dwutygodnik internetowy
18.04.2016
magazyn papierowy


Poza państwem nie ma zbawienia

Państwo silne może być państwem wspierającym wspólnoty lokalne czy inicjatywy oddolne, często gwarantując ich rozwój – chroniąc je choćby w starciu z wielkim biznesem. Jedna dobra decyzja władz publicznych ma bowiem większy wpływ na rzeczywistość niż szeroko zakrojone wysiłki oddolne.

ilustr.: Anna Libera

ilustr.: Anna Libera

Artykuł pochodzi z 30. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Dobra wspólne”.

***

1.

Dziś, gdy możemy – na forum innym niż media niszowe i radykalne – po latach cielęcego zachwytu neoliberalizmem, wolnym rynkiem, ekonomią neoklasyczną, znów rozmawiać o pełnym katalogu problemów współczesnego świata, jasne jest, że stoją przed nami ogromne wyzwania. Czy będą to olbrzymie nierówności społeczne wewnątrz krajów i w skali globu, czy wyczerpywanie się surowców i zagrożenia ekologiczne, czy obniżanie standardów zatrudnienia i swoisty „wyścig na dno” w kwestii zmniejszania pensji i „kosztów pracy”, czy jedna z wielu innych bolączek – są to już elementy wiedzy powszechnej, przynajmniej wśród osób choć trochę zainteresowanych życiem publicznym.

Skala tych zjawisk, pieczołowicie opisywana za pomocą cyfr i przedstawiana zwykle w postaci komunikatów mniej lub bardziej katastroficznych, pozostawia nas zwykle w poczuciu bezradności. Co właściwie mamy zrobić, gdy czytamy, że ten czy inny miliarder, grupa kapitałowa lub bankowa albo któraś z wielkich korporacji dysponują majątkiem większym niż stan posiadania milionów ludzi czy budżety poszczególnych państw, niekoniecznie tych najbiedniejszych i najmniejszych? Właściwie nic. Możemy bezradnie rozłożyć ręce.

Możemy też uznać, że „małe jest piękne”, „nie zmieniaj świata – zacznij od siebie”, więc należy zaangażować się w aktywność „lokalną” i/lub „oddolną”. Możemy wreszcie marzyć o zmianie globalnej, gdy za sprawą jakiegoś przewrotu umysłowego, rewolucji, masowej mobilizacji społecznej lub aktywności ponadnarodowych organizacji oblicze ziemi odmieni się na lepsze.

Co ciekawe, w narracji i aktywności wielu środowisk prospołecznych postawy te – „lokalna” i „globalna” – nie tylko się nie wykluczają, lecz zwykle stanowią swoje dopełnienie. Z setek i tysięcy lokalnych inicjatyw, postaw i wyborów pojedynczych osób (choćby decyzji konsumenckich), powstać ma zmiana o charakterze globalnym i systemowym. Lokalna różnorodność, oryginalność, niepowtarzalność – cechy modne i cenione we wspomnianych środowiskach – mają w jakiś tajemniczy sposób stopić się w masowy, jednolity proces ponad granicami, podziałami, zróżnicowaniem.

W tym wszystkim niewiele jest miejsca na formułę pośrednią, a przecież dobrze znaną i wielokrotnie sprawdzoną – politykę demokratycznego państwa.

2.

Państwo nie ma dziś dobrej prasy w środowiskach szeroko pojętej lewicy. Koszmar komunizmu i faszyzmu (oraz autorytaryzmów będących wersjami soft tamtych reżimów czy ustrojów) skompromitował na wiele lat i dekad silną władzę. W dodatku, gdy mówimy „państwo”, chcąc nie chcąc, myślimy „narodowe”, bo tylko takie państwa są rzeczywistością (nawet przy założeniu, że inaczej rozumiemy naród w Polsce, inaczej we Francji, a jeszcze inaczej w krajach na przykład Ameryki Łacińskiej). Naród zaś, po epoce czystek etnicznych oraz w obliczu powracającej fali etnocentryzmu i ksenofobii, też nie ma dobrej prasy.

