dwutygodnik internetowy
09.03.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Powstanie, którego nie było

Ruchy miejskie poniosły w Warszawie polityczną klęskę, ale klęskę ciekawą. Aktywiści, działacze, pieniacze, anarchiści, partyzanci miejscy, powstańcy – to niektóre spośród określeń, które przewinęły się w opisach działań stowarzyszenia Miasto jest Nasze i Porozumienia Ruchów Miejskich.

 

Ilustr.: Jan Libera

Ilustr.: Jan Libera

Tekstem Kamila Lipińskiego, redaktora “Kontaktu” i działacza Miasto Jest Nasze, z 27. numeru naszego kwartalnika pt. “Niema bieda”, rozpoczynamy cykl tekstów dotyczących wzlotów i upadków ruchów miejskich. W następnych wydaniach opublikujemy wywiady Arka Gruszczyńskiego z Krzysztofem Nawratkiem, na temat ich społecznej bazy, oraz z Joanną Erbel, na temat praktycznych dylematów, przed którymi stawały podczas ostatnich wyborów samorządowych. Zapraszamy do lektury!

***

Miasto jest Nasze, stowarzyszenie, którego byłem aktywnym członkiem przez ostatni rok, zostało założone przez ludzi niezależnych od partyjnej polityki, chcących realizować swoją wizję rozwoju miasta wspólnie z mieszkańcami i z myślą o mieszkańcach. Te nie tak znowu ambitne cele, przyświecające przecież wielu organizacjom pozarządowym, postanowiliśmy podjąć w nowy sposób: zdobywając władzę. Na zebraniu założycielskim piętnaście osób trzeźwo oceniło swoje szanse: celem miała być rada dzielnicy, a obszarem działania – Śródmieście.

Początki były przaśne – w mniej lub bardziej spontaniczny, często nieprzemyślany i nieuporządkowany sposób uderzaliśmy w denerwujące nas działania Ratusza. Raczej niż stowarzyszeniem, byliśmy grupą błaznów wyzywającą władzę na pojedynek na śledzie. Gdy PO zapraszało w dniu referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz do wybrania się na grzybobranie, my przebrani za panią prezydent rozdawaliśmy kiełbasę pod ratuszem, ironicznie zachęcając do niegłosowania. Gdy członek Kancelarii Prezydenta określił osoby popierające referendum mianem „słoików”, wręczaliśmy słoiki pracownikom Kancelarii. Gdy burmistrz Bemowa Jarosław Dąbrowski stał się bohaterem afery korupcyjnej, obdarowaliśmy go korytem. Działania obliczone były na ośmieszenie przeciwnika oraz krzykliwe zwrócenie uwagi na problemy, obok których nie chcieliśmy przechodzić obojętnie. Media opisywały je przede wszystkim w kategoriach lokalnych kuriozów. Kilka miesięcy później akcja w obronie likwidowanego Kina Femina i proces z deweloperem Maciejem Marcinkowskim, specjalizującym się w skupywaniu roszczeń do miejskich nieruchomości, pozwoliły stowarzyszeniu zyskać rozgłos, a kampanii – poparcie wyborców.

To, co wydarzyło się po wyborach – wewnętrzny konflikt z trójką radnych ze Śródmieścia, bezceremonialne odejście radnej z Pragi Północ i pożegnanie jednego z radnych z Żoliborza – okazało się burzą, którą przetrwaliśmy jako spójna, demokratyczna, aktywna organizacja, ale w związku z którą na najbliższe cztery lata straciliśmy szansę na sprawowanie realnej władzy jako formacja polityczna reprezentowana w radzie dzielnicy. Ten tekst nie ma charakteru rozliczenia z Miasto jest Nasze, które popieram i w którego działaniach wciąż będę uczestniczył. Mam szczerą nadzieję, że chociaż front burzowy się oddalił, to warszawskie niebo dalekie jest od sprzyjającego status quo rozpogodzenia, a gromy społecznego rozczarowania spadną prędzej czy później na głowy tych radnych, którzy wspięli się bardzo wysoko po naszych plecach, a następnie odeszli bez pożegnania. Spróbuję raczej w mniej lub bardziej socjologiczny sposób opowiedzieć o tym, co się wydarzyło. Jest to dla mnie trudne, bo pozbawiony jestem komfortu stojącego z boku obserwatora, ale może właśnie ze względu na to zaangażowanie moje stanowisko warte jest uwagi.

