dwutygodnik internetowy
28.11.2016
magazyn papierowy


Przepis na miasto

Tendencja do zbytniego wyestetyzowania przestrzeni publicznej może prowadzić do wyjałowienia miasta. Każda modernizacja musi uwzględniać społeczny kontekst danego miejsca.

ilustr.: Tomek Kaczor

ilustr.: Tomek Kaczor

Z profesorem Markiem Krajewskim i Grzegorzem Piątkiem rozmawiają Cyryl Skibiński i Jan Wiśniewski. Wywiad pochodzi z 30. numeru papierowego Magazynu ,,Kontakt” pod tytułem ,,Dobra Wspólne”.

***

CYRYL SKIBIŃSKI, JAN WIŚNIEWSKI: Idąc przez miasto, trudno zrozumieć, dlaczego niektóre miejsca tętnią życiem, a inne są urbanistycznymi trupami. Gdy patrzę na odnowiony Pasaż Wiecha w Warszawie, widzę, że coś nie wyszło, ale nie wiem, co jest przyczyną porażki. Czym charakteryzuje się dobrze zaprojektowana przestrzeń wspólna?

GRZEGORZ PIĄTEK: Urządzając przestrzeń publiczną, trzeba zadać sobie pytanie o to, w jakim celu się to robi, a nie tylko, jak ma wyglądać. Częstym błędem jest projektowanie polegające wyłącznie na designie – kompozycji przestrzennej, doborze materiałów, detali. Brakuje refleksji, komu ta przestrzeń ma służyć i jakie ma spełniać funkcje.

Pasaż Wiecha jest dobrym przykładem przestrzeni, w której – lepiej czy gorzej – zadbano o wystrój, ale już nie o to, jak przestrzeń będzie działać, jak zostanie sprzężona z resztą miasta. Co z tego, że pasaż jest wyłożony granitem i czysty, skoro większość wejść prowadzących kiedyś do domów towarowych nie istnieje, a w budynkach po drugiej stronie uliczki partery są półmartwe? W efekcie życie jest na Marszałkowskiej i Chmielnej, a pasaż stał się smutnym zapleczem domów towarowych. Nie ma żadnego powodu, żeby się tam pojawić, nie mówiąc już o włóczeniu się. Abstrahując nawet od tego, że nie zrobiono tam ławek po to, żeby się bezdomni nie kładli; że oświetlenie jest absolutnie niekameralne, ponieważ jest zbyt wysoko; że od dziesięciu lat nie działa kino „Relax”.

MAREK KRAJEWSKI: Przeciwieństwem Pasażu Wiecha jest „Patelnia” przy metrze Centrum.

GP: Tak, choć jeśli chodzi o design, jest to przestrzeń zerowa albo wręcz minusowa: kostka betonowa, kilka słupków, jakiś murek…

MK: Brzydko jak cholera, ale jest to miejsce niezwykle egalitarne. Zbiega się tam wiele szlaków komunikacyjnych, spotykają się ludzie z bardzo różnych światów. Spełniony jest najważniejszy warunek dobrej przestrzeni publicznej: nie ma tam żadnych elementów, które wykluczałyby jakąś kategorię osób. Na „Patelni” wszyscy są u siebie – niezależnie od preferowanej przez nich estetyki czy też wyznawanych wartości, stosunku do historii czy symboli narodowych.

W jaki sposób poczucie estetyki może wykluczać osoby, które się z nim nie identyfikują?

MK: Coś takiego wydarzyło się z placem Asnyka na poznańskich Jeżycach, który przez dziesięciolecia stanowił idealną przestrzeń wspólną. Stały tam dwa rzędy ławek, a pośrodku był plac zabaw. W jednym rzędzie siedzieli młodzi mężczyźni pijący alkohol, drugi zajmowali ludzie starsi, pośrodku bawiły się dzieci. Pomimo różnic – wszyscy czuli się tam dobrze, jak u siebie, latami wypracowali reguły pozwalające dzielić się tą przestrzenią. Przeprowadzony kilka lat temu remont zniszczył tę koegzystencję. Nadprojektowano przestrzeń i choć plac stał się bardzo nowoczesny, to został odrzucony przez tych, którzy do tej pory czuli się tam dobrze. To nie była ich estetyka.

