dwutygodnik internetowy
02.04.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Przebudzenie

Od dłuższego już czasu, w ogniu uniwersyteckich debat, prasowych polemik i kuchennych dyskusji, zwykliśmy ze zblazowanymi minami konstatować nieaktualność światopoglądowego podziału na lewicę i prawicę. Ma ona być znakiem naszych czasów, co zdaniem wielu świadczy o dojrzałości zachodniej demokracji. Mówi się, że demokracja ta wyszła poza tradycyjne podziały i rozsadziła kategorie, przy pomocy których opisywano społeczno-polityczne realia minionych epok.

ilustr. Klara Jankiewicz

 

„Po lewicy Ojca” to tytuł najbliższego numeru „Kontaktu”, który już niedługo znajdziesz w swojej skrzynce pocztowej lub w salonach EMPiK w całej Polsce. Poniżej prezentujemy obszerne fragmenty artykułu „Przebudzenie” pióra Jana Mencwela i Miszy Tomaszewskiego.

 

Od dłuższego już czasu, w ogniu uniwersyteckich debat, prasowych polemik i kuchennych dyskusji, zwykliśmy ze zblazowanymi minami konstatować nieaktualność światopoglądowego podziału na lewicę i prawicę. Ma ona być znakiem naszych czasów, co zdaniem wielu świadczy o dojrzałości zachodniej demokracji. Mówi się, że demokracja ta wyszła poza tradycyjne podziały i rozsadziła kategorie, przy pomocy których opisywano społeczno-polityczne realia minionych epok. Orędownikami takiej właśnie wizji byli architekci wolnorynkowych przemian lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Światopoglądowe zamieszanie zaczęło się jednak znacznie wcześniej.

Kryzys „starej lewicy”, której zawdzięczamy europejski model państwa opiekuńczego, został spowodowany przez naukowo-techniczną rewolucję czasów powojennych i będące jej owocem przemiany struktury zatrudnienia. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych postępująca automatyzacja mocno przetrzebiła miejski proletariat, który stanowił społeczną bazę ugrupowań lewicowych. Wówczas też – a za datę symboliczną możemy tu uznać rok 1968 – narodziła się „nowa lewica”. Zwróciła się ona ku ludziom dyskryminowanym ze względu na płeć, kolor skóry i orientację seksualną, których interesy nie były politycznie reprezentowane. Kolektywnym ideałom państwa opiekuńczego, których jasną stroną były służba dobru wspólnemu i przeciwdziałanie ekonomicznemu wykluczeniu, ciemną zaś – utopijna inżynieria społeczna i niedowartościowanie odpowiedzialności człowieka za jego własny los, nowe pokolenie buntowników przeciwstawiło kult indywidualnych swobód.

W efekcie doszło do tragikomicznej sytuacji, w której młodzi Europejczycy z tzw. „dobrych domów”, choć uważali się za marksistów, na sztandary wynosili hasła indywidualistyczne. Jak w książce Źle ma się kraj notuje Tony Judt, „lewicowe ruchy studenckie bardziej interesowały się godzinami otwarcia bram uniwersyteckich niż warunkami pracy w fabrykach; studenci z dobrze sytuowanych włoskich rodzin bili źle opłacanych policjantów w imię rewolucyjnej sprawiedliwości; miejsce gniewnego proletariackiego sprzeciwu wobec kapitalistycznych wyzyskiwaczy zajęły frywolne, ironiczne hasła na rzecz wolności seksualnej”. Ideał sięgnął bruku?

Niekoniecznie. Liczne elementy państwa opiekuńczego, o czym skłonni jesteśmy dziś zapominać, na dobre weszły w skład europejskiego common sense. Gdy konserwatyści i liberałowie zaczęli podpisywać się pod wybranymi rozwiązaniami o charakterze socjaldemokratycznym, przedstawiciele „nowej lewicy” musieli na nowo określić swoją tożsamość. Zrobili to, ogniskując uwagę zachodnich społeczeństw na problemie szerokich kręgów wykluczenia, z których istnienia tamtejsza opinia publiczna nie zdawała sobie wcześniej sprawy. Jest jednak faktem, że kluczowy element lewicowego światopoglądu – strukturalna solidarność z ubogimi – został przez ludzi Pokolenia ‘68 odsunięty na drugi plan. W czasach kryzysu naftowego, który obnażył słabości państwa opiekuńczego, porzucone terytorium ekonomiczne skolonizowali bezkrytyczni czciciele wolnego rynku.

 

Żelazna logika dziejów

Na tę właśnie przeszkodę po przełomie roku 1989 natrafiła nasza rodzima lewica, dla której historia ostatnich dwudziestu lat jest ciągiem nieudolnych prób zdefiniowania własnej tożsamości.

Co do zasadniczych spraw związanych z określeniem modelu rozwoju naszego kraju, w środowiskach postkomunistycznym i postsolidarnościowym zapanowała powszechna zgoda. Wszyscy chcieliśmy bogacić się i powoli, lecz konsekwentnie doganiać Zachód. Jak mówił Ryszard Bugaj, „«pokojowi społecznemu» początków transformacji sprzyjało wyczekiwanie na profity po jej zakończeniu, a również «pamięć» komunistycznych patologii”. Ten „społeczny pokój” symbolizować może sojusz mózgu ekonomicznych reform, Leszka Balcerowicza, z ich „ludzką twarzą” – Jackiem Kuroniem, ministrem pracy i polityki społecznej w najtrudniejszych latach III RP. O ile zawarcie owego sojuszu wydawało się uzasadnione w dobie szalejącej hiperinflacji, o tyle jego prolongata na czas nieokreślony, a sięgający dnia dzisiejszego, jest trudna do zrozumienia z perspektywy ludzi przyznających się do światopoglądu lewicowego.

