dwutygodnik internetowy
30.05.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Premia za współdziałanie

Jedynie program rozwojowy, ale radykalnie prosocjalny, a jednocześnie zakładający szeroką platformę porozumienia społecznego, może trwale ustabilizować sytuację w Polsce. Obecne partie opozycyjne nie rokują zbyt wiele w tej kwestii.

Ilustr.: Zuzanna Wojda

ilustr.: Zuzanna Wojda

W polityce znowu zaczyna być ciekawie. Po kilku miesiącach przygnębiającej walki na manifestacje (KOD) i manipulację (PiS) coś zaczyna się zmieniać. Przygnębiającej dlatego, że im bardziej wzrastało poparcie dla KOD-u, tym bardziej rosło poparcie dla PiS-u, wydawało się, że sytuacja jest patowa.

Poważne problemy partii rządzących w Polsce po lub w trakcie kadencji stały się stałym zjawiskiem polityki polskiej ostatnich dwudziestu lat. AWS, SLD, UW, PO, PiS z trudnością były w stanie dotrwać do końca kadencji. AWS i SLD rządziły cztery lata, ale w końcówce już jako rządy mniejszościowe, a dwa rekordy należą do PiS-u i PO. PO była partią rządzącą najdłużej, bo całe dwie kadencje, z tendencją schyłkową na zakończenie, a PiS rządził najkrócej, bo w koalicji z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin jedynie pół kadencji.

Długi okres rządów PO to niewątpliwie zasługa samego Donalda Tuska, ale także względnie stabilnej sytuacji po wejściu Polski do Unii, stałego wzrostu gospodarczego i generalnie znaczącego wzrostu poziomu życia. Taka stabilizacja polityczna była możliwa przy pewnych założeniach i pewnych kosztach. Głównym fundamentem była zasada „ciepłej wody w kranie” – minimalizm programowy i minimalizacja zaangażowania społecznego. Nie jest to zasada nowa, w znacznej mierze odpowiada ona za sukcesy europejskiej gospodarki i polega na odsunięciu biegu „twardej polityki” poza krąg obywatelskiego zainteresowania.

Zimny prysznic po ciepłej wodzie

Pomimo nazwy Platforma Obywatelska była produktem minimalistycznego podejścia do polityki, a także jego konsekwentnym kultywatorem na polskim gruncie.

W moim rozumieniu „polityka ciepłej wody” stwarza co najmniej dwa poważne problemy. Po pierwsze polska rewolucja „Solidarności” była z gruntu obywatelska, zakładająca szerokie zaangażowanie bardzo wielu ludzi z różnych grup społecznych w główny nurt polityki. To zaangażowanie oczywiście spadło znacząco z czasem, nie było też przesadnie wzmacniane. Polityka od początku lat 90. uległa znacznej instytucjonalizacji, nie pozostawiając zbyt wiele miejsca na oddolne ruchy.

„Polityka ciepłej wody” pozostawia więc przeważającą część, również tych aktywnych obywateli, poza głównym nurtem polityki, sprowadzając ich wpływ na podejmowanie decyzji politycznych głównie do udziału w wyborach. Co gorsza z obserwacji frekwencji w niemal wszystkich wyborach w Polsce wynika, że nawet na tym, podstawowym poziomie zaangażowanie obywatelskie nie jest zadowalające.

Drugim problemem, jaki stwarza „ciepła woda”, jest podatność społeczeństwa na agresywny populizm. Efekty obserwujemy obecnie na własne oczy. Lata uprawiania minimalistycznej polityki pozostawiły szeroki niedosyt, zmniejszając jednocześnie wyczulenie partii na kwestie społeczne.

Jeszcze na początku kadencji prezydenckiej Bronisława Komorowskiego powstawał w jego kancelarii projekt ustawy mającej ograniczyć samodzielność burmistrzów i prezydentów dużych miast, zwiększając znacząco budżety partycypacyjne, wymuszając szersze niż dotąd zakrojone konsultacje społeczne i zwiększenie poziomu obywatelskiej partycypacji. Projekty te zostały jednak zarzucone, spotkały się też z nieprzyjaznym przyjęciem samorządowców. O wiele łatwiej sprawuje się rządy bez nadmiernej partycypacji obywatelskiej. Na końcu drugiej kadencji PO takich projektów już nie było. Po odejściu Donalda Tuska do Brukseli Ewa Kopacz przyjęła strategię ściśle centralistyczną i w dodatku rozmijającą się z oczekiwaniami społecznymi. Pomimo że przed wyborami podróżowała dużo po Polsce pociągiem i rozmawiała z ludźmi, nie słuchała ich; uznała, że najważniejsze są postulaty dotyczące małżeństw jednopłciowych i in vitro i wokół tego typu haseł zogniskowała kampanię prezydencką i parlamentarną – prowadząc do spektakularnej i od dawna oczekiwanej klęski.

