dwutygodnik internetowy
8.05.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Powszechne poczucie dyskomfortu

Jeżeli nie ulegnie się dogmatowi przesadnie wyestetyzowanej przestrzeni miejskiej ani moralnej panice w obliczu „bezdomnego-przestępcy”, można skupić wysiłki na stworzeniu przestrzeni wspólnej, która odpowiadałaby na potrzeby bezdomnych.

ilustr.: Antek Sieczkowski

ilustr.: Antek Sieczkowski

Tekst pochodzi z 33. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Bezdomność”.

Według raportu European Observatory on Homelessness z 2006 roku, w ciągu ostatniego ćwierćwiecza w tkance europejskich miast zdążyły zadomowić się nowe mechanizmy kontroli przestrzeni. Mieszkańców od dawna nie dziwią wszechobecne kamery monitoringu ani nadzór pracowników firm ochroniarskich, którzy decydują o tym, kto może przebywać na pozostającym pod ich kontrolą terenie, a kto powinien zostać z niego usunięty. W osobistym doświadczeniu większości czytelników tego artykułu podobne metody nie muszą się wcale jawić jako opresyjne – nazywa się je przecież „środkami bezpieczeństwa”. Ich ofiarą padają jednak bezdomni, którzy z konieczności żyją przede wszystkim w przestrzeni publicznej i zarazem są z tej przestrzeni przepędzani, jeśli tylko staną się nazbyt widoczni.

Znajdując się w pozycji władzy, można wedle uznania nie wpuścić osoby bezdomnej na pasaż galerii handlowej albo wygonić ją z dworcowej poczekalni. Z jednej strony, wpisuje się to w kryminalizującą ubóstwo neoliberalną opowieść o tym, że każdy ubogi jest z założenia potencjalnym przestępcą. Z drugiej – robi się to w imię… Właśnie, w imię czego? Sądzę, że najdobitniej ujmuje to jeden z punktów ustanowionego przez Polskie Koleje Państwowe ogólnego „Regulaminu korzystania z dworca kolejowego”. Przepis głosi, iż na terenie obiektu zabronione jest utrudnianie podróżnym korzystania z dworca przez osoby wywołujące powszechne poczucie dyskomfortu”.

Określona w ten sposób norma jest z góry nastawiona na stworzenie odmieńca. Źródłem „powszechnego poczucia dyskomfortu” nie jest konkretne zachowanie, stan albo czyn, lecz osoba sama w sobie. Choć nie sposób napisać tego wprost w języku przepisów porządkowych, a pod regulaminową kategorię w pewnych okolicznościach podpaść może każdy, punkt ten stanowi przede wszystkim środek do walki z osobami bezdomnymi. Trudno jednak stwierdzić, o jakie dokładnie „poczucie dyskomfortu” chodzi: wywołane „niewłaściwym” wyglądem przebywającego na dworcu bezdomnego, zapachem osoby pozbawionej stałego dostępu do sanitariatu czy wreszcie wyrzutami sumienia na widok człowieka dotkniętego bezdomnością.

Jak wiele można zrobić w przestrzeni publicznej w imię „powszechnego poczucia komfortu”? Okazuje się, że bardzo wiele.

Ławki, rampy i klatki

Począwszy od usankcjonowanego przepisami wyrzucania ludzi bezdomnych z pojazdów komunikacji miejskiej – jak działo się choćby w Warszawie – a skończywszy na architektonicznym trendzie, zgodnie z którym pewne miejsca tworzy się lub przetwarza w taki sposób, by nie mogły stać się przestrzenią spotkania, nie brakuje licznych przykładów ingerencji w przestrzeń, obliczonych na to, by nie dopuścić do niej osób bezdomnych. Niektóre z nich przybrały karykaturalne i okrutne formy.

Co łączy galerię handlową we francuskim Angoulême, luksusowy apartamentowiec w centrum Londynu, schody przed wejściem do banku w Liverpoolu i przystanek tramwajowy przed szczecińskim Dworcem Głównym? W każdym z wymienionych miejsc w samym tylko 2014 roku zastosowano szykany mające na celu wykluczenie z grona ich użytkowników niechcianego „innego” – bezdomnego.

[Sierpień, ławka, Szczecin] – Na przystanku tramwajowym przed wyremontowanym Dworcem Głównym w Szczecinie pod nowoczesną wiatą zamiast ławek zostały zamontowane nachylone pod kątem wąskie podpórki, na których nie da się usiąść ani tym bardziej położyć. Taki zabieg konstrukcyjny został wybrany z myślą o szczecińskich bezdomnych, którzy często przebywają w okolicach dworca. Podobne „rozwiązania” stosowane są w także innych miastach. W miejscach publicznych pojawiają się między innymi ławki tak wąskie, wysklepione i podzielone poręczami, że na ich siedziskach nie może położyć się dorosły człowiek.

[Listopad, schody, Liverpool] – Na kamiennych schodach o równych, szerokich stopniach, prowadzących do drzwi jednej z placówek Bank of England, przez dłuższy czas nocowali bezdomni. Zostały one jednak obudowane gładką metalową rampą. Co znamienne, w tym samym czasie oddział banku był okresowo nieczynny – bezdomni zostali więc przepędzeni „dla zasady”.

