywistów.

Opowieść nie kończy się w Kijowie

Ukraina to jeszcze więcej, trzeba wżyć się w nią, zajrzeć do jej mrocznych kątów. Gdzieś w swojej podróży Mucha spotyka Serhiya Kolyadę, artystę-plastyka urodzonego w 1972 r. w Odessie, wychowanego w złych dzielnicach Berdiańska. Kolyada nie cieszy się popularnością, podobno dlatego, że zawstydza samych Ukraińców opowieściami o najciemniejszych stronach ich rzeczywistości. Jest turpistą. Przetwarza reklamowe billboardy opiewające zachodni kapitalizm w opowieści o kryminalistach i żebrakach, złodziejach z milicji, nowobogackich Ukraińcach, ich zamożnych gościach z zachodnich korporacji i obsługujących ich wszechstronnie Ukrainkach. Wszystko to jak scenki rodzajowe przeniesione na monumentalne płyty nagrobne wschodnich mafiozów. Na grafikach Kolyady umęczony Chrystus z podbitym okiem i reminiscencje toposów zaczerpniętych wprost z twórczości Tarasa Szewczenki, z sielankowej sztuki ludowej i współczesnej ukraińskiej „cepelii” towarzyszą nagim kobietom o pełnych piersiach, którym Euro 2012 dało szansę na dodatkowy zarobek. Na Majdanie nikt nie chciał obrazów Kolyady – to zbyt bolesne, absolutnie „niepatriotyczne” w bezwzględnym pokazaniu zła toczącego społeczeństwo. Ale nikt też nie zaprzeczał prawdziwości ich przekazu.

Mucha opowiada: „Pod pięciogwiazdkowym hotelem Premier Palace na rogu Szewczenki i Puszkińskiej zobaczyłem Ukrainę właśnie taką, jak z obrazków mojego rozmówcy. Obrzydliwych starych tłuściochów, wysiadających z range roverów wśród ukłonów kamerdynerów i hotelowych boyów, a potem idących pod rękę z 17-latkami w szpilkach dłuższych niż spódniczki. A to wszystko tuż przy placu Besarabskim, gdzie każdego dnia od samego rana okutane w halki i chustki babuszki z okolicznych wiosek usiłują co biedniejszym lub bardziej litościwym kijowianom sprzedać nazbierane przez siebie grzyby, porzeczki czy udojone mleko. I w odległości 50 metrów od cokołu, na którym przez lata stał Włodzimierz Iljicz Lenin, a z którego upadkiem »wszystko miało się zmienić«”.

W podróży po Ukrainie dziennikarz trafia do Czerniowiec, miejscowości nad Prutem w północnej części Bukowiny, miasta-tygla kulturowego i narodowego. Jest lato 2014 r. W mieście działa „kinogoga”, pamiątka po wymordowanych przez Niemców Żydach – w dawnym budynku synagogi, która oparła się ładunkom wybuchowym, władza radziecka postępowo zainstalowała kinoteatr. Taksówkarz narzeka pasażerowi, że drożeje sól sprowadzana z Donbasu. Nic nowego pod słońcem: dla jednych wojna ma smak przelewanej krwi, dla drugich – podwyżek. W Czerniowicach rzadko kto chce iść na wojnę: „Bukowina i obwód czerniowicki były na szarym końcu (…), jeśli chodzi o liczbę zarejestrowanych poborowych. Mieszkańcy blokowali drogi w sprzeciwie wobec powołań, a przed komisjami stawiło się jedynie 30 proc. zobowiązanych”. Miejscowi nie chcą ginąć za Ługańsk i Donbas, widzą na własne oczy migrację z tamtych rejonów, uciekają również mężczyźni zdolni do walki. Mucha odnotowuje często słyszane nie tylko tam słowa: „Nie chcą bronić swojej ziemi, a naszych chłopców się posyła na śmierć”.

Niewolnicy spod Łodzi i wołyńscy nacjonaliści

Gdzieś na Bukowinie, w Hercach, mieszka Dana. Jest ożeniona z Andruszką, Polakiem. Zna Polskę i mówi po polsku. Mucha wspomina: „Usłyszałem o niewolniczej pracy, jaką Rumunkom i Ukrainkom organizowało w szwalniach pod Łodzią polsko-ukraińskie małżeństwo. O zamykaniu w piwnicy, o zalepionych szybach i głodowych stawkach za wielogodzinną pracę. Szwalnia została zlikwidowana przez policję i Straż Graniczną”. Dana należy do Kościoła Zielonoświątkowego. Odeszła z cerkwi: „Jak pół domu zabrała mi powódź, to pop chodził od chałupy do chałupy. Znak krzyża zrobił i poszedł od nas, a my cali w mule, ratowaliśmy dobytek. Nawet 10 hrywien nie dostaliśmy”. U zielonoświątkowców trzydziestokilkuletnia kobieta odnalazła Boga, wspólnotę i bezpieczeństwo socjalne: „Przez cały okres Majdanu modliliśmy się za spokój i pokój na Ukrainie. Za chorych, starych, biednych. Dostajemy pomoc ze Szwajcarii i Niemiec, także z Polski. Pomagamy rodzinom wielodzietnym. Inaczej niż u naszych popów prawosławnych”.