Wściekła i nieprzebierająca w środkach kampania PiS-u nie tylko przyniosła wysoki wynik wyborczy, ale nadal pozwala utrzymać się tej partii w sondażach. Ba, wynik zamiast maleć – rośnie.

Marcin Święcicki zamieścił niedawno na swoim blogu listę sukcesów Polski z ostatnich ośmiu lat: dwukrotny wzrost płacy minimalnej od 2007 do 2015, dwukrotny wzrost eksportu, pięćdziesięcioprocentowy wzrost nakładów na służbę zdrowia, pięciokrotny wzrost liczby żłobków, dwukrotnie wyższe zatrudnienie osób powyżej 55 lat, spadek percepcji korupcji, wzrost wydatków na badania i rozwój… i tak dalej – wzrost dobrobytu jest niewątpliwy.

Przypływ nie dla wszystkich łodzi

A jednak wybory łatwo wygrała parta szermująca hasłem „Polska w ruinie”. Spójrzmy na jej program na stronie Kancelarii Premiera: 500+, sześciolatki w domu, podatek bankowy i od hipermarketów, darmowe leki dla seniorów, ochrona polskiej ziemi, wyższa płaca minimalna, szerszy dostęp rolników do ubezpieczeń, 15 procent CIT dla drobnych przedsiębiorców, obniżenie wieku emerytalnego, podniesienie kwoty wolnej od podatku… Hasła te oburzają wielu, inni wskazują na ich nierealność i wzajemną sprzeczność. Zapewne co najmniej połowa tego programu nie jest wykonalna, z czego większość z nas zdaje sobie sprawę. Jednakże idzie on całkowicie w poprzek „polityki ciepłej wody”, ponieważ adresowany jest do najuboższych, sfrustrowanych brakiem perspektyw i marginalizacją.

Tymi grupami społecznymi inne partie się nie interesowały, zwracając się raczej do klasy średniej i beneficjentów zmian – prawda, że grupy dużej i otwartej. Tymczasem ciesząc się tym, że obszary ubóstwa w Polsce maleją, nie możemy zapominać, że nadal istnieją i nie są wcale problemem statystycznie marginalnym. W roku 2014 skrajnie ubogich mieliśmy 2,8 miliona. W co siódmej rodzinie rolniczej pieniędzy nie wystarcza na więcej niż jedzenie i mieszkanie, a tak zwany średni dochód netto na głowę wynosił w 2014 roku 1340 złotych.

Podstawowe dane GUS bardziej skrywają niż odsłaniają problem. Według GUS w listopadzie 2015 średnie wynagrodzenie w Polsce wyniosło 4004 złotych brutto, czyli 2800 netto. Ale dwie trzecie mieszkańców naszego kraju zarabia mniej. Zgodnie z analizą portalu Bankier.pl w 2012 roku ponad połowa pracujących, czyli ponad pięć milionów osób, zarabiała mniej niż 2236 netto.

Należy również pamiętać, że bardzo wielu obywateli pracuje na umowach śmieciowych, a przeważająca ilość samozatrudnionych płaci minimalne składki na ZUS. Daje to już widoczne efekty – zaczyna przybywać osób w wieku emerytalnym z minimalnymi świadczeniami. Ponad siedemdziesiąt tysięcy osób pobiera emerytury mniejsze niż minimalne, czyli poniżej 882 złotych miesięcznie.

To jedynie dane wyrywkowe. Całkowity obraz polskiego ubóstwa nie jest łatwy do ustalenia i zazwyczaj bywa przedmiotem gry politycznej. Jedno jest pewne: dla wielu ludzi hasło „Polska w ruinie” jest realne. Dopóki te problemy pozostaną na marginesie uwagi rządzących, Polska nie stanie się krajem nowoczesnym i pozostanie na łasce demagogów obiecujących złote góry.

Rewolucja 500+

De facto polityka PiS-u jest polityką bardzo zimnej wody, ponieważ za program 500+ płacimy likwidacją służby cywilnej, paraliżem Trybunału Konstytucyjnego, wzmożoną inwigilacją policyjną, utratą niezależności mediów publicznych, upolitycznieniem prokuratury i wymiaru sprawiedliwości, wzmożonym nepotyzmem i brutalizacją życia publicznego. Prawdopodobnie doprowadzi do poważnego kryzysu państwa i zapewne do przyspieszonych wyborów, ponieważ nie ma ona charakteru systematycznego, ale doraźny i chwiejny.

Rewolucyjny charakter programu PiS powoduje, że partia ta stoi tyłem do elit, bez których udziału trudno wyobrazić sobie skuteczną realizację prawdziwego programu socjalnego.

