dwutygodnik internetowy
05.06.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Przypadek „Klątwy”. Czy wszystko, co na scenie, jest fikcją?

Na zarzut obrazy uczuć religijnych w rozmowie z Mikiem Urbaniakiem dla portalu gazeta.pl Paweł Sztabowski, wicedyrektor Teatru Powszechnego, odpowiada: „teatr nie obraża niczyich uczuć religijnych. To jest absurd”. Jak to się dzieje, że gdy część osób czuje się obrażona, inni zupełnie nie rozumieją, w czym tkwi problem?

ilustr.:

ilustr.: Dominika Hoyle

Temat „Klątwy” w Teatrze Powszechnym od lutego rozrósł się w prasie i na ulicy, a końca nie widać. Organizowane są coraz to nowe manifestacje. Wydaje się jednak, że przeczucia związane z debatą publiczną wywołaną spektaklem się potwierdziły. Tak jak się tego spodziewaliśmy, ugruntowuje się  podział na entuzjastów i tych, którym sprawiają przykrość bluźniercze w ich odczuciu gesty, a między dwiema grupami stoi kordon policji. W ten sposób skandal stał się stymulantem kolejnego rozdziału wojny politycznej. Boleśnie jasno przekonujemy się, że przedstawienie nie doprowadziło i chyba już nie doprowadzi do debaty publicznej na tematy pedofilii w Kościele czy hipokryzji polskiego społeczeństwa.

Problemem najlepiej słyszanym, nad czym ubolewa w oficjalnym oświadczeniu Dyrekcja Teatru Powszechnego, stała się formalna strona spektaklu. Również Klub Inteligencji Katolickiej wydał oświadczenie w tej sprawie, reprezentując widzów, w których religijność uderzają drastyczne środki wyrazu. Na zarzut obrazy uczuć religijnych w rozmowie z Mikiem Urbaniakiem dla portalu gazeta.pl Paweł Sztabowski, wicedyrektor Teatru Powszechnego, odpowiada: „Teatr nie obraża niczyich uczuć religijnych. To jest absurd”. „Wszystko, co dzieje się na scenie, jest fikcją” – przypominają aktorzy ze sceny, za nimi powtarzają to przedstawiciele władz teatru i wielu krytyków. Jak to się dzieje, że gdy część osób czuje się obrażona, inni zupełnie nie rozumieją, w czym tkwi problem?

Ks. prof. Andrzej Draguła podejmuje próbę wyjaśnienia tej rozbieżności w artykule na temat „Klątwy”, opublikowanym w Tygodniku Powszechnym. Nieporozumienie może wynikać ze zmieszania dwóch porządków: sakralnego i artystycznego. Nie wolno zapominać, że zarówno język sztuki, jak i język liturgiczny budowane są poprzez symbole, lecz w zupełnie różny sposób. Dla człowieka wierzącego całowanie krzyża staje się rzeczywistym gestem uwielbienia Boga. W teatrze gest pozostaje symbolem odnoszącym się do semantycznych powiązań, aktywujących skojarzenia i emocje widza. Mamy więc do czynienia z dwiema zupełnie różnymi wrażliwościami, które Hans Betling definiuje poprzez terminy „ery obrazu” – kiedy obraz był przedmiotem kultu – i „ery sztuki” – kult został zastąpiony przez kategorie estetyczno-artystyczne. Problem ze zrozumieniem „Klątwy” w Powszechnym bierze się często z tego, że widz swoją wrażliwością odbiorczą pozostaje w erze obrazu. Podczas gdy dla reżysera scena ścięcia krzyża piłą mechaniczną oznacza, upraszczając, rozdział państwa od Kościoła, dla widza sprzed ery sztuki pozostaje podniesieniem ręki na krzyż-symbol święty. Większość osób, widząc wiadomą papieską statuę i wiadomą scenę seksu oralnego ma w sobie dużo niezgody na takie działanie – czuć to w ciszy panującej na widowni. Jej przyczyną nie jest może tylko wieloletnie tabu dotyczące mówienia o Kościele, jak proponują niektórzy krytycy, ale właśnie fakt, że każdy uczestniczył choć raz w theatrum sacrum, a w jego pamięci pozostają Boży szaleńcy, którzy umierali, nie chcąc zdeptać ikony (jak na przykład w obrazie filmowym Martina Scorsesego, „Milczenie). Choć dobrze się już zadomowiliśmy w erze sztuki, to w każdym z widzów pozostają ukryte echa „nienowoczesnego” myślenia. Taki punkt widzenia wydaje się wykorzystywać Olivier Frljić, a wraz z kolejnymi scenami klarują się niewygodne pytania: czy wszystko, co na scenie, jest fikcją? Czy przyglądaliśmy się tylko symbolom? I wreszcie pytanie o to, w której epoce jesteśmy jako widzowie.

