dwutygodnik internetowy
28.11.2016
magazyn papierowy


Pracować nie mogę, żebrać się wstydzę

Katolicy o nastawieniu wolnorynkowym uważają, że zmuszanie kogokolwiek do świadczenia miłosierdzia uwłacza jego godności. Nie dostrzegają jednak tego, że naruszeniem godności człowieka jest też stawianie go w sytuacji, w której o jałmużnę musi prosić. Szczególnie wówczas, gdy może i chce pracować.

Ilustr.: Ewa Smyk

ilustr.: Ewa Smyk

Artykuł pochodzi z 27. numeru papierowego Magazynu ,,Kontakt’’ pod tytułem ,,Niema bieda’’.

***

Od początku swojego istnienia Kościół troszczył się o ludzi biednych i opuszczonych. Ta wynikająca wprost z Ewangelii troska bywa dziś określana mianem „opcji na rzecz ubogich”. W przeszłości przyjmowała ona postać jałmużny lub działalności charytatywnej: wspomagano potrzebujących, zakładano sierocińce, przytuliska i szpitale. Tak było aż do XIX wieku. Sytuacja społeczna i gospodarcza uległa jednak zasadniczej zmianie na skutek rewolucji przemysłowej, która doprowadziła do ukształtowania się nowej klasy robotniczej. Bezwzględnie wykorzystywani przez wielki kapitał proletariusze z czasem stawali się coraz bardziej świadomi dotykającej ich niesprawiedliwości. Ideologiczne wsparcie znajdowali w marksizmie, który głosił uwolnienie od kapitalistycznego ucisku przez walkę klasową i zniesienie prywatnej własności środków produkcji. Skłoniło to Kościół do poszukiwania nowych dróg wiodących do poprawy losu krzywdzonych – dróg innych niż dobroczynność, która okazała się niewystarczająca wobec narastających problemów społecznych XIX wieku. Pierwszym owocem tych poszukiwań była encyklika Leona XIII „Rerum novarum” z 1891 roku. To właśnie ona zapoczątkowała refleksję, którą dziś nazywany „katolicką nauką społeczną”.

Nauka ta była rozwijana, modyfikowana i precyzowana przez kolejnych papieży. Stale jednak jej podstawowymi przesłankami pozostawały wolność i godność człowieka. Stale również odrzucała ona walkę zbrojną i rewolucję jako działania, przy pomocy których nie sposób realizować wspomnianych wartości. Od początku swojego istnienia katolicka nauka społeczna odnosiła się do konkretnych systemów społeczno-gospodarczych. Z dwóch systemów funkcjonujących w XX wieku, komunizmu i kapitalizmu, wskazywała ten drugi jako bardziej sprzyjający realizacji pożądanej formy współżycia społecznego, nigdy jednak się z nim nie identyfikowała. Stawała w obronie własności prywatnej, ale… Potwierdzała zasadność wolnego rynku, ale… Takich zastrzeżeń („ale…”) było i wciąż jest w katolickiej nauce społecznej bardzo wiele. Rzecz w tym, że nie wszyscy chrześcijanie przejmują się nimi na tyle, by przestać jednoznacznie opowiadać się za neoliberalnym ustrojem gospodarczym wraz z adekwatną do niego interpretacją opcji na rzecz ubogich. Dla ludzi o takich poglądach oznacza to przede wszystkim wycofanie się państwa zarówno z gospodarki, jak i z pełnienia funkcji opiekuńczych.

Miłosierny darwinizm

Klasycznego przykładu takiego podejścia dostarcza tekst Zbigniewa Stawrowskiego, zatytułowany „Przestrzeń dla Samarytanina”, który na jesieni opublikowała „Rzeczpospolita” (31 października – 2 listopada 2014). Autor twierdzi, że pomoc innym powinna być wyrazem solidarności, która stanowi „naturalną reakcję ludzi obdarzonych sumieniem na spotkanie z cierpiącym człowiekiem”. Takiej relacji nie może, zdaniem Stawrowskiego, nawiązać państwo. „Dobrze zorganizowane państwo – czytamy – musi być sprawiedliwe […], ale nie może być solidarne”. Nie może, ponieważ solidarności […] nie da się rozbudzić ani urzeczywistnić środkami przymusu, których używanie należy właśnie do istoty państwa”. Nie państwo, lecz ludzie – konkretne wolne i odpowiedzialne jednostki – mogą i powinni być solidarni, a państwo nie powinno im w tym przeszkadzać. Jeśli państwo pod hasłem solidarności podejmuje działania nadające trosce trwały, instytucjonalny, a więc wspierany przymusem państwowym kształt, to ryzykuje, że uczyni z solidarności jej karykaturę, czyli tak zwane „państwo socjalne”.