Nieśmiała apolityczność

Jeżeli Miasto jest Nasze rzeczywiście choć przez chwilę stanowiło nową jakość, to pewnym dowodem na to byłaby wielka rozmaitość krytyki i wytykanych jego twórcom błędów. Spróbuję się odnieść do dwóch najpoważniejszych moim zdaniem zarzutów: fałszywej apolityczności i elitarności, a raczej klasowego zawłaszczania miasta.

„Ani w prawo, ani w lewo, tylko prosto do celu” – ruchy miejskie od początku starały się unikać przypisania do lewicy czy prawicy. Przyciągnęło to do naszego stowarzyszenia wiele osób po części znudzonych starymi opowieściami serwowanymi w miałkim sporze pomiędzy PO i PiS, a po części zniesmaczonych światopoglądowymi dyskusjami o tęczy na placu Zbawiciela. Nawet jednak to populistyczne, ale – wydałoby się – zrozumiałe hasło było przez zwolenników i uczestników ruchów miejskich interpretowane na bardzo wiele sposobów: jako postulat przezwyciężenia upartyjnienia samorządu, próba ukazania nieadekwatności podziału lewica – prawica, zdystansowania się od polityki tożsamości czy wreszcie opowiedzenia się po stronie pragmatycznej postpolityki.

Czy administrowanie może być realizowane bez zasadniczego określenia się przez polityka w kategoriach lewica – prawica? Czy rzeczywiście, jak chce Benjamin Barber, autor książki „Gdyby burmistrzowie rządzili światem”, polityka miejska koncentruje się na realnych problemach i dlatego liderzy miast są władzą przyszłości? Jestem głęboko przekonany, że nie. W odróżnieniu od wielu moich przyjaciół uważam, że ścieżki rowerowe mogą i powinny być „prawicowe” albo „lewicowe”, w zależności od tego, jaką rolę mają odgrywać w ogólnej wizji rozwoju miasta, na jakie potrzeby społeczne mają odpowiadać i w jaki sposób są konstruowane. Ścieżka rowerowa, jak każda interwencja w miejską tkankę, zakłada na wstępie pewien wzorcowy, nawet jeśli zazwyczaj utopijny, kształt relacji pomiędzy użytkownikami przestrzeni miejskiej. Czy tak, czy inaczej zaaranżujemy te relacje, w dłuższej perspektywie nie możemy uchylić się od odpowiedzi na pytania zasadnicze, które klasycy z lewej i prawej strony sceny politycznej formułowali na potrzeby „wielkiej polityki”: równość albo hierarchia, swoboda albo porządek, partycypacja albo merytokracja.

Długo dyskutowaliśmy w stowarzyszeniu o konieczności obrony polityki jako ważnej dziedziny życia, ale ostatecznie uznaliśmy: „Nie da się wygrać dwóch bitew naraz. Nie uratujemy miasta i polityczności za jednym zamachem. Dajmy sobie lepiej szansę w tych wyborach, skupmy się na kampanii”. Można śmiało przyznać, że odejście od podziału prawica – lewica miało przede wszystkim znaczenie strategiczne, uwiarygodniające antyestablishmentowy charakter stowarzyszenia Miasto jest Nasze. Pozwalało odciąć się od skompromitowanych stron i podkreślić świeżość tego, co robimy, a jednocześnie zachęcało obserwatorów do lektury programu i zgłębiania naszych miejskich postulatów. Czy było to zagranie potrzebne? O ile mogę oceniać na podstawie efektów agitacji ulicznej i wyników wyborów, najwyraźniej tak. Czy było jednak moralne, czy nie oszukaliśmy wyborców, spychając na margines nasze, zróżnicowane na szczęście, poglądy? Skuteczne i liczne działania, które udało nam się podjąć dzięki temu „kompromisowi”, dawały nadzieję, że podziały uda się przeskoczyć. Stowarzyszenie chciało iść „prosto do celu”, stworzyć dla mieszkańców lepsze warunki życia w Warszawie. Nawet z perspektywy powyborczego rozstania z kilkorgiem radnych sądzę, że warto było spróbować, a przecież ostatecznie popsuliśmy niewiele.