W epoce neoliberalnej nie było lepiej. Państwo „nie miało” na zasiłki dla bezrobotnych, lecz miało na wspieranie koncernów albo banków „zbyt-wielkich-by-upaść”. „Nierentowne” były w nim publiczna służba zdrowia czy system edukacyjny, ale nigdy nie brakło na militarystyczne awantury, aparat represji czy inwigilacji. Jak tu zatem nie uwierzyć w tezę z „Manifestu komunistycznego”, która głosiła, iż „Współczesna władza państwowa jest jedynie komitetem zarządzającym wspólnymi interesami całej klasy burżuazyjnej”? Przy czym skrzętnie przeocza się dzisiaj fakt, iż „współczesna” w tym stwierdzeniu odnosiło się do rzeczywistości połowy XIX wieku, gdy państwo ludowe, czyli demokratyczne, było niezbyt realnym ideałem, nie rzeczywistością.

Spośród propaństwowych lewicowych nurtów skompromitował się nie tylko komunizm, ale także socjaldemokracja. Wędruje ona w ostatnich dekadach po bezdrożach „trzecich dróg”, za sloganami o modernizacji doktryny w obliczu przemian rzeczywistości skrzętnie kryjąc porzucanie ideowych aksjomatów oraz ochocze wspieranie projektów neoliberalnych.

I znów natrafiamy na paradoks. Oto rozmaite „lewice antyautorytarne” sytuują się w opozycji wobec „trzeciodrogowej” socjaldemokracji, oskarżając ją o zdradę ideałów. Nie widzą lub widzieć nie chcą, że hołdują tym samym co ona postawom i diagnozom – być może w ich mniej pragmatycznej wersji – i w konsekwencji popełniają te same błędy.

Socjaldemokracja spod znaku Blaira i Schroedera nie ufa państwu – jest „wolnościowa”, sceptyczna wobec „silnej władzy” i jej „ingerencji”, ceni bowiem indywidualizm i różnorodność, a nad państwo przedkłada „społeczeństwo obywatelskie”. Zamiast niemodnych tożsamości i interesów klasowych woli mówić o stylu życia, nowych ruchach społecznych czy tak nieokreślonych zbiorowościach, jak na przykład kobiety (tak jakby coś istotnego łączyło w XXI wieku Grażynę Kulczyk i sprzątaczkę zatrudnioną za grosze na umowie o dzieło).

Zarówno lewice antyautorytarne, jak i socjaldemokracja spod znaku „trzeciej drogi” – mimo wielu dzielących je różnic – podzielają niechęć wobec państwa i jego instytucji. Zachowują też dystans wobec przekonania, że polityka państwowa może być odpowiedzią na problemy kluczowe z punktu widzenia lewicy. Jedni w imię tego prywatyzują i „uelastyczniają”, drudzy są „oddolni” i „antyautorytarni”, ale wspólnie tworzą klimat ideowy, w którym trudno o lokowanie w państwie nadziei na pozytywne przeobrażenia społeczne.

3.

Dzisiejsza lewica jest w znacznej mierze ideowym dzieckiem rewolty roku 1968. Trudno powiedzieć, czy mogło być inaczej. Postindustrialna gospodarka, odchodząca na bogatej Północy od masowych i jednolitych procesów wytwórczych, gigantyczny rozwój mediów i mobilności, zróżnicowanie kulturowe i podział społeczeństwa na „plemiona” zorganizowane już nie wokół pracy czy miejsca zamieszkania, lecz w odniesieniu do postaw, hobby czy wyborów konsumenckich – wszystko to musiało zmienić także samą lewicę, jej tożsamość czy punkty odniesienia. Jednym ze skutków dziedzictwa ’68 jest znaczny wzrost niechęci lewicy wobec państwa i jego struktur. Jego „skostniałości”, „biurokratyzmowi”, „przymusowi”, „odgórności” przeciwstawia się „spontaniczność”, „antyautorytaryzm”, „oddolność”, utrzymując dystans wobec polityki systemowej i instytucjonalnej.