Zbigniew Stawrowski nie powołuje się wprost na katolicką naukę społeczną, ale jego wywody w czytelny sposób nawiązują do kształtu, jaki chcieliby jej nadać Michael Novak i Thomas E. Woods – publicyści, których znany watykanista John Allen w książce „The Future Church” nazywa „katolikami wolnorynkowymi”. Poglądy tego pierwszego w latach 90. lansowali w Polsce katoliccy intelektualiści, uwiedzeni przez dominującą w tym czasie na Zachodzie ideologię neoliberalną. Ogólnie rzecz biorąc, głosiła ona grę wolnych sił rynkowych i minimalizację roli państwa w kształtowaniu gospodarki i stosunków społecznych. W ten sposób miała się realizować wolność człowieka, który bierze odpowiedzialność za swój los we własne ręce. Niech tylko państwo nie wtrąca się do jego przedsiębiorczości, a on z własnej i nieprzymuszonej woli ofiaruje część swoich zysków ubogim i nieudacznikom, którzy okazali się bezradni wobec mechanizmów konkurencji i nie poradzili sobie na wolnym rynku. Ten rodzaj myślenia zwięźle podsumował Stefan Chwin: „Kapitalistyczny egoizm pięknie u nas rozkwita i jest uznawany za normę. Każdy odpowiada za swój los. Przegrałeś, twoja sprawa. Loteria dobroczynna i Caritas zajmą się «nieszczęśliwymi»”.

Doktryna ta, którą można nazwać „miłosiernym darwinizmem”, oznacza powrót do XIX-wiecznego kapitalizmu. „Z tego kapitalizmu XIX wieku odnajdujemy w dzisiejszej rzeczywistości znowu […] niepokojąco wiele zjawisk” – tak w swoim „Kapitale” pisze kardynał Reinhard Marx. Katolicy o nastawieniu wolnorynkowym uważają, że zmuszanie kogokolwiek do miłosierdzia uwłacza jego godności. Nie dostrzegają jednak, że naruszeniem godności człowieka jest też stawianie go w sytuacji, w której o jałmużnę musi prosić. Szczególnie wówczas, gdy może i chce pracować. „Ewangeliczny nakaz kochania swoich sąsiadów nie polega jedynie na pomocy potrzebującym – stwierdzają biskupi Anglii i Walii w dokumencie „The Common Good” – ale skierowany jest też na przyczyny ubóstwa”. Godność bowiem wiąże się z posiadaniem określonych praw, które człowiekowi sprawiedliwie przynależą, a nie są wyłącznie kwestią czyjejś dobrej woli. Prawa te piszą dalej biskupi brytyjscy – „obejmują prawo do godziwej pracy, sprawiedliwego wynagrodzenia, bezpiecznego zatrudnienia, odpowiedniego odpoczynku i urlopu, limitowanych godzin pracy, opieki zdrowotnej, tworzenia związków zawodowych i wstępowania do nich i, w ostateczności, strajku”. Jak je zabezpieczyć?

Ilustr.: Ewa Smyk

ilustr.: Ewa Smyk

 

Wszyscy za jednego

Potrzeba przejawów ewangelicznej opiekuńczości istnieć będzie zawsze, ale rozwój katolickiej nauki społecznej, począwszy od „Rerum novarum”, idzie w kierunku poszukiwania takich form organizacji społeczeństwa, by jak najmniej osób było skazanych na korzystanie z jałmużny. W dążeniu do tego celu dużą rolę przyznaje się państwu. „W rzeczy samej – pisze kardynał Marx – nie jest mi znany żaden historyczny przypadek, by wolna gospodarka rynkowa gdziekolwiek w świecie okazała się błogosławieństwem dla ubogich bez jakiegoś stopnia państwowej ingerencji i regulacji”. I dalej: „Tak jak mamy «demokrację obronną», zdolną do powstrzymania nadużywających wolności politycznej, tak też potrzebujemy w pewnym względzie «obronnej społecznej gospodarki rynkowej», zdolnej do powstrzymania tych, którzy nadużywają wolności gospodarczej”. Państwo działające w ten sposób nazywane jest „opiekuńczym” lub „socjalnym”. Uważam, że tych dwóch modeli nie powinno się ze sobą utożsamiać.

