dwutygodnik internetowy
04.05.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

„Przeżyłam to wszystko w okamgnieniu”. Pożar świata w poezji Haliny Poświatowskiej

W poezji Poświatowskiej rzuca się w oczy jeden z podstawowych motywów naszej kultury, opozycja miłości i śmierci. Jednak bardziej niż o opozycji należy raczej mówić o współpracy, a nawet o różnych obliczach jednej postaci. Łatwo to zrozumieć, gdy pomyśli się o chorobie Poświatowskiej. To samo serce kocha i umiera. Jego fizyczna niewydolność odpowiada ranom, które zadało poetce tak szybkie odejście męża. Miłość przynosi śmierć, a śmierć prowadzi do upragnionego połączenia z miłością. To dwie strony tej samej rzeczywistości.

źródło: ninateka.pl

źródło: ninateka.pl

9 maja wspominać będziemy Halinę Poświatowską w 80. rocznicę urodzin. Z tej okazji warto pochylić się nad jej poezją, która, choć chętnie czytana, mimo powstających krytycznych opracowań nadal spotyka się z dość powierzchownym odbiorem. Nazywana przez niektórych polską Safoną, zmarła w wieku zaledwie trzydziestu dwóch lat poetka zapisywała doświadczenie tragicznej miłości i pewności nadchodzącej śmierci. Teksty te są rzeczywiście poruszającym dokumentem sytuacji granicznej. A jednak, mimo ich dojmującej autentyczności, jeżeli potraktujemy je tylko jako żywy zapis kochania i cierpienia, istnieje ryzyko, że nie dostrzeżemy całej bogatej warstwy treści podskórnych. Poezja Poświatowskiej to bowiem nie tylko studium przeżywania, ale też refleksja na temat związków miłości ze śmiercią. Refleksja metafizyczna, bo zakorzeniona w pytaniu o istotę świata.

Haśka w krainie filozofów

Halina Poświatowska ukończyła studia filozoficzne. Ten fakt jest nie bez znaczenia dla właściwego odczytania jej twórczości, w której często pojawiają się motywy zaczerpnięte z historii filozofii. Kiedy w 1958 roku, dzięki zbiórce pieniędzy przeprowadzonej przez Polonię amerykańską, wyjechała do Stanów Zjednoczonych, by poddać się pierwszej operacji serca, zamiast wrócić do Polski, postanowiła aplikować do Smith College w Northampton. Był to niewątpliwie akt odwagi, również z powodu tego, że właściwie wcale nie znała języka angielskiego. Uczyła się go więc, przepisując odręcznie lektury i sprawdzając znaczenie każdego słowa po kolei. Choć pewnie trudno o treści bardziej zawiłe niż teksty filozoficzne, ukończyła studia o rok wcześniej (w trzy lata zamiast czterech), otrzymując propozycję miejsca na studiach doktoranckich z pełnym stypendium. Stęskniona za ojczyzną i rodziną, zdecydowała jednak wrócić do Polski, gdzie uzyskała jeszcze tytuł magistra na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jeden z wierszy rozpoczyna wyznaniem, że „miała kłopoty z angielską terminologią filozoficzną”. I natychmiast czyni z niego pretekst do lirycznych rozważań nad tym, czym właściwie są bycie, nieistnienie, trwanie.

Atmosferą filozoficznego namysłu przepojona jest cała ta poezja. Poświatowska prowadzi go jednak na tyle subtelnie, że czasem postawienie potężnego metafizycznego problemu łatwo wziąć za grę słów czy czysto poetycką zadumę nad przemijaniem. Tak też ów wiersz o brakach w słowniku specjalistycznym ma formę opowiastki, w której Poświatowska wspomina, jak niejaki Rao „ślicznie i cierpliwie wyjaśniał” jej, co następuje: „mogę być albo nie / kiedy jestem / no to jestem / no to wiem że jestem”, i dalej: „a kiedy mnie nie ma / to nie wiem / ani o rośnięciu moim / ani o ekspansji słońca (…) / nie myślę / w skupieniu głębokim / trwam”. W obrazek pozornie nieporadnej rozmowy wpisane są pytania o relację świadomości i bycia, o naturę egzystencji.