Jak w każdej dużej organizacji, w Miasto jest Nasze pojawiały się koterie i frakcje związane z odmiennymi poglądami politycznymi czy, częściej nawet, różnicami w stylu życia. Wewnętrzne „konsultacje społeczne” – rozmowy, kłótnie i dyskusje – rozładowywały większość napięć. Wydaje mi się, że przebieg konfliktu z radnymi, który miał charakter raczej trzyosobowej frondy niż autentycznego rozłamu MjN, pokazuje siłę stowarzyszenia jako pewnej jedności. Radni Michał Sas, Ewa Czerwińska i Andrzej Kozicki, sprzeciwiając się wybranemu zarządowi i zawiązując na własną rękę koalicję z PO, nie byli w stanie zbudować w organizacji najmniejszego nawet zaplecza aktywistów, którzy odeszliby razem z nimi.

Choć „wiplerjugend” – jak sam określił Mateusza Siepielskiego, wprowadzonego przez tę trójkę na stanowisko wiceburmistrza, Przemysław Wipler – reprezentowało dość jednorodne, konserwatywno-liberalne poglądy polityczne, to nie one zadecydowały o secesji. Podobnie jak wiele innych ruchów miejskich, MjN dopadło przekleństwo otwartości. Ponieważ zrzekliśmy się ostrej selekcji członków i działaliśmy w oparciu o kompromis, nie udało się stworzyć mechanizmów eliminujących najgroźniejsze, fasadowo konserwatywne, ale w praktyce bezideowe ekstremum: ludzi małostkowych, nastawionych na karierę, pieniądze i rozgłos. Choć słusznie oczekiwano od nas dużo więcej i trzeba przyznać, że to oczekiwanie częściowo zawiedliśmy, to trudno nie zwrócić uwagi na to, że secesje „radnych bardzo zaradnych”, korzystających z mandatów po to, aby zapewnić sobie wygodniejszą przyszłość (niekoniecznie polityczną), dotknęły zarówno PiS we Włochach, jak i PO na Bemowie. Mogą zatem zostać uznane za stały, choć smutny element warszawskiego krajobrazu po wyborczych bitwach.

Ilustr.: Jan Libera

Ilustr.: Jan Libera

Aktywista z klasą

„Między nami, w kawiarenkach, w Ray-Banach i spodenkach, siedzą miejscy aktywiści, niepoprawni optymiści. Nieustannie w coś klikają i Facebooka przeglądają” – śpiewał przed wyborami warszawski kabaret „Pożar w Burdelu”, żartując z ubioru, zachowania i gadżetów przedstawicieli ruchu Miasto jest Nasze. Większość z nas raczej nie nosi Ray-Banów i czas spędza częściej w pracy niż w kawiarni, ale desperackie próby unikania prztyczków satyryków muszą wzbudzać nieufność. Być może styl charyzmatycznego lidera, Jana Śpiewaka, zaczął być utożsamiany ze stylem działacza zaangażowanego w sprawy miejskie. Tak czy inaczej, pomiędzy aktywistą a modnym warszawiakiem stanął znak równości.

Nazywanie naszych działań „powstaniem hipsterów” skłaniało przeciwników, zwłaszcza lewicujących, do stawiania nam zarzutu znacznie poważniejszego: utożsamiania nas z oderwaną od „prawdziwego społeczeństwa” elitką, która po części z nudów, po części klasowo zdeterminowana, kompromituje hasło rewolucji, forsując niepotrzebne nizinom społecznym i „nieznane ludowi” rozwiązania. Warto się jednak zastanowić nad tym, czy świadome granie podczas kampanii kolorową etykietą „hipstera”, nieco na siłę przyklejaną aktywistom przez świat dziennikarski, nie miało przypadkiem swoich dobrych stron. Rozgłos i skojarzenie zaangażowania społecznego z zamożną klasą średnią mogły pomóc w przedostaniu się przekazu ruchów miejskich do masowych mediów. Niezłe wyniki MjN w dzielnicach i życzliwy odbiór podczas ulicznej agitacji pokazały też, że albo niezwykle skutecznie zmanipulowaliśmy mnóstwo ludzi, albo klasy niższe nie są tak prostymi tworami, jakimi chcieliby je widzieć ich lewicowi rzecznicy. Można złośliwie zauważyć, że nawet jeśli z naszych propozycji wiele osób nie będzie mogło skorzystać, to chciałyby one o nich marzyć.

