dwutygodnik internetowy
14.08.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Przy stole z Królem Fake-Newsów

W ciepły lipcowy wieczór redaktorzy Kontaktu postanowili pójść na wagary od protestów w sprawie Sądu Najwyższego.

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

H.F.: Godzina 19:50. Po dwukrotnym bezowocnym okrążeniu Placu Zbawiciela decydujemy się zająć dogodną pozycję obserwacyjną pod bankiem, na rogu Marszałkowskiej. Po chwili orientujemy się, że kilka metrów dalej, tyłem do nas stoi postawny mężczyzna i również bacznie obserwuje plac. Ubrany w jeansy i błękitną koszulę, pewny siebie stoi w „amerykańskiej” pozycji, z szeroko rozstawionymi nogami i lewą ręką wspartą na biodrze. Twarz przykrywają mu eleganckie okulary marki Ray-Ban. „To on!”.

Godzina 19:55. Już drugi raz mija nas młody, nieco rozkojarzony chłopak w okularach o grubych szkłach. „Pewnie też go szuka…”.

Godzina 20:01. Podchodzimy do mężczyzny o teksańskim stylu bycia: „Excuse me, are you Jack?”. „Nie. Ale też na niego czekam” – odpowiada lakonicznie, po czym oddala się Mokotowską. Dziwne. „Może to całe spotkanie, to jednak fake news…?”.

Godzina 20:05. Po raz trzeci mija nas młody chłopak, zaczepiamy go i pytamy, czy też szuka Jacka. Strzał w dziesiątkę. Kacper przyjechał z Krakowa specjalnie na to spotkanie. Jest na pierwszym roku informatyki, o wizycie Jacka dowiedział się z Twittera. „Niezły dobór miejsca! Szkoda, że nie ma tęczy, haha!”.

Godzina 20:07 Dołącza do nas Strażnik Teksasu, przedstawia się. Z rozmowy da się wywnioskować, że jest odnoszącym sukcesy biznesmenem. Głosował na Ruch Narodowy, bardzo szanuje Kukiza. Rozmawiamy o protestach w obronie sądów. Nie padają żadne mocne stwierdzenia, jednak czuję się nieswojo. Cały czas patrzę na Kubę, który sprowadza rozmowę na bezpieczniejsze tory, zostawiam mu ciężar rozmowy, w razie bezpośredniego pytania lub szczególnie rażącego stwierdzenia gotowa jasno zaznaczyć moją opinię. Na szczęście okazuje się, że temat nieszczęsnej opozycji Platforma–PiS jest nie tylko nieśmiertelny, ale również uniwersalny i łączący. Radośnie sobie przytakujemy i chichoczemy, wspominając wpadki polityków obydwu partii.

Godzina 20:20 Kuba pisze do Jacka na Twitterze. Jack obiecuje, że będzie za 20 minut. „Poczekamy w Cafe Karma”. Niestety biznesmen nie ma tyle czasu, więc opuszcza nas, życząc miłego wieczoru.

Godzina 20:50 Po ponad dwudziestu minutach czekania w ogródku Karmy, słyszymy radosny gwar. Prężnym krokiem podchodzi do nas wesoły mężczyzna w czerwonym polo. Uśmiecha się ciepło, przedstawia i entuzjastycznie dziękuje nam za przybycie. Towarzyszy mu drobna blondynka o uśmiechu Julii Roberts, ubrana w błękitną surferską sukienkę i japonki, jakby właśnie wracała z Miami Beach. To Tanya, żona Jacka. Ogromnie się cieszy, że tu jest, nie może się doczekać, aż nas lepiej pozna! Jej energia jest zaraźliwa, czuję, że na moich ustach również zagościł radosny uśmiech. Za Tanyą i Jackiem czeka jeszcze kilka osób, również się przedstawiają. Wszyscy mają na głowach białe lub czerwone czapeczki z daszkiem ozdobione napisem „Make America Great Again”. Okazuje się, że spotykamy się pod Charlotte, tam czeka reszta gości. Dopijamy piwa i ruszamy.

Jack Posobiec jest amerykańskim alt-rightowym aktywistą polskiego pochodzenia. Zasłynął z kontrowersyjnych wpisów na Twitterze, teorii spiskowych i działalności w organizacji Citizens for Trump. Razem z rodziną przyjechał do Polski na początku lipca (w tym samym momencie, co Donald Trump). W mediach społecznościowych kilka tygodni temu pojawiło się enigmatyczne ogłoszenie o spotkaniu: „MAGA meet-up Warsaw”. 21 lipca, godzina 20, Plac Zbawiciela. I tyle. Sądząc po zainteresowaniu na Facebooku, MAGA [Make America Great Again] nie ma za wiele wspólnego z MEGA – 12 osób było „zainteresowanych”, 5 „weźmie udział”.

