dwutygodnik internetowy
18.11.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Problem z wolą ludu

Należałoby też podjąć kroki w celu „odbetonowania” sceny politycznej i umożliwienia nowym inicjatywom walki z istniejącymi siłami. W innym przypadku demokracja przedstawicielska zostanie uznana za demokrację fikcyjną.

ilustr.: Monika Grubizna / www.longmuzzle.com

Sejmowe głosowanie nad obywatelskim wnioskiem o przeprowadzenie referendum edukacyjnego wywołało dyskusję na temat tego, czy „szarzy obywatele” mają faktyczny wpływ na rządzenie demokratycznym państwem. Pojawiały się głosy oskarżające rządzących o „zdradę swoich wyborców” oraz twierdzące, że „nie można ignorować głosu ponad miliona obywateli”. Problem na pewno jest realny. Tylko czy rzeczywiście wyrywkowe głosowanie nad skrojonymi pospiesznie pytaniami to najlepsza forma udziału „zwykłego człowieka” w zarządzaniu krajem?

 

„Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio”, stanowi czwarty artykuł naszej Konstytucji. Kolejność nie jest tu przypadkowa. Nasz ustrój, podobnie jak w każdej z zachodnich republik parlamentarnych, jest oparty głównie na demokracji przedstawicielskiej. To na organach wybieralnych spoczywa na co dzień odpowiedzialność za losy całego kraju, jak i jego poszczególnych części. Choć ustawa zasadnicza przewiduje możliwość bezpośredniego wpływu obywateli na decyzje dotyczące spraw państwowych, to ostatnie słowo należy zawsze do parlamentu. To on decyduje o uchwaleniu bądź odrzuceniu obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej, jak również o tym, czy odbędzie się referendum, o które zgodnie z prawem wnioskuje co najmniej pół miliona dorosłych Polaków. Podnoszą się głosy, że zwłaszcza to ostatnie uprawnienie parlamentu jest nielogiczne, lekceważące wobec obywateli i niedemokratyczne. Nie podzielam tych opinii. Jeśli bowiem spojrzymy na problem z punktu widzenia całości naszego systemu politycznego, okaże się, iż jest to rozwiązanie nie tylko usprawiedliwione, ale i konieczne dla realizowania jakiegokolwiek spójnego programu rządzenia naszym państwem.

 

Uzasadnione wątpliwości

W III RP odbyły się trzy ogólnopolskie plebiscyty. Dwa spośród nich, głosowanie nad nową Konstytucją w 1997 roku i referendum w sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej przeprowadzone sześć lat później, były rozpisywane „z urzędu”, w związku z tym, że sprawy, o które pytano, miały kluczowe znaczenie dla ustroju państwa. W 1996 roku, na wniosek prezydenta Wałęsy, Polacy odpowiadali natomiast na bardzo nieprecyzyjnie postawione pytania w kwestii uwłaszczenia i prywatyzacji. Z uwagi na wymóg przekroczenia 50% progu frekwencji, tylko referendum „europejskie” było wiążące. Odrzucono natomiast dwa wnioski w kwestii referendum w sprawie obniżenia wieku emerytalnego, pomysł Lecha Kaczyńskiego, aby obywatele zabrali głos w sprawie „komercjalizacji jednostek służby zdrowia dążącej do ich prywatyzacji”, oraz, dwa tygodnie temu, propozycję głosowania nad losem polskiej edukacji.

Z jednej strony można zrozumieć rozgoryczenie autorów kolejnych projektów ogólnopolskich głosowań. Zaufanie do organów władzy w Polsce jest nikłe, podobnie jak poziom przekonania o czystości ich intencji. Powszechne jest przekonanie, że klasa polityczna nie zajmuje się „problemami zwykłych obywateli” i niewiele robi, aby polepszyć ich sytuację. Dlatego też pojawiające się coraz częściej obywatelskie inicjatywy ustawodawcze i wnioski referendalne można uznać za wyraz zniechęcenia politykami i oburzenia wobec ich nieudolnych działań.

