dwutygodnik internetowy
15.04.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Prawdziwie zmartwychwstał

To z pewnością nie była kaplica. W sześćdziesiąt osób zasiedliśmy wokół odrapanego stołu – migranci we wszystkich kolorach, bezdomni, kilku panów z więziennymi tatuażami, mieszkańcy dzielnicy słynącej z dużego zagęszczenia mieszkań socjalnych.

ilustr.: Katarzyna Majchrowska

ilustr.: Katarzyna Majchrowska

To z pewnością nie była kaplica. Nawet nie czyjeś mieszkanie czy świetlica. Bardziej niewykorzystane pomieszczenie gospodarcze w blokowej piwnicy. Pusta sala między garażami podziemnymi a zsypem w szarym, kilkupiętrowym budynku na peryferiach Rzymu. Przy ścianie stał lekko odrapany stolik, dla niepoznaki nakryty lśniąco białym obrusem, który miał tej nocy służyć za ołtarz. Wokół stołu może sześćdziesiąt krzeseł – co jedno, to inne. W kącie ktoś postawił roślinę w doniczce, żeby było odrobinę przytulniej. Nie pomogło.

W sześćdziesiąt osób zasiedliśmy wokół odrapanego stołu – migranci we wszystkich kolorach, bezdomni, kilku panów z więziennymi tatuażami, mieszkańcy dzielnicy słynącej z dużego zagęszczenia mieszkań socjalnych. Nasze zgromadzenie do złudzenia przypominało krzesła, na których siedzieliśmy – każdy z innej bajki. To nawet zabawne, kiedy pomyślę, że w tę noc wigilii paschalnej w Rzymie można było być wszędzie: w Bazylice Świętego Piotra, na Lateranie, w Kościele Il Gesu czy jakiejś innej słynnej świątyni pełnej zabytków światowej klasy. A myśmy przy akompaniamencie syntezatora, z fatalnym akcentem, próbowali śpiewać włoskie religijne piosenki i liczyli na to, że Jezus nam zmartwychwstanie w tym garażu.

Niektórzy ledwo trzymali się na nogach po dwunastogodzinnej zmianie w monopolowym lub godzinach tulenia na rękach płaczącego dziecka. Tylko nieliczni mieli siłę klaskać do rytmu pieśni na wejście. Siedem czytań wigilii paschalnej miłosiernie skrócono do trzech. Kiedy wreszcie usłyszeliśmy, że Chrystus zmartwychwstał, nie było fanfar, tańców, krzyków. Tylko kilka cichych łez i pełne ulgi westchnienia, że chociaż z ciężkim bagażem przeszłości, można kolejny raz zacząć od nowa. Fakt dokonany rzeczonego zmartwychwstania uczciliśmy tanim pseudoszampanem i ciastem z Filipin. Składaliśmy sobie życzenia, chociaż mieliśmy niewiele wspólnego języka. I przez chwilę było tak cholernie pięknie, że ci w Il Gesu mogli tylko żałować, że nie widzieli nas w tej piwnicy. Opuszczając tę zaimprowizowaną kaplicę, faktycznie można było się poczuć, jakby się wychodziło z grobu.

Wracając na nocleg pustym metrem z grupą znajomych, zdzieraliśmy gardło, śpiewając na dwa głosy „Oto są baranki młode”. Tego, co widzieliśmy, nie dało się wyrazić inaczej. „Któż uwierzy temu, cośmy usłyszeli? Na kim się ramię Pańskie objawiło?” Nikt z nas nie widział tak prawdziwego zmartwychwstania.