Jest to zresztą charakterystyczne dla tej twórczości w ogóle. Życie Poświatowskiej, można by rzec, w całości otwierało się na transcendencję. Jej mąż zmarł po dwóch latach małżeństwa, również z powodu choroby serca, gdy miała zaledwie dwadzieścia jeden lat. Ona sama żyła w ciągłej świadomości kruchości własnego losu. Wybór kierunku studiów i poezja były poszukiwaniem odpowiedzi na jego zagadki. Poświatowska nie prowadziła podziałów pomiędzy tym, co wzniosłe i filozoficzne, a tym, co przygodne i codzienne, bo każdy dzień nosił znamiona ostateczności. Każdy drobiazg stanowi tu odskocznię ku rzeczom ukrytym. W jej poezji kot pomrukuje przez sen, gdy śni mu się niebyt, ciało jest kościołem, a Słońce oznacza szczęście.

Heraklicie, przyjacielu

„…Nauczyłeś mnie kochać ogień i umierać w każdej chwili. (…) Spalam się, Heraklicie, dzień po dniu i myśl po myśli. Płonę”. Spośród wszystkich filozofów Poświatowska właśnie z nim odczuwała największe pokrewieństwo. Filozofów, a może także i poetów, bo teksty Heraklita to właściwie natchnione aforyzmy, tajemnicze sentencje, składające się na metaforę kosmosu. Zdaniem tego myśliciela nie ma nic stałego, rzeczywistość ulega nieustannej zmianie. Pantha rei: wszystko płynie. Choć należałoby raczej powiedzieć – „wszystko płonie”. Zasadą bytu, arche, jest bowiem według Heraklita ogień. Oto trwa pożar świata.

Takim spalającym wszystko ogniem jest dla Poświatowskiej miłość. Figura ta w przedziwny sposób zamyka w sobie jednocześnie żar kochania i zniszczenie, które niesie śmierć, choć są to siły, które zwykle sobie przeciwstawiamy. Ogień Poświatowskiej to płomień zarówno zmysłowego pożądania, jak i mistycznego oświecenia. Można by powiedzieć, że gdy kochamy ponad życie, miłość z definicji popycha nas ku przekroczeniu bariery śmierci, a rozumieć to można na różne sposoby. Zarówno śmierć, jak i miłość przenoszą nas do wieczności, a więc to jedna, tajemnicza, tkwiąca w nich siła ku niej prowadzi. Być może wieczność to tak naprawdę niebyt. Nie wiadomo tego. A jednak jest to z pewnością to właśnie miejsce, w którym znajduje się ten, któremu Poświatowska poświęca swoją poezję, za którym tęskni i na którego czeka.

Ogień przyjmuje w tej poezji różne formy, mieni się wielością natur. Gdybyśmy spróbowali sporządzić jej słownik statystyczny, wyrazy takie jak: „słońce”, „światło”, „płomień”, „złoto”, „ciepło”, „lampa” zajęłyby w nim na pewno wysoką pozycję. Po pierwsze jednak słowa te nie niosą wbrew pozorom zawsze konotacji jednoznacznie pozytywnych. Po drugie świat w swej gwałtowności i nieprzewidywalności opisany jest tak, że można go skojarzyć z zasadą ognia również bez ewidentnych nawiązań. Prędko gasnące dni, nietrwałość drobiazgów, wybuchy namiętności i stygnąca, ciemniejąca ziemia, gdy odchodzi miłość.

W wierszu „Wietnam” poetka napisze: „na szczęście / rodzice mi dali łatwo palne ciało (…) / zapaliłam ten stos / żeby rozświecić ziemię (…) / spójrz – płonę z miłości”. Miłość, przeżywana w końcu tak zmysłowo, jest czymś, co rozświetla mrok egzystencji. To pochodnia, której blask ogrzewa cały świat. Co więcej, to również stos ofiarny: kto spala się w ogniu pożądania z prawdziwej miłości, ponosi śmierć męczeńską. To dość rzadka narracja. Nie następuje tu żadna negacja ciała, a wręcz jego apoteoza. To ono jest ośrodkiem zmysłowości, a więc miłości przeżywanej na sposób ludzki. Ofiara nie polega, jak to bywa zazwyczaj, na odrzuceniu od siebie namiętności, ale właśnie na zupełnym dopuszczeniu jej do głosu. Trzeba pozwolić spustoszyć się płomieniom. Nie ma w tym nic zdrożnego, przeciwnie – chodzi o uświęcenie. Mówimy przecież o wiecznej miłości, która żąda od nas wszystkiego, łącznie z ciałem. Poświatowska wie, że jest kolejną Julią, Heloizą, Izoldą. W kontekście tytułu wspomnianego utworu – ale jednocześnie filozofii Heraklita, w której wojna była siłą napędową świata – trzeba tu wprowadzić ważne spostrzeżenie. Takie przyjęcie całopalnej namiętności nie ma tylko wymiaru jednostkowego przeżycia, ale jest również znakiem dla innych ludzi („rozświecić ziemię”). W wojnie Poświatowska opowiada się po stronie miłości i godzi się na wszystkie konsekwencje tej decyzji. A dzieje się to „na szczęście”.