Lewica bezkrytycznie uwierzyła w neoliberalny model przemian, rezygnując z prób zbudowania „kapitalizmu z ludzką twarzą” czy szukania „trzeciej drogi”. Bardzo szybko odnalazła też sposób na konstruowanie swojej tożsamości w sferze pozaekonomicznej. Idąc w ślady lewicy zachodnioeuropejskiej, zamiast „kwestii społecznej” podjęła „kwestię obyczajową”, co oznaczało wypowiedzenie wojny niezwykle silnemu wówczas przeciwnikowi – Kościołowi katolickiemu, jednemu z architektów bezkrwawej transformacji ustrojowej roku ‘89. Wojna ta trwa po dziś dzień, w znacznym stopniu angażując ugrupowania lewicowe, w niemałej też mierze – instytucjonalny Kościół. Ze szkodą dla ludzi, którzy powinni być przedmiotem szczególnej troski przedstawicieli obydwu tych środowisk: ofiar wspomnianej transformacji.

W efekcie – jak sygnalizowaliśmy w styczniowym „Znaku” – „owi wykluczeni zostali sprawnie zagospodarowani przez populistów, łączących hasła opartego na rozdawnictwie społecznego solidaryzmu z nacjonalistyczną retoryką, przedstawiającą katolicyzm jako «formę polskości»”. Fakt, że do tego dopuściliśmy, obciąża po równo sumienia nas wszystkich: ludzi Kościoła i ludzi lewicy. Wbrew swojemu najbardziej fundamentalnemu powołaniu, w ciągu ostatnich dwudziestu lat stworzyliśmy własne kręgi wykluczenia. Nie sposób przecenić roli, jaką w cementowaniu środowiska Radia Maryja odegrali lewicowi liberałowie z „Gazety Wyborczej”. Podobnie, nie sposób nie zadumać się nad niezwykłością drzemiącego w polskim Kościele potencjału do antyklerykalizowania społeczeństwa.

 

Życie jest gdzie indziej

O ile zarzut zapomnienia o ubogich wydaje się jak najbardziej usprawiedliwiony w stosunku do lewicy – czy przez „lewicę” rozumielibyśmy postkomunistycznych oportunistów Millera, antyklerykalnych liberałów Palikota, czy wreszcie intelektualne środowisko „Krytyki Politycznej” – o tyle pewne zastrzeżenia może budzić stawianie go Kościołowi. Czy mało nam dzieł chrześcijańskiego miłosierdzia: hospicjów, ośrodków wychowawczych, domów samotnej matki? Czy nie dość rozlewanej za darmo zupy i zbiórek pieniędzy na cele charytatywne? Przeciwnie. Nieuczciwością byłoby odmawiać ludziom Kościoła ogromnych zasług na wszystkich tych polach. Niestety, najszlachetniejsza nawet dobroczynność nie wystarczy.

Tym, czego polskiemu Kościołowi brakuje, jest formacja duszpasterska i aktywność publiczna prowadzona w duchu katolickiej nauki społecznej. Nauka ta, konsekwentnie rozwijana w Kościele powszechnym od czasu ogłoszenia przez Leona XIII encykliki Rerum novarum, w naszym kraju wciąż uprawiana jest jako dyscyplina teoretyczna. Jej przekaz został w zasadzie zredukowany do, skądinąd niezwykle istotnych, zagadnień bioetycznych i obrony tradycyjnych obyczajów. Uparcie pomijamy milczeniem palące problemy targanej kryzysem ekonomicznym współczesności: rozwarstwienie ekonomiczne, wykluczenie edukacyjne, niedostateczną ochronę praw pracowniczych. Instytucja, która troskę o ubogich pozostawia oddolnej inicjatywie szeregowych chrześcijan, a inne wątki swojego nauczania z niemałą determinacją próbuje przełożyć na język polityczno-prawny; która nie mówi o wymogach społecznej sprawiedliwości w sposób konkretny, a w innych kwestiach zdobywa się na porównania najbardziej nawet dosadne – zdaje się egzystować w świecie równoległym względem tego, w którym żyją jej wierni.

Wszystko to nie znaczy oczywiście, że Kościół powinien ograniczyć swoją misję do zaangażowania społecznego. Przede wszystkim jest on wszak przestrzenią, w której Bóg spotyka człowieka, a człowiek – Boga. Od religijnego aspektu tej misji nieodłączny jest jednak jej aspekt wspólnotowy. Jeśli ta wspólnotowość nie znajduje swojego wyrazu w zaangażowaniu społecznym, to znaczy, że z naszą wiarą coś jest nie tak, że zapominamy o słowach Chrystusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych…”. I nie chodzi tu o wezwanie do wspomagania ubogich z tego, co nam zbywa. Dobroczynność nie rozwiązuje rzeczywistych problemów społecznych, w nas samych natomiast może budować niepokojące poczucie, że jesteśmy „ludźmi przyzwoitymi”, które to określenie tak zjadliwie wyszydzali lewicowi radykałowie przełomu XIX i XX wieku. Jeśli „przyzwoitość” znaczyć ma tyle co „bycie w porządku”, to pamiętając o większym jeszcze radykalizmie Ewangelii, pokusę tej przyzwoitości powinniśmy odrzucić również my, chrześcijanie.