GP: Tendencja do zbytniego wyestetyzowania przestrzeni publicznej może prowadzić do wyjałowienia miasta. Koło mojego domu jest warzywniak, który rok temu zajął kiosk po upadłej kwiaciarni. Stoi na rogu, przyciąga światłem i kolorami, owoce i warzywa wylewają się na chodnik, wokół panuje ciągły gwar i ruch. Sąsiedzi chętnie tam przychodzą, ja też, i chyba po raz pierwszy od wielu lat mamy miejsce, gdzie oprócz rzucanego w przelocie „dzień dobry” możemy zamienić kilka słów. To ważne społecznie miejsce jest jednak zagrożone, bo miasto czyści powoli ulice z wolnostojących budek i niechętnie przedłuża zgody na dzierżawę chodnika. Gdy warzywniak zniknie, będzie może większy porządek, ale poza tym same straty. Jeśli będzie trzeba, to staniemy w obronie sklepu.

Rozumiem niechęć do przestrzeni zbyt eleganckiej, a przez to wykluczającej zwykłych obywateli. Ale jaki wpływ na nasze odczucia odnośnie danego miejsca może mieć kwestia wyznawanych wartości?

MK: Odpowiem, powołując się na przykład, w którym przywiązanie władz miasta do konkretnej wizji historii wpłynęło negatywnie na przestrzeń. Na jednym z poznańskich blokowisk do niedawna stał wybudowany w latach 60. pomnik Świerczewskiego. Wyburzono go na fali dekomunizacji przestrzeni miejskiej. Nikt jednak nie wziął pod uwagę tego, jaką pełnił rolę społeczną. A było to centrum przestrzeni wspólnej tego blokowiska. Wokół wbitego w ziemię, złamanego miecza jeździli rolkarze, odpoczywali okoliczni mieszkańcy. Większość z nich nie utożsamiała się ze Świerczewskim, wielu pewnie nawet nie wiedziało, kim był. Razem z pomnikiem zniszczono jednak miejsce spotkań tych ludzi oraz łączące ich relacje.

Wracając do chwalonej przez was „Patelni” – choć spełnia warunki dobrej przestrzeni, o których mówicie, to mam wrażenie, że ta przestrzeń żyje tylko dlatego, że to jeden z głównych punktów komunikacyjnych w Warszawie. Ludzie nie przestaliby tamtędy chodzić, nawet gdyby było to klepisko z kałużami.

MK: Dotykamy bardzo ważnego problemu mylenia tego, co piękne, z tym, co dobre. Wydaje mi się, że taki paradoks występuje na wspomnianej wcześniej „Patelni” – to miejsce fatalne pod względem estetycznym, ale ma moc skupiania ludzi. Nie tylko tamtędy przechodzimy, czasami się zatrzymujemy, żeby posłuchać, jak ktoś gra czy wygłasza mowę. Nijakość i niski status tego miejsca powodują, że ludzie czują się tam dobrze. Jest ono też czytelne, w tym sensie, że trudno się w nim zgubić, wiemy też, co dokładnie powinniśmy z nim zrobić. Miejsce to jest dobre, bo puste, do zagospodarowania przez jego użytkowników, otwarte i gotowe przyjąć prawie każdy rodzaj praktyk, zachowań, wyglądów i tożsamości. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy je traktować jak wzorzec projektowania przestrzeni publicznych, jest ono raczej oskarżeniem braku tego rodzaju miejsc. Ich potrzeba sprawia, iż chwytamy się każdej możliwości – nawet takiej jak „Patelnia”.