Nie dziwi to, gdy znamy dorobek teoretyczny czołowych ideologów ’68. Nie dziwi, gdy wiemy, że ówczesna rewolta, szczególnie w USA, była mocno nasycona wątkami nie tylko lewicowymi, ale także libertariańskimi, o czym dzisiaj nie chce się pamiętać ani po lewej, ani po prawej stronie sceny politycznej. Tony Judt w „Źle ma się kraj” tak portretował młodzieżową rewoltę ’68 na tle zbliżającej się ofensywy neoliberalnej: „Niepisany konsensus lat powojennych pękał; wyłaniało się nowe, zdecydowanie nienaturalne porozumienie skoncentrowane wokół prywatnego interesu. Młodzi radykałowie [lewicowi – przyp. aut.] nigdy nie określiliby swych celów w ten sposób, ale najsilniejsze emocje budziło w nich właśnie rozróżnianie pomiędzy chwalebną wolnością prywatną a drażniącymi ograniczeniami publicznymi. Ironia polegała na tym, że dokładnie to samo rozróżnienie stało się fundamentem wyłaniającej się nowej prawicy”.

4.

Oczywiście nurty sceptyczne wobec państwa istniały na lewicy „od zawsze”. Po pierwsze jednak, powstały one w zupełnie innych realiach ustrojowych – w państwach, których struktura, sposób kooptacji elit czy systemy wyborcze (albo ich brak) rzeczywiście wspierały politykę elitarną i warstwy posiadające, a lewicę zwykle czynnie zwalczały oraz przeciwdziałały realizacji jej postulatów. Po drugie, nurty te, jak na przykład anarchizm, rozwijały się wówczas w sytuacji mobilizacji politycznej w łonie ruchów masowych, w wielkich społecznościach robotniczych. Społeczności te były zresztą nierzadko w sensie strukturalnym bardzo tradycyjne – realia ruchu robotniczego z XIX i początków XX wieku to, gdy mowa o zwykłych uczestnikach, zazwyczaj środowisko patriarchalnej rodziny, kontroli środowiskowej i schematycznego stylu życia podzielanego z tysiącami podobnych rodzin. Sama struktura gospodarki przemysłowej pozwalała wierzyć, że możliwy jest świat, w którym masy społeczne zorganizują się oddolnie, przejmą kontrolę nad środkami produkcji i obejdą się bez tyrańskiego państwa pozostającego na usługach posiadaczy, elit i prawicy.

Dziś natomiast mamy po jednej stronie obóz Kapitału, silny i wpływowy jak nigdy dotąd, po drugiej natomiast zatomizowane, „zdecentralizowane” w kwestii udziału w rynku pracy (mikrofirmy, częste zmiany pracy, różnorodność form kontraktu z pracodawcą), podzielone na setki „sekt” kulturowych indywidualistyczno-egoistyczne społeczeństwo. Nawet jeśli mobilizuje się ono we wspólnej sprawie, to na chwilę, zadaniowo, w sposób nietrwały, bo silnego spoiwa coraz bardziej brakuje. Resztki dawnego świata, jak choćby społeczności lokalne, mogą oczywiście temuż Kapitałowi stawiać opór w poszczególnych sprawach, ale w ujęciu całościowym przypomina to zapasy mrówki ze słoniem. A wiele wskazuje na to, że dysproporcja sił będzie się raczej pogłębiać.

5.

Masy ludowe wiele zawdzięczają samym sobie, własnej walce, ofiarom, odwadze, pomysłowości i umiejętnościom mobilizacji. Byłoby jednak historycznym fałszem przemilczanie faktu, że wiele zawdzięczają także państwu, jego instytucjom, decyzjom rządów i poczynaniom aparatu biurokratycznego. Powszechna oświata, opieka medyczna i profilaktyka, pomoc socjalna, ochrona konsumentów, stworzenie czy wsparcie rozbudowy infrastruktury (od tak podstawowej jak wodociągi i kanalizacja po Internet) – to wszystko i wiele innych zdobyczy cywilizacyjnych nie byłoby możliwe w ogóle lub na tak dużą skalę bez państwa i jego agend. Mitem jest przekonanie podzielane pospołu przez liberałów i lewicę „oddolną”, że skoro to wszystko stworzono „za nasze pieniądze” i w imię potrzeb społecznych, zatem powstałoby i bez państwa. Nie powstałoby w ogóle, w takim zakresie, tak szybko lub tak niewielkim kosztem, bo dopiero masowy zakres przedsięwzięcia i jego ponadlokalna koordynacja dają to, co ekonomiści nazywają „efektem skali”. Z tych samych względów mały lokalny sklepik zwykle nie jest w stanie zaoferować tak niskich cen jak supermarket wielkiej sieci handlowej.