Ponieważ termin „hipster” stał się tak pojemny, że można opisywać przy jego pomocy bardzo różne grupy społeczne, zawężę tutaj jego znaczenie i będę określał nim młodego przedstawiciela lub przedstawicielkę wyższej klasy średniej z pewnym odziedziczonym kapitałem kulturowym, społecznym i ekonomicznym. W tym sensie MjN było stowarzyszeniem „hipsterów”. Kapitał kulturowy pozwala na zdystansowanie się od panującej polityki miejskiej w sposób bardziej niestandardowy i przekonujący niż bojkot czy eskapizm. Kapitał społeczny, rozumiany przeze mnie jako wytykane członkom MjN znajomości w mediach klasycznych i społecznościowych, drukarniach i w świecie polityki, to dla organizacji pozbawionej środków fundament działania. Kapitał ekonomiczny umożliwia wykwalifikowanym członkom stowarzyszenia poświęcenie czasu na bezpłatną pracę, bez której trudno byłoby działać nawet w eterze. „Hipsterskość”, styl życia tej klasy, i wynikająca z niej trudna do przezwyciężenia hermetyczność ruchów miejskich mogą być smutnym produktem ubocznym, bez tego jednak członkom Miasto jest Nasze ani jakiejkolwiek innej organizacji miejskiej nie udałoby się wyjść poza zaczarowany świat Facebooka i kawiarni.

Ilustr.: Jan Libera

Ilustr;: Jan Libera

Miejscy partyzanci żądają amunicji

Pomimo wspomnianych zasobów praca, którą musiały wykonać także mniej rozpoznawalne medialnie osoby, takie jak Łukasz Fiszer, Zofia Gońda czy szefowie sztabu Hubert Matysiak i Karol Perkowski, była tytaniczna. Ruchy miejskie były najpierw lekceważone i upupiane, potem atakowane sądownie i medialnie. Nie z jakąś szczególną niechęcią, tylko raczej z ojcowskim poczuciem moralnej wyższości i chęcią wskazania nam właściwej drogi albo raczej miejsca w szeregu. Przez pierwsze pół roku w większości artykułów o naszych akcjach nazwę stowarzyszenia zastępowały różne, barwne „eufemizmy”, takie jak „miejscy aktywiści”, „społecznicy” czy „działacze”. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że wszystko dzieje zgodnie się ze starym schematem Gandhiego: „Najpierw cię ignorują, potem wyśmiewają, na koniec chcą cię zniszczyć. Potem wygrywasz”. Gdy sytuacja zaczęła zmieniać się na naszą korzyść, na sto dni przed wyborami otrzymywaliśmy z rozmaitych stron potoki bardzo ciepłych słów, z którymi zupełnie nie wiedzieliśmy, co zrobić. Mieliśmy ochotę wywiesić ironiczny baner „żądamy amunicji”. Dobrym przykładem może być mój znajomy aktywista miejski, publicysta „Kultury Liberalnej” Wojciech Kacperski, który w swoim artykule oceniającym ruchy miejskie deklarował, że „poczeka, co dalej z tego wyniknie”. Siłą stowarzyszenia Miasto jest Nasze było zebranie ludzi, którzy chcieli działać, a nie patrzeć na degenerację Warszawy. Tymczasem stały za nami dziesiątki osób, ale wszystkie na jednej nodze, cynicznie oczekując na rezultat naszych działań.