GP: Dodam jeszcze jedno kryterium dobrej przestrzeni wspólnej – dogodność, która jest czymś więcej niż wygodą. Przez „Patelnię” dziesiątki ludzi dziennie muszą przejść, co przyciąga inne aktywności – tu się zaczynają randki, tu się zbiera podpisy pod petycjami, są demonstranci i muzykanci. Dzięki temu „Patelnia” żyje o różnych porach dnia i roku. Sukces przestrzeni publicznej bardziej niż od designu zależy bowiem od tego, jak wszystko ze sobą gra w mieście. Tu wypada zastanowić się nad przyszłością stołecznego placu Defilad – czy plac, przy którym będą działać głównie teatry, będzie żył cały dzień? Na spektakle chodzi się przecież wieczorami i to nie codziennie. Dzielnica wyłącznie biurowa, odwrotnie, skazana jest na wymarcie po godzinach pracy. Miasto potrzebuje różnorodnej mieszanki funkcji, żeby przestrzeń między budynkami żyła i nie wymagała odgórnej animacji w postaci festynów czy uroczystości.

Z tego, co mówicie, można odnieść wrażenie, że to, co zaprojektowane i estetyczne, jest wrogiem tego, co społeczne. Aż strach remontować zapyziałe skwery, bo może się okazać, że będzie to dla nich pocałunek śmierci.

MK: W żadnym wypadku nie chciałbym być tak zrozumiany. Dobry projekt może oczywiście pomóc ożywić przestrzeń. Przykładem na to są choćby, często bardzo nowoczesne, place zabaw permanentnie oblegane przez dzieci. Podkreślam tylko, że każda modernizacja musi uwzględniać społeczny kontekst miejsca. Sprzeciwiam się też absolutyzowaniu projektanta czy estetyki jako jedynych narzędzi rozwiązywania problemów społecznych. Chodzi więc o to, abyśmy poszukiwali ich wspólnie, nie zaś oczekiwali od jakiejś kategorii zawodowej, by ich dostarczyła. Chodzi też o to, by nie traktować jakiegoś pojedynczego aspektu przestrzeni (na przykład jej wyglądu) jako remedium na wszystkie bolączki.

Jesteś kuratorem projektu „Niewidzialne miasto”, którego istotą jest utrwalanie na fotografiach oddolnych, często prowizorycznych ingerencji w przestrzeń. W opisie projektu odnosisz się do tego typu działań bardzo afirmatywnie, nazywając je „twórczą aktywnością”, która „konstytuuje przestrzeń miast”. Co więcej, oddolne działania przeciwstawiasz ekspansji „globalnej estetyki i głęboko wystandaryzowanej, komercyjnej kulturze”. Naprawdę nie może być mowy o konflikcie między tym, co zaprojektowane przez specjalistów, a tym, co oddolne?

MK: Moim zdaniem to fałszywa opozycja. Większość oddolnych ingerencji w przestrzeń, często nieudolnych, ma na celu naprawienie jej deficytów. Zadaniem projektantów jest obserwowanie tego, co ludzie robią z przestrzenią, i proponowanie lepszych społecznie oraz bardziej estetycznych rozwiązań.

Naprawdę nie jestem ortodoksem. Bronię śladów życia w przestrzeni miejskiej, ale to nie znaczy, że jestem bezkrytycznym zwolennikiem każdego rodzaju oddolnej ingerencji. Większość z nich bazuje na niechęci do innych ludzi, czego efektem jest prywatyzowanie przestrzeni i nadawanie jej wykluczającego charakteru. Konsekwencje społeczne tego rodzaju działań są więc bardzo podobne do tych, jakie niesie ze sobą budowanie przez deweloperów grodzonych osiedli. Jednym z punktów wyjścia dla „Niewidzialnego miasta” rzeczywiście była inteligencko-etnograficzna fascynacja tym, co oddolne, ludowe, spontaniczne. Jednak po bliższym przyjrzeniu się znaczeniom i funkcjom tego typu ingerencji w przestrzeń pojawił się dużo bardziej wyważony sposób ich widzenia. Wiemy, że są one potrzebne jednostkom i małym sąsiedzkim wspólnotom. Ale też przez swój obronny charakter czasami przynoszą negatywne konsekwencje dla tego, co publiczne, i w efekcie niszczą miasto.