[Grudzień, klatki, Angoulême] – Zimą władze miasta położonego na południu Francji postanowiły pozbyć się osób bezdomnych z ulicy przylegającej do jednej z galerii handlowych. W Wigilię Bożego Narodzenia ławki stojące naprzeciwko sklepów zostały więc ogrodzone drucianymi klatkami – podobno w porozumieniu z okolicznymi sprzedawcami.

ilustr.: Antek Sieczkowski

ilustr.: Antek Sieczkowski

Wykluczeni z opowieści

Kiedy próbowałem choćby powierzchownie zrozumieć i objąć teoretyczną ramą wspomniane przykłady wykluczających mechanizmów, w pierwszej kolejności nasuwały mi się skojarzenia z technikami władzy dyscyplinarnej, opisanymi przez Michela Foucaulta w słynnej pracy „Nadzorować i karać”. Były to jednak błędne konotacje. Nie chodzi bowiem o to, by bezdomnego nadzorować ani go ukarać. Foucaultowskie dyscyplinowanie ciała miało służyć przede wszystkim wytworzeniu człowieka działającego w wystandaryzowany i skuteczny sposób. Przynajmniej w założeniu było to działanie motywowane jego dobrem. Opisywanymi przez autora przykładami dyscyplinujących schematów, tresur i rygorów były przecież między innymi szkoła i szpital. W logice przestrzennych szykan chodzi zaś o to, by odpędzić i odgrodzić od siebie bezdomnego. Tak, aby nawet się z nim nie zetknąć. Nie jest istotne jak żyje i kim jest, byle nie był na widoku.

Opisane dotąd opresyjne ingerencje, choć dotyczą bezpośrednio przestrzeni, jak w soczewce skupiają w sobie mnogość wykluczeń, którym podlegają osoby bezdomne. Mowa tu o wykluczeniu z więzi społecznych, ekonomicznych (warunkujących życie w publicznych przestrzeniach miasta) i politycznych. Może przede wszystkim widoczne w przytoczonych sytuacjach jest jednak wykluczenie osób bezdomnych z uczestnictwa w dyskursie. Bezdomny nie dysponuje głosem nawet we własnej sprawie. W sytuacji konfliktu jego opór, wyrażona potrzeba czy prośba nie są uznawane przez drugą stronę – ochroniarza, strażnika miejskiego, kierowcę autobusu, przechodnia – za prawomocne. Osoby bezdomne rzadko mają też szansę na stanie się współtwórcami społecznej opowieści o sobie samych (czy to jako o jednostkach, czy o grupie).

ilustr.: Antek Sieczkowski

ilustr.: Antek Sieczkowski

Kolce na bezdomnych

Spośród przeczytanych przeze mnie tekstów, dotyczących poszczególnych przypadków przestrzennych opresji wobec osób bezdomnych, tylko jeden przytaczał wypowiedzi człowieka sypiającego na dworcu. Zwykle, niezależnie od wygłaszanego zdania, mówi się „w ich imieniu”, od czego mój tekst nie jest zresztą wyjątkiem. Narracja o bezdomnych, tworzona bez ich udziału, łatwo potrafi osunąć się w potworność. Czytając prasowe wzmianki, pokusiłem się także o przejrzenie komentarzy znajdujących się pod artykułami. Znalazłem w nich całą paletę pretensji.

[Czerwiec, kolce, Londyn] – Jaskrawą konsekwencją takiego myślenia o problemie bezdomności może być sytuacja, która miała miejsce dwa i pół roku temu przy Southwark Bridge Road w Londynie. Przy zadaszonym wejściu na klatkę schodową jednego z apartamentowców administracja budynku przytwierdziła do podłoża metalowe kolce. Jak później tłumaczyli mieszkańcy, były one reakcją na fakt dostrzeżenia kilka tygodni wcześniej bezdomnego nocującego w tym miejscu. Fotografia kolców umieszczona w sieci przez jednego z oburzonych londyńczyków wywołała protest pod hasłem „Homes, Not Spikes”, a ówczesny burmistrz miasta potępił działanie dewelopera. Zamontowanie ostrych ćwieków w zakamarkach zadaszonego wejścia do złudzenia przypomina sposób, w jaki odstrasza się gołębie z parapetów. Widzę w tym akcie wymowne symboliczne odczłowieczenie osoby bezdomnej.

Dehumanizacja na poziomie myślenia pozwala na konflikt, w którym potrzeba komfortu posiadających mieszkanie pasażerów komunikacji miejskiej i kolei, klientów centrów handlowych oraz zarządców obiektów góruje nad podstawowymi potrzebami ludzi pozbawionych dachu nad głową. Estetyczne staje przeciwko etycznemu.

Nie musi tak być. Jeżeli nie ulegnie się dogmatowi przesadnie wyestetyzowanej przestrzeni miejskiej ani moralnej panice w obliczu „bezdomnego-przestępcy”, można – obok konwencjonalnych działań na rzecz walki z bezdomnością – skupić wysiłki decydentów i projektantów na stworzeniu przestrzeni wspólnej, która odpowiadałaby, choćby w drobnym stopniu, na potrzeby bezdomnych. Przykład takiego działania mogłyby stanowić umieszczone w kilku kanadyjskich miastach ławki z rozkładanym zadaszeniem, pod którymi bezdomni mogli schronić się przed deszczem. Od zewnętrznej strony „daszków” widniały hasła zwracające uwagę na problem bezdomności. Od wewnątrz zaś wypisane zostały informacje kontaktowe do organizacji pomagającej osobom bezdomnym w zdobyciu mieszkania.