Czy taka prowokacja to cel sam w sobie? Artysta w wywiadzie opublikowanym na stronie portalu Dwutygodnik.com podkreśla, że forma jest dla niego sposobem przekazania treści i właśnie dlatego tak ważna i wymagająca bezustannego redefiniowania. Skończył się czas tragedii, która przy zachowaniu zasad trzech jedności i dekorum wzbudza uczucia litości i trwogi. Co więcej, prowokacja jest elementem niezastąpionym, ponieważ to właśnie ona nie tylko zmusza widza do myślenia, ale umożliwia dotarcie do sfery emocjonalno-duchowej. Wykorzystana w sposób świadomy, uaktywnia katartycznego, dionizyjskiego ducha tragedii, to znaczy nie tylko wzbudza rozumową refleksję, nie tylko mimowolne powoduje czucie czegoś, ale może dotrzeć aż do tego, co my katolicy nazywamy sumieniem, do duchowości. Jak widzimy, sens spektaklu nie ogranicza się więc do wyzywających pytań o język teatru, lecz ma w nieznoszący sprzeciwu – bo angażujący na poziomie emocjonalnym, a nawet duchowym – sposób zwracać uwagę na choroby dotykające polskie społeczeństwo niezmiennie od czasów Wyspiańskiego. Za przykład może posłużyć  scena, w której został bezpośrednio zacytowany tekst Wyspiańskiego, dotyczący nieochrzczonych dzieci Dziewki z wioski. Czytając dramat w jakimś bezpiecznym pokoju czy kawiarni, czytelnik nie wzrusza się do głębi (lub w ogóle się nie wzrusza) napięciem powstałym między Młodą i Dziewką, poetyckie słowa nie uruchamiają dziś silnych emocji. Kumulują się problemy, denerwująca sytuacja, ale nihil novi sub sole: kolejna strona, kolejny akt. Kiedy jednak ta sama niesprawiedliwość rozgrywa się na scenie, spotęgowana groteskową formą, emocje aż czuć w powietrzu: na scenie krzyki, rechoty – widownia milczy. Nie dość, że fragmenty tekstu bez problemu aktywują w głowie widza całą historię zawartą w dramacie, to jeszcze konfrontuje się je z poprzednimi poruszanymi problemami, jak na przykład nadużywaniem władzy przez księży, faryzeizm wiernych, to, że zamiast skupić się na słowach Jana Pawła II, czy w ogóle na dążeniu do wzrastania w miłości (bo o tym jest fragment homilii odsłuchiwany podczas wjazdu figury papieża na scenę), wciąż jako społeczeństwo zastępujemy ten wysiłek stawianiem pomników. Rzecz nie dzieje się już tylko w zapomnianej wsi Gręboszów na przełomie XIX i XX wieku, lecz tu i teraz: w Warszawie, Piwnicznej czy Sosnowcu. Strategia dramaturgiczna „Klątwy” pozwala na lepszą słyszalność tekstu Wyspiańskiego przy jednoczesnym wpisaniu jego dynamiki w refleksję o współczesności i sobie samych. Symboliczna gra znaczeń trafia nie tylko do mnie. Prof. Dariusz Kosiński także przyznaje się do tego, że „Klątwa” ruszyła i jego sumienie, a „cholerny, coraz bardziej polski Chorwat” (jak go sam nazywa) nie dość, że „nieźle go przeorał”, to jeszcze pozostał w głowie na długo.

 

Telefon, Brecht, fellatio, Wyspiański, pies, pistolet, krzyż, ksiądz, Młoda, feministka, matka, krzyk, śmiech, łzy, światło, muzyka, blackout, krzyk. . Dużo się dzieje. Zupełnie jak w świecie, w którym żyjemy. Ale tym razem, przez chwilę chociaż, zajmujemy bezpieczne miejsca na widowni, jesteśmy tylko obserwatorami. Jak wykorzystamy tę chwilę wzięcia w nawias naszego życia – to zależy jedynie od nas. Prof. Dariusz Kosiński w recenzji opublikowanej przez „Tygodnik Powszechny” polemizuje z tezą wypowiadaną przeciwko „Klątwie”, według której: „spektakl nikogo nie czyni odrobinę lepszym”, przeciwstawiając jej swój własny odbiór. Tłumaczy też, że kluczowym dla odbioru spektaklu jest zrozumienie, że kiedy na scenie kłaniają się aktorzy, praca widza się nie kończy, a wręcz dopiero zaczyna. Jako odbiorca warto jest myśleć o sztuce jak o lustrze przechadzającym się po gościńcu, a to, co dzieje się w teatrze, odnosić do konkretnej realności. Bulwersuje to, że krzyż jest znieważany na scenie? Warto zadać sobie pytanie, kiedy my w naszym życiu dopuszczam się zniewagi. Czyż codziennie krzyż nie jest bezczeszczony przez katolicką podwójną moralność, rozwiązłość lub chciwość? Czy nigdy nie zdarza się go wykorzystywać, by innych ocenić, potępić? Tylko jeśli jako widzowie zdobędziemy się na pokorę i przyznamy, że spektakl nas dotyczy, będziemy mieli okazję przeprowadzić rachunek sumienia i dopuścić do siebie żal, który pod katartycznym wpływem spektaklu może stać się zdrową skruchą i determinacją do rzeczywistego działania w celu walki ze złem i występkiem. Pogłębiając namysł nad tak zwanym podejrzanym performance’em, można dotrzeć aż do fundamentalnych pytań o przyczyny istnienia zła w świecie, jednak tylko od nas zależy, czy tego typu pogłębiona refleksja zaistnieje. A to tylko jeden z wielu tematów, które są na scenie potrącane jak kolejne komplety domina (kostka jednej sceny prowadzi do kolejnej, aktywującej inny powiązany aspekt i tak dalej).

Cieszę się, że siebie mogę dopisać do listy osób, które wyszły z teatru wzbogacone o coś więcej niż opinia na temat skandalizującej „Klątwy”. Tak z drugiej strony jest mi przykro z powodu wszystkich tych, którzy poczuli się opluci spektaklem. Nie możemy jednak obrażać się na to, że powstające obecnie spektakle odwołują się do wrażliwości „ery sztuki”, w której symbole dawno wyswobodziły się ze swojego jedynie sakralnego znaczenia.