Eros, na drugie Tanatos

Chyba każdemu, nawet w pobieżnym tylko zetknięciu z poezją Poświatowskiej, rzuci się w oczy jeden z podstawowych motywów naszej kultury, opozycja miłości i śmierci. „Bo jak śmierć potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana”. Sprawy jednak nie są tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Bardziej niż o opozycji należy tu raczej mówić o współpracy. A może nawet – o różnych obliczach jednej postaci. Można to łatwo zrozumieć, gdy pomyśli się o chorobie Poświatowskiej. To samo serce kocha i umiera. Jest zarówno domem miłości, jak i przyczyną śmierci. Jego fizyczna niewydolność odpowiada ranom, które zadało poetce tak szybkie odejście męża. Miłość przynosi śmierć, a śmierć prowadzi do upragnionego połączenia z miłością. To dwie strony tej samej rzeczywistości.

Najpełniejszy obraz tego zjawiska stanowi wiersz zaczynający się słowami: „znowu pragnę ciemnej miłości / miłości która zabija / tak o śmierć modli się skazany”. Druga strofka skierowana jest do śmierci – śmierci dobrej i ciepłej jak noc sierpniowa, którą Poświatowską przyzywa, aby powiedzieć wreszcie: „odkąd poznałam jej prawdziwe imię / przygotowuję moje serce / na ostatni urwany / wstrząs”. No właśnie: czyje prawdziwe imię? Śmierci? Miłości? I czy ma to właściwie jakiekolwiek znaczenie?

Tekstów, które świadczą o takiej ambiwalencji, jest bez liku. Wyłania się z nich w rezultacie spójna wizja losu. Wygląda to tak, jakby Poświatowska odkryła dla siebie mechanizm świata, a wytłumaczenie, które proponuje, ma przecież charakter filozoficzny, żeby nie powiedzieć – mistyczny. Mówienie o niej, a jest to chyba dość powszechna tendencja, jako o młodej dziewczynie, która „kochała do szaleństwa i bardzo cierpiała”, to zatem tylko pobieżny szkic postaci. Istotą tej poezji jest raczej rozbudowana myśl metafizyczna, którą poetka wypracowała, mierząc się odważnie ze swoją tragedią. „Trudziła się nad własnym umieraniem”, by nadać mu sens i przede wszystkim przez pryzmat tego trudu warto na jej wiersze spoglądać.

Strzec ognia

***

trzeba nam dużo prostych słów
jak
chleb
miłość
dobroć
aby ślepi w ciemności
nie zgubili
właściwej drogi

trzeba nam dużo ciszy ciszy
i w powietrzu i w myśli
abyśmy usłyszeli głos
cichy nieśmiały głos
gołębi
mrówek
ludzi
serc

i ich bolesny krzyk
pośród krzywd
pośród tego wszystkiego
co nie jest
ani miłością
ani dobrocią
ani chlebem

Słowa świecą w ciemności – one także płoną. „Heraklicie (…). Odkąd ujrzałam twoje pisma – a trawił je ogień, ten sam, który otwiera wnętrza zalakowanych kopert i pochłania miasta…”. Niech blask prostej mowy, mówi Poświatowska, rozprzestrzenia się wśród ciszy, byśmy słyszeli wyraźnie skargę cierpiących, by w pełnym kontraście ukazały się piękno i okrucieństwo świata. Ten pożar wśród nocy przynosi i światło, i zagładę; i ból, i wybawienie.

„Przeżyłam to wszystko / w krótkim okamgnieniu / a teraz jestem niczym / ukołyszcie sumienia / nie patrzcie w dogasający żar”. Myliła się. Żar nie wygasł. W jej wierszach nadal szaleje płomień. I wciąż zajmują się od niego kolejne serca.