Powiedzieliście, że przestrzeń wspólną należy projektować z myślą o potrzebach jej użytkowników. Marzeniem wielu aktywistów miejskich jest wejście na poziom wyżej i umożliwienie mieszkańcom wzięcia udziału w procesie podejmowania decyzji. Jaki jest wasz stosunek do konsultacji społecznych?

GP: Przyczyną fiaska wielu konsultacji społecznych, nawet prowadzonych w dobrej wierze, jest złe postawienie problemu. Nie wystarczy dać ludziom do ręki kredki i poprosić o narysowanie dokładnie tego, co chcieliby mieć w danej przestrzeni. To błąd, bo wyobraźnia wielu ludzi ogranicza się do tego, co już widzieli. Wydaje mi się, że dużo lepszym pomysłem jest pytać mieszkańców o to, co ich boli, co nie działa. Do specjalistów należy wtedy wypracowanie propozycji, jak zdiagnozowany problem rozwiązać.

MK: Po pierwsze bardzo krytycznie odnoszę się do idei konsultacji społecznych. Uważam, że są one oparte na przemocy, bo tak postrzegam zderzenie racji eksperta z ludźmi, którzy nie mają przecież gotowej odpowiedzi na to, w jakiej przestrzeni będą się czuli dobrze. Po drugie zgadzam się z tym, co powiedział Grzegorz. Sądzę jednak, że diagnoza problemu powinna być uzupełniona o próbę identyfikacji tego, czego mieszkańcy na pewno sobie w danej przestrzeni nie życzą. Dużo łatwiej jest nam zawsze odpowiedzieć na pytania, czego nie chcemy, nie lubimy, z czym się nie identyfikujemy, niż udzielić pozytywnych odpowiedzi. Po trzecie warto pamiętać, iż przestrzeń powinna być tak zaprojektowana, by była elastyczna i umożliwiała jej współtworzenie przez użytkowników. To najlepsza droga do tego, by ludzie uznali ją za swoją, poczuli się za nią odpowiedzialni, ale też i do tego, by lepiej mogła ona przylegać do różnorodności potrzeb, gustów i zachowań.

Jednym z ulubionych tematów rozmów wykształconej klasy średniej jest „polska brzydota”. Narzekamy na jaskrawe kolory budowanych na wsi domów, krzywimy się na myśl o majtkowych barwach, jakie dominują na termomodernizowanych blokowiskach. Czy powinniśmy spowiadać się z „grzechu pastelozy”?

MK: Serce krwawi, gdy widzi się takie rzeczy. Trzeba jednak zrozumieć, skąd bierze się tendencja do „pastelozy”. Mieszkając w starym bloku, widzisz, że świat wokół gwałtownie się zmienia, że powstają nowoczesne, piękne budynki. Najprostszym sposobem, żeby poczuć, że ty też nie stoisz w miejscu, że trzymasz rękę na pulsie, jest wyrazista ingerencja w fasadę. Przestaje być beznadziejnie, jest kolorowo i „nadziejnie”. Magiczną moc farby – najtańszego i najbardziej egalitarnego narzędzia zmiany, którego bardzo często używano w Polsce również wcześniej – dziś zaprzęgnięto w służbę „dotrzymywania kroku”, nadążania, poczucia, iż jest się częścią przeobrażającego się świata.