Nie sposób też pominąć roli odgórnego i powszechnego prawodawstwa. Oddolnie nie jest możliwa nie tylko taka skala akceptacji i przestrzegania przyjętych rozwiązań, ale także ich neutralność i niezależność od lokalnych uwarunkowań kulturowych i od nierzadko dusznego klimatu układów, nagiej siły, sobiepaństwa czy ugruntowanego obyczaju. Jakkolwiek państwo może czynić zło, to zarazem jedna dobra decyzja władz publicznych będzie miała większy wpływ na rzeczywistość niż ogromne i szeroko zakrojone wysiłki oddolne. Weźmy choćby tak popularne obecnie inicjatywy spod znaku „wyborów konsumenckich” – prosty zakaz stosowania oleju palmowego w produkcji spożywczej czy wysokie opodatkowanie jednorazowych opakowań miałyby nieporównanie większy wpływ na sytuację ekologiczną niż pozostawianie tych spraw w rękach obywateli.

Zręby naszej cywilizacji w sferze jej najlepszych zdobyczy prospołecznych to efekt decyzji i poczynań państwa. Czasami wymuszonych przez oddolny nacisk społeczny, czasami wprowadzonych odgórnie, przez „biurokratów” i „ekspertów” w trosce o interes publiczny i obywateli.

Warto w tym miejscu powiedzieć kilka słów o dość popularnym micie pokutującym wśród lewicy. Wedle niego głównym motorem napędowym zmian prospołecznych w krajach Zachodu była ideowopolityczna i militarna konkurencja ze strony ZSRR. Masom ludowym ustępowano tylko dlatego, że elity władzy i pieniądza krajów kapitalistycznych czuły na karku sowiecki oddech. Analiza największych reform społecznych XX wieku każe w to mocno powątpiewać.

Zanim jeszcze powstał ZSRR, w krajach Zachodu już przeprowadzano reformy socjalne, poczynając od skrócenia czasu pracy i polepszenia jej warunków, przez wprowadzenie powszechnych systemów emerytalnych czy rozwój praw obywatelskich, a kończąc na pierwszych inicjatywach w rodzaju publicznych programów mieszkaniowych czy oświatowych. Zanim ZSRR stało się ważnym graczem polityki globalnej, było prowincjonalnym, zapóźnionym krajem. Tymczasem daleko posunięte reformy socjalne i propracownicze przypadają na przykład w Skandynawii na początek lat 20., w tej samej dekadzie zapoczątkowano brytyjski program masowego budownictwa mieszkaniowego. Wielki Kryzys gospodarczy początku lat 30. przyniósł New Deal w tradycyjnie wolnorynkowych Stanach Zjednoczonych i analogiczne programy w krajach europejskich (między innymi w Belgii i Francji).

ZSRR nie był wówczas postrzegany jako zagrożenie tak realne i namacalne dla Zachodu, żeby w jego imię dokonać posunięć obciążających kieszenie elit, a służących warstwom ludowym. Szeroko zakrojony system reform socjalnych w Wielkiej Brytanii, znany jak Plan Beveridge’a (jego autor był umiarkowanym liberałem), zaczęto tworzyć w momencie, gdy sowiecka Rosja resztkami sił broniła się przed docierającymi pod Moskwę wojskami Hitlera i to na pewno nie ona odegrała tu rolę straszaka. Podobnie było z pierwszymi powojennymi reformami społecznymi, które w Wielkiej Brytanii przybrały ogromną skalę. Jakkolwiek „czerwone niebezpieczeństwo” brano pod uwagę w czasach zimnej wojny, to kluczową przesłanką dokonywanych zmian była refleksja leżąca już u podstaw wspomnianego planu Beveridge’a i dość powszechna w krajach alianckich. Było nią przekonanie, że hekatomba II wojny światowej została ufundowana na gruncie niesprawiedliwych stosunków społecznych oraz niedostatków materialnych szerokich mas. „Nigdy więcej wojny” było w tej narracji tożsame z przekonaniem, że „Nigdy więcej złych warunków socjalnych”, które zaowocowały faszyzmem i militarnym szaleństwem.