Pod Charlotte czekało na nas jedenaście osób: siedem z nich przyszło specjalnie na spotkanie (dwoje przyjechało z Łodzi, dwoje z Poznania), w tym działacz Ruchu Narodowego i rodzina Jacka: rodzice, żona i szwagierka. Najpierw przywitała nas mama. Miała długie rozpuszczone włosy, ubrana była w sięgająca ziemi hippisowską sukienkę w etniczne wzory. Wszystkich nas wyściskała i klasycznie po amerykańsku wyraziła ogromną radość, że się spotykamy. Kiedy rozmawialiśmy ze szwagierką Jacka – Białorusinką, która, jak się okazało, spędziwszy kilka lat temu miesiąc w Polsce, mówi po polsku znakomicie, przedstawiciel RN zaordynował wymarsz do wybranej przez siebie restauracji. Okazało się, że idziemy do Chłopskiego Jadła.

Czekały na nas zarezerwowane dwa stoły. Jack, jego mama, Tanya z siostrą i część polskiej ekipy usiedli przy pierwszym z nich. My razem z resztą gości poszliśmy do drugiego stołu, zamówiliśmy po piwie, a nasz przewodnik poprosił o zestaw „traditional polish food” na każdy stół. Usiadł z nami ojciec Jacka – Papa Jack. Rozmowę rozpoczął jeden z Polaków, wyrażając się z podziwem o asortymencie sieciówki Walmart, która jest największym w Stanach dystrybutorem broni. Wszyscy przytaknęli mu skwapliwie z żalem, że Polsce jeszcze daleko do takich rozwiązań. Następnie rozmowa zeszła na to, gdzie najlepiej trzymać pistolet, jak się zachować przy kontroli policji („ręce na kierownicę, od razu mówisz, gdzie masz broń”) i gdzie kto uczył się strzelać. W roli eksperta występował rzecz jasna Papa Jack. Przez moment miałam poczucie absurdu całej rozmowy (Dlaczego to okropne pozwolenie na broń traktują jako rzecz oczywistą? Czemu nie ma na ten temat żadnej dyskusji? Skąd wiedzą, że się ze sobą zgadzają?), po chwili zdałam sobie jednak sprawę, że sama robię dokładnie to samo. Na „naszych” spotkaniach też nikt nie spyta, czy Marsz 11 Listopada jest dobrą inicjatywą (bo wiadomo, że nie jest), czy należy przyjmować uchodźców (oczywiście należy) ani czy szalejący kapitalizm jest pozytywnym zjawiskiem (rzecz jasna nie jest). Może to zresztą i dobrze, że o tym nie dyskutujemy.

Resztę wieczoru spędziłam, rozmawiając z Papą Jackiem. Na początku spytał, czy jako kobieta czuję się w Polsce bezpiecznie. Zaskoczył mnie tym pytaniem, którego źródłem okazał się fakt, że Papa widział na murach wiele graffiti, które według niego wskazują na wzmożoną aktywność gangów ulicznych w Warszawie. Zdementowałam te plotki, zastrzegając, że faktycznie nocne autobusy nie są najprzyjemniejszym miejscem, po czym Papa przekazał podstawowe triki samoobrony (kciuki w oczy, kopniak w krocze). Być może wyczuwając moją rezerwę wobec broni, wytłumaczył mi, jak by ją wykorzystał, gdyby zobaczył, że ktoś mi robi krzywdę. Nie wyczułam w tej deklaracji maczystowskiej rycerskości, a po prostu przykład, mający mi unaocznić, że broń może skutecznie chronić słabszych przed silniejszymi. Zeszliśmy na politykę. Dlaczego Trump? Czy jego posunięcia wobec imigrantów nie wydają ci się brutalne? Papa Jack wyjaśnił mi swoją filozofię. „Niektórzy myślą, że szukamy wrogów, że potrzebujemy kogoś do nienawidzenia. To nieprawda. Ja szukam przyjaciół. Mam przyjaciół Czarnych, Żydów, chrześcijan. Ale jak ktoś nie chce być moim przyjacielem, jest wobec mnie wrogi w moim własnym domu, to co mam zrobić?”. Papa Jack i jego znajomi wielokrotnie spotykali się z aktami agresji z powodu koszulek i czapek, które noszą („Citizens for Trump”, „Make America Great Again”): „Don’t hate me for the shirt I wear! Dlaczego mnie nienawidzą?” – spytał retorycznie. „Trump jako pierwszy odważył się powiedzieć na głos to, czego przez lata nie wolno było mówić. Powiedział, że Amerykanie powinni być w Ameryce najważniejsi, że należy ograniczyć wydatki na imigrantów, że poprawność polityczna ogranicza domaganie się przynależnych nam praw”. Papa Jack mówił językiem wykluczenia i pominięcia, językiem uciskanej mniejszości. Nie przekonał mnie, ale uwierzyłam mu. Jak to możliwe, że zdrowy, dobrze sytuowany biały mężczyzna czuje się w Stanach Zjednoczonych wykluczony?