Państwo opiekuńcze zajmuje się działalnością charytatywną. Państwo socjalne – polityką socjalną, zmierzającą do zmniejszenia uzależnienia ludzi od opiekuńczości. „Obejmuje ona – pisze w „Chrześcijańskiej nauce społecznej” kardynał Joseph Höffner – szerokie rozproszenie własności, stworzenie i zabezpieczenie wystarczającej liczby miejsc pracy, politykę rodzinną i zdrowotną, wspomaganie instytucji kształcących i nauczających zawodu i ośrodków kształcenia ustawicznego, jak również ochronę środowiska i politykę przestrzenną”. Chodzi o poszukiwanie rozwiązań systemowych i takiego kształtu życia społecznego, który nie byłyby szkodliwy ani dla postępu ludzkości, ani dla rozwoju osobistego. Takie szkodliwe rozwiązania Kościół nazywa „strukturami grzechu”. Tam, gdzie brak „odpowiedniej interwencji państwa w dziedzinie gospodarczej – tu kardynał Marx przypomina myśl Jana XXIII – albo gdzie tego rodzaju działalność jest niedostateczna, kraj wpada w stan nieuleczalnego chaosu, a ludzie możni i pozbawieni przy tym uczciwości wykorzystują niegodziwie nędzę innych dla swego zysku. Takich ludzi nigdy, niestety, nie brak w żadnym kraju, tak jak nie brak kąkolu, zapuszczającego korzenie wśród zbóż”.

Według Jana Pawła II interwencje państwa, usprawiedliwione pilnymi potrzebami, „powinny być w miarę możliwości ograniczone w czasie, by nie odbierać na stałe wspomnianym sektorom i organizacjom przedsiębiorstw właściwych im kompetencji oraz nadmiernie nie poszerzać zakresu interwencji […] ze szkodą dla wolności tak gospodarczej, jak i obywatelskiej”. Z myślą o tym, by interwencje państwa nie szły za daleko i nie ubezwłasnowolniały obywateli, katolicka nauka społeczna przypomina sformułowaną przez Piusa XI zasadę pomocniczości, na gruncie której decyzje powinny być podejmowane na najniższym możliwym szczeblu organizacji państwowej. Pomocniczość jest zasadą organizowania się społeczeństwa w perspektywie wertykalnej, tak jak solidarność jest zasadą organizowania się w perspektywie horyzontalnej, i oznacza, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za każdego z nas.

Zło naszych czasów

Jednym z najskuteczniejszych sposobów umożliwienia ludziom korzystania z należnych im praw jest zapewnienie każdemu możliwości pracy. Stąd, według kardynała Marxa, „w obszarze polityki społecznej na pierwszym miejscu, obok polityki rodzinnej, musi znaleźć się ograniczenie wciąż panującego bezrobocia”. To właśnie bezrobociu poświęcony został raport Komisji Społecznej Episkopatu Francji opublikowany w 1992 roku. „Bezrobocie – napisali autorzy raportu – jawi się jako największe zło naszych czasów i stanowi główną przyczynę społecznego wykluczenia”. Jako jedną z możliwości poprawy sytuacji zaproponowali oni dzielenie się pracą. Natomiast kardynał Höffner, występując przed Konferencją Episkopatu Niemiec w 1985 roku, wyliczył następujące problemy, których rozwiązania nie należy pozostawiać samemu rynkowi: zbyt duże zróżnicowanie dochodów, stała (niespowodowana kryzysem koniunktury) recesja gospodarcza, bezrobocie i ochrona środowiska. Pisząc o bezrobociu, kardynał Marx stwierdził, że potrzeba jego zwalczania jest istotna „nie tylko z moralnego punktu widzenia […], ale i z punktu widzenia zwykłego zdrowego rozsądku. Jeśli nie chcemy, by wykluczeni z naszego społeczeństwa poszli kiedyś na barykady, to musimy zwalczać mechanizmy owego społecznego wykluczenia”.