Trudno jednak się dziwić negatywnemu stosunkowi rządzących do wniosków. Ostatni z nich, firmowany przez państwa Elbanowskich, zawierał aż pięć pytań dotyczących spraw związanych z edukacją w naszym kraju. Oprócz najgłośniejszej sprawy, dotyczącej niezgody na obniżenie wieku szkolnego, wśród proponowanych kwestii, które proponowano poddać pod głosowanie, znalazło się „poparcie dla przywrócenia pełnego kursu historii i innych przedmiotów w liceum ogólnokształcącym”, „stopniowy powrót do systemu 8 lat szkoły podstawowej+4 lata szkoły średniej”, czy też „ustawowe wprowadzenie zakazu likwidacji szkół i przedszkoli”. W oczy rzuca się nieostrość i wybiórczość pytań, a także tendencyjność i przypadkowość w akcie ich formułowania. Co ma bowiem oznaczać „pełny kurs historii”? Czy chodzi o taki, który obejmowałby dzieje człowieka od starożytności po współczesność? Jeśli tak, to pytanie jest bezpodstawne, gdyż taki kurs, nawet po wprowadzeniu reformy podstawy programowej, będzie realizowany. Może chodzi więc po prostu o przywrócenie formy realizacji kursu charakterystycznej dla poprzedniej podstawy programowej? Dlaczego wyszczególniono właśnie historię, a nie jeden z innych przedmiotów, których tryb nauczania także uległ zmianie? Wreszcie, jak rządzący mieliby się stosować do dyrektywy „stopniowego powrotu do systemu 8+4” w wypadku przegłosowania go w referendum? W jaki sposób rozliczać ich z wykonanych w tym kierunku kroków?

 

ilustr.: Monika Grubizna / www.longmuzzle.com

Fikcyjna demokracja?

Wszystkie te wątpliwości, na które ciężko dać konkretną odpowiedź, wskazują nie tylko na ewentualne problemy interpretacyjne w wypadku ważności referendum, ale także na trudności związane z prowadzeniem debaty przed hipotetycznym głosowaniem. Duża ilość pytań daje w tym wypadku złudne wrażenie potraktowania zagadnienia kompleksowo, tymczasem z przedstawionej wyżej pobieżnej analizy wynika, że ich dobór jest co najmniej wyrywkowy. Również debata musiałaby więc być, z natury rzeczy, wybiórcza i stanowić świetną okazję do organizacji festiwalu pustych haseł niemających wiele wspólnego z rzetelną dyskusją.

Inny problem wiąże się z referendum w sprawie anulowania podwyżki wieku emerytalnego, o które półtora roku temu wnioskowała „Solidarność”. Tu ciężko kwestionować konkretność wniosku. Sprawa była i pozostaje jasna dla każdego potencjalnego uczestnika głosowania, a zarazem potencjalnego emeryta. Jest łatwe do przewidzenia, iż większość osób opowiedziałaby się za pozostawieniem krótszego czasu pracy. Jednakże wyłoniony demokratycznie rząd, który jest konstytucyjnie odpowiedzialny za płynność finansową państwa, podjął odmienną decyzję. Gdyby referendum doszło do skutku, mielibyśmy więc do czynienia z paradoksalną sytuacją, w której naród-suweren wystąpiłby przeciwko swojemu reprezentantowi, któremu na określony czas powierzył zadanie decydowania o losach swojego kraju. Uznanie takiego układu za normę groziłoby dwuwładzą w kraju i niemożliwością podjęcia jakiejkolwiek trudnej decyzji przez rządzących.

 

***

Zarządzanie wielomilionowym państwem przy pomocy demokracji bezpośredniej już dawno uznano za niemożliwe. Okazuje się, że nie do utrzymania jest także równoległe istnienie w codziennej praktyce instrumentów demokracji bezpośredniej i przedstawicielskiej. Jednakże ta ostatnia nie może prawidłowo funkcjonować bez zaufania wyborców do swoich przedstawicieli. Coraz częściej pojawiające się obywatelskie inicjatywy ustawodawcze i wnioski o referenda zdają się potwierdzać tezę o kryzysie tego zaufania, a rozpaczliwe próby podłączania się polityków opozycji pod obywatelskie inicjatywy są tylko kolejnym argumentem, który za nią świadczy. Jeśli więc chcemy, aby nasze państwo funkcjonowało skutecznie, a jednocześnie zachowało swój demokratyczny charakter, potrzebne jest znacznie szersze otwarcie się polityków na potrzeby wyborców i uwzględnianie ich w codziennej praktyce rządzenia. Należałoby też podjąć kroki prawne w celu „odbetonowania” sceny politycznej i stworzenia warunków, także finansowych, zapewniających nowym inicjatywom politycznym możliwość podjęcia równorzędnej walki z istniejącymi siłami. W innym przypadku demokracja przedstawicielska zostanie uznana za demokrację fikcyjną. A to pierwszy krok do społecznego przyzwolenia na jej demontaż.