Rzecz jednak w tym, że przynajmniej w zamyśle i częściowo w realizacji jest to polityka bardzo proobywatelska. Program 500+ na gruncie polskim ma charakter rewolucyjny. W Europie wsparcie dla rodzin wielodzietnych jest standardem, a programy socjalne są o wiele bardziej skuteczne i systematyczne. Swojego czasu, jeszcze za AWS-u, niektórzy postulowali, aby rozpocząć poważną politykę prospołeczną, opartą na różnego rodzaju ulgach i wspieraniu rodzin i najuboższych. Nigdy jednak tego rodzaju aspiracje nie były akceptowane w twardych realiach polityki budżetowej. Z wielkiego programu wsparcia dla rodzin wielodzietnych autorstwa Bronisława Komorowskiego została tylko nędzna „karta wielkiej rodziny” o minimalnym znaczeniu praktycznym. A tutaj nagle każda rodzina wielodzietna otrzymuje znaczące comiesięczne wsparcie finansowe. Czyż nie jest to rewolucja? Czy nie jest to wynik spojrzenia na realną sytuację polskich rodzin i dostrzeżenie tego, że jest ona zła, że nikt nie wspiera rodziców w wychowaniu dzieci? Pomińmy inne postulaty PiS-u; większość z nich jest albo mało realna, albo mało znacząca. Ten jeden wystarczy, aby zrozumieć, dlaczego PiS, pomimo innych działań, utrzymuje tak wysokie poparcie społeczne.

Tym bardziej, że jeśli raz jeszcze spojrzeć na tabelkę Marcina Święcickiego – oto nasza sytuacja ekonomiczna w ciągu ostatnich ośmiu lat, a w istocie przez całe ostatnie dwudziestolecie, polepsza się. Nie ma więc wytłumaczenia, dlaczego wspólny pieniądz nie ma pracować przede wszystkim na rzecz najliczniejszej grupy o słabej sile przebicia – rodzin wielodzietnych, od której kondycji w pierwszym rzędzie zależy przyszłość Polski, a także emerytów czy pracowników skazanych na pracę bez zabezpieczenia społecznego. Mam nadzieję, że ten program pozostanie z nami na stałe niezależnie od dalszych losów tej czy innej partii, ponieważ PiS prowadzi grę bardzo ryzykowną i kapryśną, której może nie przetrwać.

To jednak jest jedynie jedna strona medalu.

Ostatnio okazało się, że nagle poparcie dla PiS-u nieco się zmniejszyło. Oto po ostatniej manifestacji KOD, która przyciągnęła nieprzebrane tłumy i umożliwiła porozumienie partii opozycyjnych, partie te dostały premię za współdziałanie. Takiej premii nie dostał nikt od bardzo dawna. Nikt nawet nie chce wspominać czasów, gdy PO i PiS szły wspólnie do wyborów i zgarniały taką samą, tyle że jeszcze wyższą premię za współdziałanie. Co prawda później szybko okazało się, że politycy do współpracy nie zawsze są skłonni i marzenie się nie spełniło.

Wyborcy w Polsce nagradzają współdziałanie zapewne dlatego, że nikt nie lubi kłótni, że dojrzałość oznacza umiejętność porozumień i zawierania kompromisów. I to jest kwestia druga i równie ważna. Jedynie program rozwojowy, ale radykalnie prosocjalny, a jednocześnie zakładający szeroką platformę porozumienia społecznego, może trwale ustabilizować sytuację w Polsce. Obecne partie opozycyjne nie rokują zbyt wiele w tej kwestii. Ani liberalna Nowoczesna, ani przegrane PO nie dają nadziei na takie porozumienie. Nowym elementem układanki jest KOD, pierwszy od lat ruch obywatelski niezawłaszczony przez partie polityczne i doraźne interesy.

KOD co prawda nastawiony jest przede wszystkim na sprawy innego charakteru – na obronę wartości demokratycznych zagrożonych zachłannością PiS. Jednakże prawdopodobnie nieuchronne stanie się poświęcenie części uwagi tego ruchu również kwestiom społecznym.

Obecnie sytuacja jest taka, że postulaty społeczne PiS są atakowane przez opozycję dlatego tylko, że zgłasza je PiS i na nich buduje swój kapitał polityczny. Aby to zmienić, konieczne jest o wiele szersze i bardziej odpowiedzialne podjęcie tych kwestii –  stworzenie platformy porozumienia w obronie demokracji przede wszystkim na gruncie postulatów socjalnych.

To zresztą wydaje się elementarzem demokracji – właśnie na mechanizmach szerokiej redystrybucji dostatku zbudowano po wojnie współczesną demokrację. W post-solidarnościowej Polsce wydaje się czasem, że o tym zapominamy, urzeczeni sukcesami europejskiego rozwoju.