GP: Mam do tego stoicki stosunek. Proces modernizacji fasad jest tak szybki i masowy, że muszą pojawiać się błędy. Liczę na to, że te najgorsze przykłady spełnią funkcję szczepionki i za następne dwadzieścia lat remonty będą robione lepiej. O ile ten czas zostanie wykorzystany na rozwój kompetencji kulturowych, wprowadzenie zmian w nauczaniu plastyki, pracę nad jakością dialogu oraz komunikacji między specjalistami a mieszkańcami.

MK: Myślę, że „pasteloza” podzieli dosyć charakterystyczny los architektury z lat 90., a więc transformacyjnej. Ostentacyjnej, podkreślającej zachodzące zmiany poprzez epatowanie kolorami, skomplikowanymi bryłami, odrzuceniem tego wszystkiego, co wcześniej widzieliśmy. Tego rodzaju architektura, choć rościła sobie prawo do nieśmiertelności, w ciągu dwudziestu lat niemal zniknęła z przestrzeni.

Jak sądzicie, czy właścicielowi domku na Mazowszu, pomalowanego na jaskrawozielony kolor, podobałoby się w stonowanym, ujednoliconym norweskim miasteczku?

GP: Pytasz o gust Polaków? Jako lekarstwo na wyobrażenie o szczególnie słabym guście naszych rodaków polecam oglądanie portali, na przykład francuskich albo włoskich, na których właściciele pokazują zdjęcia mieszkań do wynajęcia – zgroza. Ludzie mają potworne mieszkania na całym świecie.

MK: Zgadzam się, że rozmowa o guście to droga donikąd. Moim zdaniem chodzi o powszechność pewnych wzorów, o zjawisko, które mój kolega Rafał Drozdowski określił jako „normalna oryginalność”. Większość ludzi nie chce być ekscentryczna. Jeśli ktoś chce się odróżnić, to zazwyczaj w taki sposób, który jest powszechnie akceptowany. Dlatego dziś wszyscy ozdabiają balustrady balkonów wikliną, choć jeszcze przed dekadą służyły do tego plastikowe plecionki albo faliste „pleksi”. Oczywiście należy pamiętać o tym, że tego rodzaju wzorce są zróżnicowane klasowo, czasami też regionalnie i że zazwyczaj ich upowszechnienie przypomina kapanie, a nie wrzenie. Wzór „skapuje” z góry na dół, a nie na odwrót. Niektórzy są jednak na te nowe wzory odporni – wiedzą, że nie mają szans na awans, a więc naśladowanie tego, co robią ci ulokowani wyżej, niczego w ich statusie nie zmieni – ważniejsze staje się naśladowanie tych podobnych do mnie, bo daje poczucie normalności, zwyczajności, swojskości, bycia takim, jak ci, wśród których żyję.

Bardziej niż o narodowy gust chodziło mi o to, czy polskie społeczeństwo, ceniące sobie indywidualizm, dobrze czułoby się w ujednoliconych norweskich czy szwedzkich wsiach i miasteczkach? Pytam o to, bo Skandynawia stawiana jest zazwyczaj za wzór spójności wizualnej, do której powinniśmy dążyć.

MK: Czytałem niedawno tekst, w którym ktoś przywołał zdjęcia Warszawy z lat 50. i 60., zachwycając się pięknem ulic, neonami, brakiem brudu wizualnego. Czy to była dobra przestrzeń? Pod względem estetycznym, urbanistycznym i architektonicznym jak najbardziej. Nie zapominajmy jednak, że była zaprojektowana całkowicie odgórnie i bardzo silnie kontrolowana. Nie zapominajmy też o tym, że z tej przestrzeni uciekano do miejsc prywatnych, bo zezwalała ona na bardzo niewielki zakres działań, niemożliwa była w niej w pełni swobodna ekspresja.