Gdy mówimy o nowoczesnych państwach demokratycznych, trudno znaleźć w dziejach jakąkolwiek strukturę, formułę czy inicjatywę, którym tak wielu zawdzięczałoby tak wiele.

ilustr.: Anna Libera

ilustr.: Anna Libera

6.

Państwo stanowi w tak dużej skali jedyną realną i trwałą wspólnotę zarówno języka i kultury, jak i – przynajmniej potencjalnie – solidarności, troski i wzajemnej odpowiedzialności. Czy to się nam podoba, czy nie, identyfikacja z ojczyzną, z jej etosem, ze współobywatelami, z towarzyszącą temu organizacją państwową i jej instytucjami jest właściwie jedynym trwałym punktem odniesienia mas ludowych ponad rozmaitymi podziałami. Co więcej, „ten kraj” i jego struktura organizacyjna są dla nich zazwyczaj znacznie bliższą, bardziej namacalną rzeczywistością niż dla elit. Sytuacja ekonomiczna i związana z nią mniejsza mobilność społeczna, kulturowa czy przestrzenna sprawiają, że patriotyzm czy identyfikacja narodowo-państwowa są w kręgach masowych bardziej powszechne niż w innych warstwach.

Należy też podkreślić, że państwo narodowe to wciąż największa i najszerzej zakrojona instytucja demokratyczna. Nawet w epoce rozmaitych niedostatków partycypacji społecznej wciąż o wiele bardziej podlega ona wpływowi obywateli niż ponadnarodowe – kontynentalne czy globalne – podmioty, organizacje i rozwiązania. Nie jest przypadkiem, że najszerzej zakrojone i najbardziej trwałe inicjatywy alternatywne wobec istniejącego porządku przybierają postać quasi-państwa, jak choćby w przypadku oddolnej i wolnościowej rewolty Zapatystów w meksykańskim stanie Chiapas. Współczesne państwa demokratyczne nie przestały w wielu aspektach swego funkcjonowania służyć interesom klasowym warstw posiadających. Wciąż możliwa jest jednak zmiana takiego stanu rzeczy – znakomitym przykładem daleko posuniętych przeobrażeń w tej kwestii, już przynoszących ogromne zmiany na lepsze w życiu milionów ludzi, jest lewicowa fala w Ameryce Południowej w ciągu ostatniej dekady czy półtora.

Oczywiście, orientacja na państwo nie przekreśla sensu jednoczesnych orientacji ani „w górę” (instytucje ponadnarodowe, rozwiązania globalne i tym podobne), ani „w dół” (społeczności lokalne, ruchy społeczne i tak dalej), gdy mogą one lepiej rozwiązywać rozmaite problemy czy wspierać pożądany kierunek zmian.

7.

Państwo silne nie oznacza i oznaczać nie powinno państwa omnipotentnego. Państwo silne może być państwem obywatelskim i wspierającym wspólnoty lokalne czy inicjatywy oddolne, jak dzieje się choćby w krajach „socjaldemokratycznej” Północy. W Skandynawii silne państwo, angażujące się w wiele sfer życia obywateli, nie sprawia, że mniejsze jest ich zaangażowanie w aktywność społeczną – czy to będzie udział w życiu wspólnot lokalnych, czy w działaniach organizacji pozarządowych, czy w różnych inicjatywach nieformalnych. Ba, nierzadko to właśnie silne państwo gwarantuje trwanie i rozwój takich podmiotów i poczynań. Po pierwsze, zdejmuje z barków mnóstwo trosk codziennego życia, pozostawiając więcej czasu i energii na wszystko to, co czyni ludzi aktywnymi obywatelami. Po drugie, różne instytucje i rozwiązania publiczne chronią jednostki i przejawy ich zbiorowej aktywności w starciu na przykład z wielkim biznesem czy przed różnymi formami sitwiarstwa (w Polsce znanego choćby z działalności Henryka Stokłosy, który lokalną społeczność tak przekupił i zastraszył, że przez długie lata bezkarnie eksploatował region z poparciem społecznym).