Praca jest jednym z centralnych elementów katolickiej nauki społecznej, mającym silną podbudowę teologiczną. Nie chodzi tylko o zapewnienie sobie i swojej rodzinie środków potrzebnych do życia. Praca jest twórczym wkładem w kształtowanie człowieczeństwa osoby i otaczającej ją rzeczywistości. Z naciskiem podkreślał to wielokrotnie Jan Paweł II w swych encyklikach: „Praca stanowi podstawowy wymiar człowieka”. „Ma wartość etyczną, bo spełnia ją osoba”. „Jest powinnością, czyli obowiązkiem człowieka, i to w wielorakim tego słowa znaczeniu. Człowiek powinien pracować ze względu na nakaz Stwórcy, jak też na swoje własne człowieczeństwo, którego utrzymanie i rozwój domaga się pracy”. „Ubodzy domagają się prawa do uczestnictwa w użytkowaniu dóbr materialnych i chcą, aby wykorzystywano ich zdolności do pracy w budowaniu świata sprawiedliwego i szczęśliwego dla wszystkich”. Właśnie z tego względu jedną z kardynalnych zasad katolickiej nauki społecznej, jaką jest powszechne przeznaczenie dóbr, należy dopełnić zasadą powszechnego prawa do pracy. Obie zasady powinny być przekładane na praktykę na różne sposoby, zależnie od sytuacji społeczno-gospodarczej oraz lokalnego i kulturowego kontekstu.

We wspomnianym już dokumencie biskupi brytyjscy przypominają, że „zatrudniający mają obowiązek płacenia sprawiedliwej pensji, której poziom powinien uwzględniać nie tylko jej wartość na tak zwanym rynku pracy. Jeśli pracodawcy nie robią tego dobrowolnie, katolicka nauka społeczna dozwala państwu zmuszenie ich do robienia tego przy pomocy ustawowej płacy minimalnej, albo w skali państwa, albo niektórych sektorów. Jest moralnie nie do zaakceptowania dążenie do zmniejszenia bezrobocia przez pozwalanie, żeby płace spadały poniżej progu, na którym zatrudnieni są w stanie żyć na przyzwoitym poziomie”.

Ilustr.: Ewa Smyk

ilustr.: Ewa Smyk

 

Skandal nierówności

Procesy globalizacyjne, których jesteśmy świadkami, powiększają skalę dyskutowanych wyżej problemów społeczno-gospodarczych i generują nowe trudności. Widać to szczególnie wyraźnie w Kościele „południowym”, do którego John Allen zalicza Amerykę Łacińską, Afrykę i Azję. Nasilenie biedy i wykluczania społecznego jest w wielu krajach na tych kontynentach ogromne.

W 2001 roku zgromadzenie ponad trzech tysięcy członków ruchów katolickich w Genui uchwaliło manifest zatytułowany „Katolickie podejście do globalizacji”. Sygnatariusze manifestu postulowali wprowadzenie szeregu międzynarodowych regulacji „umożliwiających biednym krajom łatwiejszy dostęp do rynków, pomoc w spłacaniu długów, stworzenie norm chroniących pracę, zwiększenie wydatków na badania medyczne, zwłaszcza na produkcję lekarstw zwalczających choroby gnębiące biednych, ale także ochronę środowiska i gwarancję pluralizmu mediów”. Na ogłoszenie manifestu w oryginalny sposób zareagowało trzydziestu intelektualistów katolickich, którzy twierdzili, że jest on „podporządkowanym ideologii sloganem grup politycznych i ruchów niemających nic wspólnego z wiarą […], nieuważających za konieczne wspomnieć o tym, że Jezus Chrystus jest jedynym zbawicielem człowieka i że głoszenie tego jest ich fundamentalnym obowiązkiem” (cytuję za książką Allena „Future Church”).

W czasie Konferencji Generalnej Biskupów Ameryki Łacińskiej i Karaibów w 2007 roku stwierdzono między innymi, że „neoliberalny model gospodarki faworyzuje bogate mniejszości kosztem zubożenia większości”. Ostrzegano, że powoduje to „wiele oznak desperacji, a nawet gniewu”. To właśnie na tej konferencji kardynał Jorge Mario Bergoglio piętnował „skandaliczną nierówność, która niszczy zarówno osobistą godność, jak i sprawiedliwość społeczną”. Mówił też: „Niesprawiedliwa dystrybucja dóbr trwa nadal, stwarzając sytuację wołającego o pomstę do nieba grzechu społecznego i ogranicza możliwości pełniejszego życia dla tak wielu naszych braci”. Czytających te słowa nie powinny dziwić dzisiejsze wypowiedzi papieża Franciszka w kwestiach społecznych.

