dwutygodnik internetowy
15.10.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Praskie błoto na butach

Ubogiego widzi się w tekście Pawłowskiego jedynie jako tło dla ludzi bogatych – tło nieładne, psujące całość obrazka, ale nadal jedynie tło. Horyzontem marzeń autora nie jest realna poprawa sytuacji rodowitych Prażan, ale wizualny „lifting” dzielnicy. Doskwierają mu „zaszczane bramy”, przechadzający się ulicami podpici i agresywni, „ogoleni na łyso” delikwenci, którzy zaczepiają jego i jego artystycznych znajomych „zza granicy”.

 

Tekst Romana Pawłowskiego o wiele mówiącym tytule Praga-dzielnica artystów to mit, który ukazał się w zeszłym tygodniu w „Gazecie Stołecznej”, jest rzadkim przykładem sytuacji, w której dziennikarz opiniotwórczych mediów zwraca uwagę na zjawisko biedy. Nierówności społeczne to jeden z przemilczanych tematów debaty publicznej w Polsce, media sięgają po niego tylko przy okazji kolejnych „alarmujących raportów” międzynarodowych organizacji. A te niestety są dla nas bezlitosne. Co jakiś czas dowiadujemy się więc, że Polska to kraj, w którym ponad milion dzieci nie ma możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb (raport UNICEF z maja tego roku) a dwa i pół miliona ludzi żyje poniżej granicy skrajnego ubóstwa (raport GUS „Ubóstwo w Polsce w 2011 roku”). Brak zainteresowania mediów tego typu raportami skutkuje tym, że bieda jest w Polsce „niewidzialna” – o czym niejednokrotnie mówiła i pisała profesor Elżbieta Tarkowska z PAN, zajmująca się badaniem zjawiska ubóstwa i jego społecznego odbioru.

 

Roman Pawłowski, dziennikarz piszący na co dzień o kulturze, wbrew dominującemu w swoim środowisku trendowi pozwolił sobie na zauważenie nierówności społecznych i dał temu wyraz we wspomnianym tekście. Choć należy pochwalić jego intencje, to niestety poważne wątpliwości budzi sposób, w jaki opisał on problem. Bieda pojawia się w tekście Pawłowskiego jako tło dla złej sytuacji artystów i działaczy kulturalnych, którzy od ponad dziesięciu lat zaczęli osiedlać się na Pradze-Północ i rozwijać różnego rodzaju niezależne przedsięwzięcia.  Pod koniec lat 90. wiele wskazywało na to, że Praga – szczególnie jej północna, stara część – w szybkim tempie się zmieni – pisze Pawłowski. – Katalizatorem zmian mieli stać się artyści, których przyciągał tu klimat przedwojennych kamienic i niskie czynsze. Niestety, jak pisze Pawłowski, idea artystycznej dzielnicy na Pradze nie wypaliła – dziś nadal powstają tu wprawdzie nowe kulturalne i artystyczne zagłębia, ale tuż obok straszą odrapane komunalne kamienice, zaszczane bramy i ciemne podwórka.

Zapewne nie należy mieć pretensji do autora zajmującego się kulturą, że zauważa najpierw sytuację swojego środowiska, a dopiero później pisze o sytuacji otoczenia, w którym to środowisko się znalazło – nota bene jako przybysze z zewnątrz, którzy na Pragę przenosili się przecież z własnej woli, skuszeni nie tylko niskimi czynszami, ale także modą na „praskie klimaty” i nadzieją na zmiany w dzielnicy. Z czasem zza „praskich klimatów” zaczyna wyglądać rzeczywistość dzielnicy, która jest jedną z enklaw biedy w Warszawie. (Niestety, niejedyną, ale o biedzie na Woli czy w Śródmieściu jeszcze trudniej przeczytać w warszawskiej prasie). Jeśli tekst Pawłowskiego jest wyrazem wzrostu świadomości ludzi kultury (a mówiąc brutalnie: przejrzenia na oczy), to należy się tylko cieszyć, że następuje powolna zmiana perspektywy, a nierówności społeczne i bieda zaczynają być dostrzegane również wśród elit, do jakich niewątpliwie zaliczają się artyści rezydujący na Pradze.