Państwo chroni też inicjatywy oddolne przed samoczynną degeneracją – kto choć otarł się o ruchy społeczne czy organizacje pozarządowe w Polsce, musiał widzieć, jak w cieniu zaklęć o szlachetnych celach, demokracji czy równości rozkwitają prywatne fortunki czy księstwa udzielne liderów popieranych przez „swoich ludzi” w zamian za rozmaite profity. O realnej demokracji czy równości w sprawie na przykład warunków zatrudnienia nie ma mowy. Zwolennicy oddolności lubią zapominać, że oprócz jawnej dyktatury szpady istnieje niejawna i niepoddająca się kontroli dyktatura sztyletu, której trwałość i dotkliwość dla ofiar nie musi być mniejsza i opierać się na odgórnym przymusie, lecz na przykład na rozmaitych metodach manipulacji czy braku jasnych i egzekwowalnych reguł.

Chcąc mieć legitymizację społeczną, państwo musi realnie służyć obywatelom, być nie tylko demokratyczne, praworządne i szanujące autonomię jednostek i grup, ale także mieć wymiar socjalny, czyli oferować realne wsparcie szerokim rzeszom obywateli. Państwa faktycznie silnego nie buduje się frazesami, propagandą czy pokazowymi inicjatywami. Nie przypadkiem potężne reżimy, totalitarne czy autorytarne, zazwyczaj rozsypywały się jak domki z kart, gdy nie starczało już im siły na represje i przymus wobec własnych obywateli.

8.

Lewica antyautorytarna ma duże zasługi we wskazywaniu degeneracji państwa, jego rozrostu dla samego rozrostu. Wielokrotnie piętnowała ona niepotrzebne wtrącanie się w życie obywateli, krępowanie ich wysiłków, marnowanie środków, a także odchodzenie instytucji publicznych od służenia dobru ogólnemu na rzecz realizowania interesów wpływowych i silnych grup. Owszem, część antypaństwowej i „wolnościowej” agendy wiedzie na manowce mrzonek utopijnych czy będących na rękę liberalno-biznesowym przeciwnikom państwa i dobra wspólnego. Krytyczna analiza poczynań państwa, formułowana z pozycji prospołecznych i egalitarnych, stanowi jednak swego rodzaju bezpiecznik. Silne państwo nie tylko może, ale i powinno akceptować patrzenie mu na ręce – prawdziwa cnota krytyk się boi.

9.

Ostatnie słowo niech powie ktoś inny. Richard Rorty w „Spełnianiu obietnicy naszego kraju”, jednej z najlepszych diagnoz kondycji współczesnej lewicy i jej słabości, pisał w kontrze do dzisiejszych tendencji: „Kulturowa lewica wydaje się często przekonana, że państwo narodowe jest czymś, co wyszło z użycia, i dlatego nie ma sensu pobudzanie polityki narodowej. Kłopot z tym twierdzeniem polega na tym, że rząd naszego państwa narodowego będzie w przewidywalnej przyszłości jedynym podmiotem zdolnym do zmiany zakresu egoizmu i sadyzmu, które dotykają Amerykanów. (…) pozostaje ono [państwo narodowe] bytem, który podejmuje decyzje co do społecznych korzyści, a tym samym co do społecznej sprawiedliwości. Dzisiejszy zwyczaj lewicy wychodzenia poza to, co narodowe, i brania pod uwagę [tylko] polityki globalnej jest tak samo bezużyteczny jak kiedyś wiara w Marksowską filozofię historii, której stało się to substytutem. I jedno, i drugie jest tak samo pozbawione znaczenia w odniesieniu do kwestii zapobiegania ponownemu pojawieniu się kast dziedzicznych czy też ponownemu wykorzystaniu resentymentu społecznego przez prawicowych populistów”.