Gdy zaczęto mówić o szansach ruchów miejskich, pojawiło się mnóstwo oczekiwań, które powinny zostać przez nie spełnione, a „eksperci od miasta” wyszli z ukrycia, ciągnąc za sobą długie listy zadań. Lewica zarzucała nam reprezentowanie interesu zamożnej klasy średniej, prawica – kryptolewicowość, a wszyscy – brak profesjonalizmu. Byliśmy zbyt otwarci – bo realizowaliśmy postulat „wpuszczaj wszystkich”, albo zbyt zamknięci, bo eliminowaliśmy ekstrema. Dlatego odniesionego sukcesu nie spodziewali się nawet organizacyjni fanatycy. Nie oczekiwała go także prasowa widownia. Niespodziewany sukces stał się znacznie większym wydarzeniem, niż na to zasługiwał, biorąc pod uwagę stosunkowo niewielką rzeczywistą władzę, która mogła przypaść nam w udziale. Mimo to powyborcza prasa w owczym pędzie entuzjazmu włożyła nam, kąśliwie przygotowany dla nas wcześniej przez kabaret „Pożar w Burdelu”, hełm powstańca, który ma znieść warszawskie niesprawiedliwości, „siekierką pogonić złodziei”, a następnie zbudować w Śródmieściu zachodnią Europę. Niestety, hełm opadł nam na oczy: działacze, którzy ochoczo go przyjęli, wydawali się zapominać o tym, że prawdziwa walka będzie się toczyć nie na torze turniejowym, ale w politycznej szatni – na noże.

Dla mnie wszystkie wypowiadane w ostatnim roku gorące słowa moich przyjaciół z MjN o tym, że nareszcie „robimy rewolucję”, zawsze niosły ze sobą jakąś pustkę i niedopowiedzenie. Bo też od początku o żadnych „miejskich rewolucjach” i wywróceniu przeżartych korupcją mechanizmów rządzenia stolicą nie mogło być mowy – nie mieliśmy amunicji, a dostęp do mediów nie wystarczał. Co najwyżej mogliśmy oferować przesunięcie akcentów – chcieliśmy, by istniejące już dobre mechanizmy, takie jak konsultacje społeczne, zostały umieszczone w centrum polityki. W miejskim trójkącie Administracja – Biznes – Mieszkańcy, w którym największe formacje polityczne od lat wytrwale przeciągają linę pomiędzy pierwszymi dwoma wierzchołkami, ustawialiśmy się bliżej trzeciego, proponując partycypację jako zasadę planowania przestrzeni. To ważne, ale nie rewolucyjne. Najlepszym tego przykładem jest program MjN: nie zawiera on niczego, co nie mogłoby zostać zrealizowane na bardzo podstawowym szczeblu administracji. Rewolucja jest totalną zmianą społeczną, dlatego wolę myśleć, przynajmniej na poziomie językowym, że po prostu robiliśmy dobrą robotę.

Seryjna reanimacja

Dlaczego ludzie w ogóle na nas zagłosowali? Alchemia wyborczego oczekiwania, zamieniająca iskierki nadziei w pochodnie, od których mogłyby się zająć niektóre co bardziej skompromitowane pomieszczenia warszawskiego ratusza, nie pomaga w szukaniu odpowiedzi. Sumienie osoby próbującej zostać socjologiem każe mi zamilczeć – bez wymagających specjalistycznej wiedzy i czasu badań nie mogę mieć o tym pojęcia. Jesteśmy skazani na domysły – chciałbym, aby to samo przekonanie miało z tyłu głowy gremium chirurgów i chirurżek tkanki społecznej, gdy na podstawie swoich pośpiesznych wiwisekcji kreśli wybitne analizy, w których los ruchów miejskich w Warszawie jest dowodem na taki czy inny makrotrend. Jeżeli starałbym się określić, jakim „zjawiskiem społecznym” było i jest Miasto jest Nasze, to tylko na podstawie doświadczenia ulicznej agitacji, które pozwalało szybko zobaczyć, które tematy „chwytają”, a które są ludziom obojętne.