 

Tym bardziej warto jednak zwrócić uwagę na to, jaki język pojawia się w dalszej części tekstu Pawłowskiego. Kryje on bowiem w sobie podstawowe niebezpieczeństwo, jakim jest stygmatyzacja ubóstwa i przypisywanie ludziom biednym określonych cech. Pawłowski winę za złą sytuację mieszkańców Pragi przerzuca na władze, które jego zdaniem porzuciły dzielnicę i nie prowadzą świadomej polityki społecznej na jej terenie. Tekst swój autor kończy zaś przestrogą, która zaiste przyprawia o dreszcze niepokoju:

Budowa enklaw bogactwa na oceanie biedy to jak kładzenie czerwonego dywanu na błocie – tylko ci, którzy wykupili bilety, nie pobrudzą sobie butów. Reszta z coraz większą nienawiścią będzie patrzeć na przybyszów z lewego brzegu, zachwycających się urokiem artystycznej dzielnicy. I jest tylko kwestią czasu, kiedy ta nienawiść zmieni się w agresję.

 

Metafora „pobrudzonych butów” przybyszy z lewobrzeżnej Warszawy, którzy przyjeżdżają do modnych praskich teatrów, doskonale oddaje niebezpieczeństwa, jakie kryją się w sposobie pisania o ubóstwie zaprezentowanym – mniej lub bardziej świadomie – przez Pawłowskiego. Ubogiego widzi się w nim jedynie jako tło dla ludzi bogatych – tło nieładne, psujące całość obrazka, ale nadal jedynie tło. Horyzontem marzeń autora nie jest realna poprawa sytuacji rodowitych Prażan, ale wizualny „lifting” dzielnicy. Doskwierają mu „zaszczane bramy”, przechadzający się ulicami podpici i agresywni, „ogoleni na łyso” delikwenci, którzy zaczepiają jego i jego artystycznych znajomych „zza granicy”. Dobrze, że zwraca również uwagę na jakość publicznej edukacji czy braki w infrastrukturze, jednak ani przez chwilę nie widzi w żyjących w ubóstwie mieszkańcach potencjalnych odbiorców kultury tworzonej przez „przybyszy z lewego brzegu”. Choć w tekście znajdziemy długą litanię zarzutów wobec władz, nie dowiemy się w ogóle, jaki stosunek do trudnych mieszkańców dzielnicy mają rezydujący tam artyści – czy traktują ich jako potencjalnych odbiorców swoich działań, czy tylko jako niepotrzebny balast, któremu „nie można dać się sprowokować”? Niestety, z tekstu wynika, że raczej to drugie. Co gorsza, w artykule znajdujemy także charakterystyczny dla stygmatyzującej ubóstwo narracji determinizm, który nakazuje w człowieku ubogim widzieć osobę całkowicie niezdolną do zmiany swojej sytuacji. Autor orzeka, w jaki sposób mieszkańcy „będą patrzeć” na przybyszów z lewego brzegu, a na horyzoncie maluje się widmo „agresji”, do której na pewno dojdzie – „to tylko kwestia czasu”.

Tekst Pawłowskiego nie jest być może najlepszym przykładem do analizy języka, jakim opisywana jest bieda, jednak ponieważ o tym zjawisku nie pisze się w ogóle, warto zwracać uwagę na każdy przykład wprowadzenia go do debaty publicznej. Prawdę mówiąc, w tekście ze „Stołecznej” widzę raczej próbę ukręcenia z praskiej biedy niewielkiego biczyka na obecne władze Warszawy. Tym niemniej ten niewielkich rozmiarów tekst wywołał nie lada lawinę komentarzy, a redakcja publikuje listy od mieszkańców, którzy nie zgadzają się z krzywdzącym obrazem dzielnicy – a zwłaszcza ich samych – jaki został w nim zaprezentowany. Pokazuje to, że temat nierówności społecznych może stać się również polem zainteresowania elit opiniotwórczych – okoliczności kryzysu gospodarczego, w którego środku, a nie na końcu się znajdujemy, również mogą sprzyjać zmianie perspektywy. Tym bardziej warto więc mieć świadomość, że nie wystarczy samo „zauważenie” biedy – istotny jest również sposób, w jaki biedę się opisuje i pozycja, z jakiej się ją zauważa.

  • Stretworker

    nie problem jest w tym że OPS-y są nie wydajne tylko w ty, że Ci ludzie nie potrafią gospodarować środkami :( w prawie każdym domu Telewizor extra i satelita – tu jest problem