Wydaje mi się, że dążenie do ujednolicenia przestrzeni z pominięciem elementu tożsamościowego jest niebezpieczne. Homogeniczność społeczna, która ujawnia się w jednorodności wizualnej, jest zawsze opresyjna i wykluczająca. Sama w sobie nie jest też rozwiązaniem wszystkich problemów, których przysparza indywidualizm. Wybierając między indywidualizmem a wspólnotowością, wybieram ten pierwszy, ale nie w wersji rywalizacyjnej, a raczej w takiej, w której zauważamy, iż nie jesteśmy wyjątkowi w swojej wyjątkowości, a więc to, że każdy jest wyjątkowy. Indywidualizm tak rozumiany przynosi gorsze efekty wizualne niż kolektywizm reprezentowany przez spójną wizualnie przestrzeń, ale jest też zdecydowanie mniej opresyjny.

Co jeszcze, oprócz uwidaczniającego się na każdym kroku przywiązania do indywidualizmu, mówi o nas to, jak organizujemy przestrzeń?

GP: Męczący brak spójności wizualnej naszej przestrzeni wynika między innymi z tego, że nie budujemy miast na skale, tylko na piasku. Żyjemy w takim miejscu w Europie, gdzie kultura materialna zawsze była słaba, a ludzie generalnie mieli mniej niż na Zachodzie. Również instytucje były nietrwałe. To, co udało się wznieść czy zgromadzić, ginęło w kolejnych klęskach dziejowych. Na historyczne ubóstwo materialne i słabość instytucji nakłada się płynność naszych czasów, niepewność wynikająca z deregulacji, braku przewidywalnych ram. Miast się przecież u nas raczej nie planuje, tylko wydaje się oderwane od siebie decyzje, z których każda jest nerwowo wynegocjowana albo wykorumpowana. W każdym razie potrzeba dużej siły przebicia, żeby dopiąć swego. Wizualna strona naszej rzeczywistości jest odbiciem tej niestabilności, niewiary w to, że istnieje jakiś trwalszy porządek, że reguły gry za chwilę się znów nie zmienią.

Co musi się zmienić, żeby opanować przygniatający przestrzeń publiczną bałagan wizualny?

GP: Jeśli bałagan jest wynikiem niestabilności zasad gry rynkowej, prawa czy instytucji, to nie zniknie, dopóki one nie okrzepną. Nie zniknie też, jeśli nie wzrośnie poziom zaufania społecznego – w Polsce mamy jeden z najniższych w Europie. Jeśli nie będzie pewności, że dla dobra wspólnego inni są skłonni solidarnie rezygnować z zaspokojenia własnego interesu, że inny uczestnik gry nie wykorzysta takiego samoograniczenia, by zyskać więcej dla siebie, to chaos wizualny będzie się miał dobrze. On żeruje na nieufności.

MK: Brakuje nam czegoś dużo bardziej podstawowego niż dobrze zaprojektowanych przestrzeni publicznych – musimy nauczyć się myślenia o przestrzeni jako o dobru wspólnym. Dobru, którego fundamentem jest spór wokół dopuszczalnych form ekspresji wyjątkowości każdego z nas, nie zaś zgoda co do wartości. Brzmi to paradoksalnie, ale nie ma dobrej przestrzeni bez – z jednej strony – przestrzegania reguł tego sporu, z drugiej zaś – bez uznania w drugiej osobie kogoś, kto jest równie wyjątkowy, jak ja sam.

***

Prof. Marek Krajewski jest socjologiem, pracującym w Instytucie Socjologii UAM w Poznaniu. Autor licznych artykułów dotyczących kultury popularnej, konsumpcji i sztuki oraz książek. Kurator Zewnętrznej Galerii AMS (1998-2004) oraz pomysłodawca projektu „Niewidzialne miasto” 

Grzegorz Piątek jest krytykiem architektury i publicystą. Kurator wystaw o tematyce architektonicznej,m.in. „Hotel Polonia. The Aterlife of Buildings” nagrodzonej Złotym Lwem na Biennale Architektury w Wenecji. Prezes Fundacji Centrum Architektury. Autor licznych artykułów. W marcu 2016 ukazała się jego książka „Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego”.