Spytałam mojego rozmówcę, co by zrobił, gdyby do jego drzwi zapukała uciekająca przed wojnami narkotykowymi w Juarez Meksykanka z dzieckiem. Odpowiedział, że nakarmiłby ją, ale nie dałby pieniędzy. Pokazałby, gdzie jest najbliższy kościół lub ośrodek pomocy społecznej.

Gdy się żegnaliśmy, Papa Jack zapewnił: „Jeśli kiedykolwiek będziecie w Pensylwanii, my home is your home! Nakarmię was, oprowadzę, pokażę okolicę!”. A ja pomyślałam sobie, że właściwie dlaczego nie?

***

J.S.: O ubiegłorocznej amerykańskiej kampanii wyborczej zostało napisane już wszystko. Najciekawszym kontekstem powracającym przy wykorzystaniu nowoczesnych narzędzi i sensacjach pokroju działania firm typu Cambridge Analitica jest wzmagane przez technologie zawężanie jednolitej sfery dostępnej dla opinii publicznej i prywatyzowanie komunikatów kierowanych do odbiorców. Ci sami kandydaci mówią zupełnie co innego do introwertycznych nastolatków z bogatych domów i ekstrawertycznych matek z trójką dzieci. Budowanie więzi między politykami a obywatelami przez ekrany komputerów utrudnia obywatelską kontrolę nad prawdziwością informacji, dotrzymywaniem obietnic, jednolitością programów. Tym większą niewiadomą było spotkanie twarzą w twarz z ludźmi stojącymi za ruchem Citizens for America, skupiającym jak w soczewce zaburzone granice między prawdą a nieprawdą w komunikacji politycznej drugiej dekady XXI wieku.

Jack Posobiec tego samego wieczora, w którym zorganizował spotkanie, goni z komórką dwóch nastoletnich chłopaków ulicą Nowowiejską w Warszawie. Krzyczy „Oni zostali przysłani przez Sorosa, aby zniszczyć moje spotkanie z ludźmi popierającymi Trumpa. Brat tego chłopaka pracuje dla Unii Europejskiej. He just confirmed: his brother is an EU journalist and he was sent here to ruin our thing”. Nie wiemy, w jaki sposób chłopcy zostali wmiksowani w tę sytuację – jak wynika z ich wątłych tłumaczeń, widząc rozkrzyczanego amerykańskiego youtubera, pokazali do kamery znak VapeNation znany ze skeczy przygotowywanych przez Ethana Kleina. Film o tytule „EU Goons Crash MAGA Meetup Warsaw Jack podaje na Twitterze do 180 tysięcy osób śledzących jego profil. Zbiera ponad 30 tysięcy wyświetleń, 767 polubień i 674 podań dalej.

Jack Posobiec w pokrętnym echu komentarzy o zwożeniu autobusami widowni na wizytę Donalda Trumpa w Warszawie pisze, że na jego #MAGA Meet-Up przyjdzie tyle osób, że media będą pisały, jakoby zostali przetransportowani z całej Polski. Przed wejściem live na Periscope i wrzuceniem zdjęcia ze swoimi fanami specjalnie zawraca pod Plan B, żeby zdjęcie tuzina uczestników spotkania umieścić na tle kilkukrotnie większego grona stałych bywalców Placu Zbawiciela – w domyśle uczestników jego spotkania. Gawędzi z gronem popleczników o tym, jak to SJWs [social justice warriors] postawili dla hecy tęczę naprzeciw kościoła po to, żeby samemu ją spalić i kazać płacić podatnikom za jej odrestaurowanie. 1980 polubień, 647 podań dalej.

Jack Posobiec niezbyt kreatywnie zapętla narrację – tym razem twierdzi, że uczestnicy protestów w sprawie Sądu Najwyższego są rozwożeni autobusami po całej Polsce. Bardziej trzeźwi obserwujący zauważają, że pieniądze Sorosa mimo przypisywanych im szerokich zasług nie przyczyniły się jeszcze do wynalezienia multilokacji. 1484 polubienia, 1009 podań dalej.

Do Posobca na ulicy podbiega mieszkający w Polsce człowiek z brytyjskim akcentem doskonale zorientowany w polskiej polityce. Dramatycznym głosem donosi: „On już tu działa”. Oczywiście ma na myśli Sorosa i po prośbie o wyłączenie kamery podkreśla, że Gazeta Wyborcza i KOD są kukiełkami w rękach wpływowego bankiera. Posobiec nie wyłącza kamery i kontynuuje rozmowę przez kilkanaście minut. Wideo dostępne jest na nieoficjalnym kanale Jacka na YouTube i w tym miejscu obejrzało je dotychczas jedynie około tysiąca osób. Ani na oficjalny, ani na nieoficjalny kanał nie załapała się rozmowa z prof. Rzeplińskim, który spotkany przez naszą paczkę na ulicy został szybko przedstawiony amerykańskiemu blogerowi, a ten, naprędce wtajemniczony w temat, próbował maglować byłego prezesa TK przez blisko dziesięć minut.