Poprawa sytuacji na peryferiach naszego globu wymaga działań na skalę międzynarodową. Jan Paweł II pisał, że „wzrastające umiędzynarodowienie gospodarki wymaga stworzenia odpowiednich i skutecznych organów kontrolnych i kierowniczych, dzięki którym gospodarka służyłaby dobru wspólnemu”. W tym kontekście biskupi brytyjscy w cytowanym wyżej dokumencie zauważyli, że mimo iż „pomocniczość oznacza głównie przekazywanie władzy w dół, to może ona oznaczać też przekazywanie odpowiednich prerogatyw w górę, nawet ciałom międzynarodowym, jeśli to będzie lepiej służyło dobru wspólnemu, ochronie praw rodziny i jednostki”.

Kwestia wizerunku

Jak starałem się wykazać, opcja na rzecz ubogich wyraża się w dwóch zasadniczych formach: szeroko rozumianej działalności charytatywnej i polityce społecznej. Ta pierwsza jest w naszym kraju rozwijana dzięki ofiarności ludzi uwidaczniającej się przy okazji licznych zbiórek i działalności różnych instytucji opiekuńczych, w tym przede wszystkim Caritasu, ale również takich akcji jak „Szlachetna paczka” księdza Jacka Stryczka czy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jerzego Owsiaka. Dominujący w Polsce nurt liberalny w katolicyzmie stawia na działalność charytatywną, która potrzebuje, w przeciwieństwie do polityki socjalnej, bardziej zachęty niż „nauki”. Tak jakby polityka socjalna w ogóle nie była potrzebna, ponieważ rzekomo zastępuje ją rynek.

Najważniejszy dokument polskiego Episkopatu dotyczący spraw społecznych – „W trosce o człowieka i dobro wspólne” z 2012 roku – wymienia liczne mankamenty naszej sytuacji społeczno-gospodarczej, ale powołując się na zawarte w encyklikach społecznych papieży zasady ogólne, prawie nie przekłada ich na konkretne postulaty. Taki przekład jest konieczny, ponieważ – jak zauważają biskupi brytyjscy – „Kościół nie ma do zaproponowania gotowych modeli: modele, które są realne i naprawdę efektywne, mogą powstać tylko w ramach różnych historycznych sytuacji, przez wysiłki tych wszystkich, którzy odpowiedzialnie konfrontują problemy w ich wszystkich, społecznych, ekonomicznych i kulturowych aspektach współdziałających ze sobą”. Można powiedzieć, że w życiu codziennym katolicka nauka społeczna w Polsce prawie nie istnieje. Niestety, sporo jest, moim zdaniem, prawdy w konstatacji Piotra Ciompy, zawartej w jego artykule „Niewygodne dziedzictwo księdza Jerzego” („Rzeczpospolita”, 6–7 grudnia 2014): „Kościół w Polsce praktycznie pogodził się z brutalnością kapitalizmu, nawet jeśli czasem ze względów wizerunkowych przebąkuje o sprawiedliwości społecznej”.

Podejrzewam, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest „lewicowość” nauki społecznej Kościoła, wyrażająca się w takich imperatywach jak solidarność i sprawiedliwość społeczna. Mówienie o tej drugiej jeszcze niedawno uchodziło za przejaw tęsknoty za PRL-em. Rozwijając w polskim kontekście katolicką naukę społeczną, trzeba pogodzić się z tym, że będzie się oskarżanym o tak pojmowaną lewicowość.

***

Na zakończenie dwa fragmenty cytowanej już książki kardynała Reinharda Marxa:

Katolicka nauka społeczna uznaje konieczność silnego państwa, które – zgodnie z zasadą solidarności musi bronić interesów wszystkich obywateli, zwłaszcza tych, którzy nie uczestniczą (jeszcze lub już) w wydarzeniach na rynku i w procesie pracy. Nikt nie może być wyłączony ze społeczeństwa solidarności: ani starzy, ani chorzy, ani bezrobotni, ani rodziny, ani też przyszłe pokolenia.

Katolicka nauka społeczna ma określone idee przewodnie […]. Te idee konfrontuje z każdorazową rzeczywistością historyczną, nie twierdząc jednak, jakoby możliwe było ustanowienie dla ludzi  jakiegoś doskonałego porządku. Chodzi raczej o stałe ulepszanie struktur społecznych w dążeniu ku coraz sprawiedliwszemu społeczeństwu. Dlatego też bywa określana jako „zbiór otwartych zadań”.

***

Tytuł artykułu stanowi nawiązanie do fragmentu Ewangelii według świętego Łukasza (Łk 16,3).