W Równem dziennikarz „Gazety Polskiej” spotyka starego kumpla z Majdanu, rapera Kobzara. W mieście, w którym urodziła się Anna Walentynowicz, w 1943 r. Gestapo z pomocą Ukraińców zamordowało blisko dwa tysiące Polaków. W 2002 r. stanął tam pomnik dowódcy UPA Dmytro Klaczkiwskiego, współodpowiedzialnego za tę zbrodnię. A Kobzar? Jest ukraińskim nacjonalistą. Co to dla niego oznacza? „Znać literaturę, politykę, rzeczywistość ulicy, być wśród ludzi. (…) Kochać swój naród i kraj w zwykłym, codziennym życiu: nie wyrzucać śmieci obok śmietnika, pomagać starszym ludziom, nie godzić się na łamanie prawa, wspierać armię. I nie wystarczy odziać się w wyszywankę, gdy przychodzi Dzień Niepodległości”. Gdy rozmawia z Muchą o zbrodni wołyńskiej, pyta: „Powiedz, bracie, co możemy zrobić, żeby to naprawić?”…

Czytelnik to ktoś, kogo zaprasza się do rozmowy. Zatem się wtrącę: w cieniu pomnika Klaczkiwskiego takie pytanie, nawet wypowiedziane ze szczerej, dobrej woli, brzmi głucho. Choć na kartach „Krwi i ziemi” Mucha niejednokrotnie stara się pokazać zniuansowany obraz ukraińskiego nacjonalizmu, wynikający z historii tego narodu, to wiem, że jeśli przydarzy się Polsce i Ukrainie wspólna szczęśliwa przyszłość, to trzeba będzie o tamtych czasach odbyć jeszcze niejedną trudną i gorzką rozmowę. Trzeba będzie zobaczyć, gdzie są granice kompromisu w rozliczeniu „rachunku krzywd”. Byle nie pod rosyjską kuratelą i patronatem.

Tragedia zwykłych ludzi

Mucha szczegółowo opisuje zdarzenia, w których uczestniczy, ale nie traci z oczu politycznej dynamiki na Ukrainie. Czytelnik dostaje dodatkowo dokumentację w postaci przypisów i wyodrębnionych w książce opisów w ramkach, dotyczących kontekstu wydarzeń. To bardzo przydatne, umożliwia zrozumienie wielu skomplikowanych lokalnych zależności, wzajemnych relacji między różnymi ugrupowaniami politycznymi i ideologicznymi na Ukrainie, lepiej uzmysławia sobie wewnętrzne napięcia w tym państwie, związane także z narastającymi wpływami Rosji. Ale najbardziej w całej książce uderza tragedia zwykłych ludzi, którzy w tym nieprzyjaznym świecie, który kochają, bo jest ich ojczyzną, próbują ułożyć swoje życie. Nasze polskie bolączki i problemy, których absolutnie nie chcę bagatelizować, wydają się o wiele łatwiejsze do zniesienia, gdy porównać je z ukraińską sytuacją. Autor „Krwi i ziemi” z powodzeniem podjął się trudnej rzeczy, z ogromną empatią (ale nie bezkrytycznie) nałożył na siebie bardzo różne perspektywy, dając czytelnikowi wielowymiarowy obraz Ukrainy. Sądzę, że publikacja po latach będzie stanowiła lekturę obowiązkową dla wszystkich, którzy będą chcieli zrozumieć to, w czym obecnie uczestniczymy.

Jeszcze jedno: znakomitym dopełnieniem książki są fotografie Konrada Falęckiego i Tomasza Adamowicza, fotoreporterów „Gazety Polskiej”. Żyjemy w czasach, gdy zewsząd bombardują nas łatwo dostępne fotografie śmierci, wojny, ludzkiej krzywdy. Jednak tym zdjęciom warto przyjrzeć się dokładniej w czasie czytania – uzmysławiają to, o czym opowiada dziennikarz.

Dobrze, że Mucha pojechał na Ukrainę. Bardzo dobrze, że z niej wrócił cały i zdrowy. Świetnie, że napisał tę książkę.