Jack Posobiec to średnia płotka w świecie amerykańskiego prawicowego Twittera pod kątem liczby użytkowników – wśród użytkowników napędzających alt-rightowy noise machine znajdują się i tacy, którzy mają dwa razy tylu śledzących profil. Wymieniają się informacjami, umawiają hashtagi, projektują memy na prywatnych kanałach i w wiadomościach, półpublicznej sferze, która przyłożyła rękę do zwycięstwa Donalda Trumpa w zeszłorocznych wyborach prezydenckich. Mamy tendencję do ignorowania tych profili – sami zainteresowani przyznają, że nieustannie nazywani są „rosyjskimi botami”. Za anonimowymi kontami stoją też prawdziwi ludzie – na przykład tacy, którzy zjawili się na późnolipcowym spotkaniu na Placu Zbawiciela.

Jednocześnie wartość Posobca w chmarze twitterowych trolli bierze się z bycia twarzą, kołem napędowym, liderem kampanii Citizens for Trump wykreowanej przez legendę republikańskiej propagandy politycznej Rogera Stone’a (o którym polecam obejrzeć doskonały dokument produkcji Netflixa). Kampanii wzorcowej w markowaniu swojego istnienia, a dzięki temu o niebagatelnym wpływie na rzeczywistość – rzekomy ruch obywatelski służący za biuro prasowe komunikatów, których Biały Dom Trumpa nie może powiedzieć oficjalnie, więc przekazuje je za pomocą swojej mediowej świty (znamy ten mechanizm doskonale z lektury tygodnika Sieci Prawdy w Polsce) jako pretekst do generowania setek komentarzy bez trzymanki, zupełnie już oderwanych od wydarzenia, które miało miejsce w rzeczywistości. Te kwestie nie pozostają jedynie w twitterowej bańce – interpretacje Posobca są cytowane jako fakty przez nowomediowe portale i tradycyjne media (w Polsce również – nad Wisłą Jack jest znany głównie jako rozmówca rozentuzjazmowanego Michała Rachonia w TVP Info).

Jack rzadko reprodukuje, raczej napędza nowe zjawiska. To on był jednym z pierwszych, którzy donieśli o tym, że Hillary Clinton jest członkinią gangu handlującego ludźmi w piwnicy pizzerii w trakcie zeszłorocznej kampanii wyborczej. Totalna bzdura? Doprowadziła do oddanych strzałów na miejscu i 46 procet wyborców Trumpa wierzących w te informacje. Jak podaje Digital Forensic Research Lab, Jack Posobiec jako pierwszy użył hashatgu #MacronLeaks w odniesieniu do cyberataku na sztab aktualnego prezydenta Francji. Ta sama organizacja w trakcie pobytu Posobca w Polsce ujawniła raport pokazujący legendarne już astroturfowanie hashtagu #astroturfing ze znacznym udziałem wypoczywającego w Polsce amerykańskiego propagandzisty.

Urocza kolacja przy golonce, w której poprzeczka poziomu niepoprawności politycznej jest zawieszona niżej niż na przeciętnej rodzinnej imprezie, nie przystaje do zmian, jakie niosą w globalnej polityce takie postaci jak polsko-amerykański zaklinacz botów. Łatwo zapomnieć, że to zmartwieni stanem otaczającego ich świata, wykluczeni, zdezorietowani współczesnością wyborcy mieleni są przez machinę Posobca w sposób, dzięki któremu kończą ze zbiorowo przyprawionymi gębami radykalnych szowinistów, rasistów, homofobów. Podobni jemu przedstawiają ich jako siłę popierającą bezpardonowe atakowanie struktur Unii Europejskiej, społeczeństwa obywatelskiego, progresywnych wartości. Po kolacji przy Waryńskiego mam wątpliwość, czy faktycznie tak jest. Nie mam za to wątpliwości, że żadne wydarzenie na drodze Jacka Posobca nie przeszkodzi mu w prezentowaniu światu jego wystudiowanej i starannie planowanej narracji o dumie z bycia Słowianinem, zgniliźnie Zachodu, pieniądzach Sorosa i UE.

***

Podziękowania za pomoc w pracy nad tekstem dla Macieja Babkina.

***

O ruchu alt-right w tekście „Trolle zza oceanu i nacjonalistyczna rewolucja z piwnicy” pisała także Maria Rościszewska.