Można powiedzieć, że spodobaliśmy się na mieście. W świecie gasnących politycznych uniwersaliów popularne wcześniej ostrze „krytyki etycznej”, odwołującej się do wartości wyznawanych przez wspólnotę, tępi się z dnia na dzień. Dlatego organizacje podważające zastany porządek, które chcą być skuteczne, muszą stosować „krytykę estetyczną”, odrzucać to, co ogólne, z pozycji tego, co wyjątkowe. „Krytyka estetyczna”, termin ukuty przez Scotta Lasha, działa przez apelowanie do osobistych wzruszeń, gustów, stylów życia i praktyk społecznych. „Krytyka etyczna” może na przykład odrzucić Tęczę jako symbol rewolucji obyczajowej, ale „krytyka estetyczna” będzie raczej mówić o jej wyglądzie, długim czasie ekspozycji, braku udziału mieszkańców w decyzji o jej postawieniu. Mieszkańcy poprą budowę Domu Kultury w Kinie Tęcza nie ze względu na „etyczną” uniwersalną wartość kultury, lecz na „estetyczne” wartości własnych wspomnień z dzieciństwa czy spójności projektu Domu Kultury z ich ulubionymi praktykami kulturowymi. Nieprzypadkowo temat reklam w miejscach publicznych zyskał wśród ruchów miejskich olbrzymią popularność. Do takich postulatów można się podczas rozmowy z agitującym aktywistą łatwo i wygodnie odnieść, bez konieczności wypowiadania metafizycznych sądów. Konstruktywna „krytyka etyczna” proponuje nowe uniwersalia i zmianę systemu wartości. Konstruktywna „krytyka estetyczna” promuje jedynie nowe praktyki kulturowe, jest więc łatwiejsza do zaakceptowania przez osoby podchodzące z dystansem do nowych formuł politycznych.

Polityka miejska chętniej chłonie „krytykę estetyczną”, bo w mieście taką „polityczną modę” łatwiej ograć, można też bezpośrednio odnosić się do konkretnych miejsc i zachowań, które chce się wspierać lub zwalczać. W polityce krajowej „krytyka etyczna” trzyma się mocno, bo konieczne jest mobilizowanie szerokich rzesz ludzi, których na co dzień łączy bardzo niewiele, więc odnoszenie się do jednostkowych praktyk i przeżyć jest znacznie trudniejsze. Kontestacyjna postawa ruchów miejskich oraz proponowana przez nie estetyka miejska była związana jednocześnie z zaangażowaniem i dystansem wobec głównych opowieści o ambitnej, bezwzględnej modernizacji i zachowawczej, chroniącej tradycję polityce historycznej. Protest polityczny, wykorzystujący „krytykę estetyczną”, może stać się uznaną praktyką społeczną, ale nie rewolucyjnym odrzuceniem porządku, a już na pewno nie etycznym „powstaniem”. Chociaż odczuwam sentyment do konającej polityki etycznej, to mam nadzieję, że przynajmniej te estetyczne protesty, którymi stowarzyszenia takie jak Miasto jest Nasze rozbudzają miasta kwartał po kwartale, będą nową siłą, która pozwoli zmienionej w zarządzanie polityce na prawdziwy powrót do życia. Obawiam się, że nasz przykład pokazał, że do takiej próby reanimacji trzeba będzie podchodzić wielokrotnie. Jeżeli chcemy, aby kolejne próby były bardziej owocne, to zamiast o zwycięstwie nowego języka polityki miejskiej czy o nowej, pięknej, martyrologicznej klęsce w walce o Warszawę, mówmy lepiej o okupionym ciężkimi, obustronnymi stratami remisie – bo w zrywach ruchów miejskich zamiast powstańczej trąbki częściej będzie można usłyszeć jęki umierającej postpolityki, wijącej się w pustych, przeciekających tunelach drugiej linii metra.

  • Robert Amsterdamski

    ten sukces w klęsce, polega na dostaniu się Jana Śpiewaka do rady Śródmieścia? Bo jeszcze dwa lata o jego istnieniu wiedzieli – diaspora żydowska w Warszawie, – koledzy z roku. Wiele osób przeciwstawia mu Joannę Erbel, która w sprawach samorzadowych pracuje conajmniej od 10 lat i nie dostała się nigdzie :(

  • Pingback: Nawratek: Rewolucję zacznie burmistrz | Magazyn Kontakt()