dwutygodnik internetowy
17.06.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Przeczytaj to później

Artykułów przecież nie doczytujemy – zaczynamy od trzeciego akapitu, skaczemy na początek, zerkamy na koniec. Ciekawe to, bardzo ciekawe – warto dodać do zbioru „przeczytam później”. Jak to ułatwiają aplikacje typu „Read it later”! Przeobfite kolekcje tekstów odłożonych na lepszy moment, przykryte rocznym elektronicznym kurzem.

Ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Artykułów przecież nie doczytujemy – zaczynamy od trzeciego akapitu, skaczemy na początek, zerkamy na koniec. Ciekawe to, bardzo ciekawe – warto dodać do zbioru „przeczytam później”. Jak to ułatwiają aplikacje typu „Read it later”! Przeobfite kolekcje tekstów odłożonych na lepszy moment, przykryte rocznym elektronicznym kurzem.

 

Podobno w ciągu ostatnich pięciu lat napisano więcej tekstów niż w ciągu całego wcześniejszego istnienia ludzkości – takie dane przytoczył Jerzy Sosnowski w felietonie z cyklu „Eks post” w najnowszej „Więzi”. Tego właśnie się obawiałam. Przeczuwałam to, obserwując swoje narastające podenerwowanie, próby zapanowania nad własnymi materiałami potrzebnymi do pracy. Pożegnaliśmy się już z marzeniem o spotkaniu człowieka renesansu, wszechstronnie wykształconego, znającego się doskonale na wielu dziedzinach rozpiętych między A i Z. Pogodziliśmy z postępującym separowaniem się dyscyplin i zatracaniem wspólnego kodu kulturowego. Czas przybić piątkę z nową informacją – nie jesteśmy w stanie nadążyć nawet za własną wąską specjalizacją. Ksiądz Grzegorz Strzelczyk, na marginesie dyskusji o ortodoksji podczas spotkania w siedzibie warszawskiego KIK-u, przywołał swoje wyliczenia: na temat chrystologii, którą się zajmuje, ukazuje się rocznie około 1500 publikacji, z czego około 250 to książki. Ilości dni w roku jesteśmy świadomi. Konieczności posortowania zdobytych informacji, powiązania ich między sobą, odniesienia do dotychczasowych prac – także. Z wrażenia opadła mi ręka.

 

Może się w życiu zdarzyć, że nie jesteśmy tytułowanymi specjalistami od chrystologii. Żadnymi specjalistami. Bez marzeń o stopniach naukowych. Wciąż nie jesteśmy uratowani – widmo nadprodukcji tekstów i tak krąży nam nad głową. Zagląda w oczy ze stosów gazet codziennych, nieprzeczytanych tygodników, a szczególnie, najbardziej złowieszczo, złośliwie i złowrogo przetacza się przez Facebook. Oczywiście, informację o tym, że kolega Wacław zjadł na obiad pieroga, nauczyliśmy się tylko skanować wzrokiem. Od kilku miesięcy kolega Wacław jada już zresztą pierogi bez naszej wiedzy – pogrzebaliśmy w ustawieniach Facebooka. Cóż skoro skanowanie już nam zostało? Mechanizm tępego przejeżdżania wzrokiem po wszystkich informacjach zakleszczył się w głowie. Najpierw ratujący przed zalewem niepotrzebnych bodźców, w końcu blokujący zainteresowanie nawet kolejnymi tekstami z zakresu, który dotąd w głębi serca oznaczaliśmy etykietką „moja pasja”. Naturalnie – mózg musi się ratować. Jakie zmiany ewolucyjne zaczynają się już w naszych głowach? Skoro pasja wiąże się z bolesnym natłokiem informacji, może dla bezpieczeństwa, między jednym a drugim niedoczytanym artykułem, nieświadomie wyzbędziemy się fascynacji czymkolwiek.

Bo artykułów przecież nie doczytujemy – zaczynamy od trzeciego akapitu, skaczemy na początek, zerkamy na koniec. Ciekawe to, bardzo ciekawe – warto dodać do zbioru „przeczytam później”. Jak to ułatwiają aplikacje typu „Read it later”! Przeobfite kolekcje tekstów odłożonych na lepszy moment, przykryte rocznym elektronicznym kurzem.

 

W tym chaosie raczej nie jesteśmy niewinni. Przeczytać wszystko i wszystko poznać nie sposób, potrzebny byłby jakiś porządkujący klucz, metoda sortowania, czas i miejsce wyłączone ze sfery nowych bodźców, by rzeczywiście skupić się na czymś wybranym, uznanym przez nas za ważne. Ale odciąć się od napływu kolejnych impulsów nie jesteśmy w stanie! Można by właściwie, a przecież coś w ten strumień doznań popycha – logujemy się, kompulsywnie odświeżamy FB, sprawdzamy pocztę.

Nie zapominajmy o zapiskach, które sami generujemy. Zresztą – czemu mówić tylko o tekstach? Dane, dane i pliki wszelkiego typu! Filmy, muzyka, zdjęcia – „nieskończoność unieskończoniona”, „kłęby, kłęby, kłęby”, „a wszystko ulata”. Nie można użyć słów Witkacego? Witkacy o poważniejszych rzeczach pisał? A ten bodźcoholizm, to wskakiwanie w pasmo doznań bez ładu i sensu, ta ucieczka przed tym, czym koniecznie trzeba by się zająć – czemu by nie miały być obecnie dla ducha jednym z największych zagrożeń?

 

Strasznie to wielkie słowa, głupio mi… Ale i Dorota Masłowska, wszak niewielbicielka patosu, na temat spokrewniony, na temat rozpadu międzyludzkiej komunikacji, w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedziała: „Świat bez Boga stracił czubek, środek: zdeformował się. A ludzie zatracili poczucie proporcji, poczucie tego, co jest ważne. Dlatego odsuwają od siebie ból, chorobę, śmierć. Nawet jeśli przydarza im się coś poważnego, to przeżywają to w sposób ekstremalnie płytki, formalny albo biorą środki znieczulające, uspokajające. W tej potężnej maszynerii, jaką jest ludzki umysł i dusza, ludzie mielą jakieś śmieci, papierki, bzdury. A potem na nic innego nie wystarcza już energii ani czasu. Na temat mojej nowej książki usłyszałam wiele opinii bagatelizujących jej przesłanie, na przykład taką, że to, że żyjemy w bzdurze i jesteśmy samotni to banał, że to nic odkrywczego. Cóż, to zadziwiające, jak bardzo stało się to oczywiste, przezroczyste, jak bardzo to w sumie zaakceptowaliśmy. A dla mnie to jedna ze składowych Apokalipsy, która dokonuje się na naszych oczach”.

 

Przeczytaj inne teksty Autorki.