dwutygodnik internetowy
26.08.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Powrót dobra wspólnego

Hasło dobra wspólnego bierze dziś na sztandar rozproszony, lecz rzeczywisty ruch, sprzeciwiający się stanowi obecnemu. Od ugrupowań ekologicznych, organizacje feministyczne, po związki zawodowe.

Co łączy ekologów walczących o sprawiedliwość klimatyczną, ruchy miejskie, feministyczne i związki zawodowe? Troska o dobro wspólne. Wygląda na to, że po latach triumfu liberalnego indywidualizmu ta nienowa idea wraca do łask. Czy uda się wprowadzić ją na trwałe do debaty politycznej?

 

Od kilku lat w naukach społecznych i w dyskursie ruchów społecznych możemy zaobserwować rosnące zainteresowanie dobrem wspólnym. Chociaż samo pojęcie nie jest nowe, jego dzisiejsza popularność wydaje się znakiem czasu. W latach 90., w epoce największego triumfu neoliberalnej globalizacji, dominował zupełnie inny język. Zwłaszcza w Polsce za podstawowe wartości w polityce uważano demokrację (rozumianą, jak podkreślano, proceduralnie, jako możliwość zmiany rządu, jej ambitniejsze wizje zbywano jako mrzonki lub populizm), oraz wolność jednostki (oczywiście wyłącznie negatywną, gdyż wolność pozytywną kojarzono z totalitaryzmem). Na uniwersytetach i w prasie wysławiano zalety „wolnego rynku idei” i zgłębiano groźbę tyranii większości. Podział na lewicę i prawicę miał ustąpić przeciwstawieniu sobie społeczeństwa otwartego i zamkniętego. Przede wszystkim zaś królowały prawa własności: „publiczne” – znaczy nieefektywne, „społeczne” – znaczy niczyje. Jeśli ktoś nie był tomistą, zainteresowanie dobrem wspólnym widziano najczęściej jako związek z jakimś nurtem konserwatyzmu; niszowy temat dla ludzi o szczególnych zainteresowaniach…

Atrakcyjność, jaką zaczynają się dziś cieszyć różne koncepcje dobra wspólnego, wiąże się z rozczarowaniem opisaną wyżej ideologią i kryzysem świata, który podtrzymywała. Dobro wspólne pojawia się nie tyle jako znak sprzeciwu wobec dyktatu indywidualizmu, co jako wyraz rozczarowania jego niespełnioną obietnicą. Czysto proceduralna demokracja nie oznacza, że ludzie mają w polityce realny wybór. Wyłącznie negatywna wolność („od”, a nie „do” czegoś) oznacza, że jednostka czuje się krucha i bezsilna wobec żywiołów świata. Zamazanie podziału na lewicę i prawicę nie złagodziło ostrości politycznego konfliktu – „przeciwnicy społeczeństwa otwartego” są przecież wrogiem absolutnym, dla którego nie ma pardonu. Na „wolnym rynku idei”, jak na każdym rynku, nie ma równości: liczy się głos tego, kto ma kapitał (także rozumiany dosłownie). Neoliberalna globalizacja skutecznie rozmontowała struktury poprzedniego ładu, ale nie stworzyła niczego, co mogłoby być trwałe. Niektórzy mówią o rozpadzie, inni widzą w dzisiejszych czasach okres przejściowy. Coraz więcej osób dostrzega, że to, co było w ideologii indywidualizmu atrakcyjne – obietnica wolności i samorealizacji – wymaga oparcia na solidniejszych podstawach.

 

Wspólny kierunek

W tym kontekście warto zauważyć, że rosnące zainteresowanie dobrem wspólnym nie jest jedynie udziałem akademików. Bierze je dziś na sztandar rozproszony, lecz rzeczywisty ruch, sprzeciwiający się stanowi obecnemu. Ruchy ekologiczne (zwłaszcza ugrupowania walczące o sprawiedliwość klimatyczną), ruchy miejskie, ruch piracki, ruchy ludności tubylczej broniącej się przed zagarnianiem ziemi przez państwa i korporacje, a także coraz częściej ruchy feministyczne i kobiece – te, które wychodzą poza indywidualizm liberalnego feminizmu i rozwijają koncepcje ekonomii opieki. Różnorodność koncepcji dobra wspólnego (common good) i dóbr wspólnych (commons) odzwierciedla zróżnicowane konteksty społeczne, w jakich te wizje powstają. Feministki kładą nacisk na opiekę (caring), piraci na dzielenie się (sharing), ruchy tubylcze na kolektywną własność ziemi… Nie istnieje żadna synteza, choć trwa wysiłek porównywania, łączenia i wzajemnego przekładania tych różnych perspektyw.

Na uniwersytetach dobrem wspólnym zajmują się już nie tylko tomiści i konserwatyści. Olbrzymie znaczenie miały badania noblistki z ekonomii Elinor Ostrom, która przeanalizowała ponad sto społeczności kolektywnie zarządzających swoimi zasobami (co ciekawe, punktem wyjścia Ostrom była teoria Friedricha Hayeka). Sporą popularność zyskała neomarksistowska koncepcja Antonia Negriego i Michaela Hardta, którzy analizują procesy grodzenia dóbr wspólnych i przeciwstawiają autentycznie otwarte dobra wspólne ich formom „zepsutym”, do których zaliczają rodzinę, państwo narodowe i korporacje. W kręgu ruchu pirackiego warta uwagi jest myśl Michela Bauwensa, który proponuje „wielki sojusz” na rzecz dóbr wspólnych, łączący ruchy ekologiczne, pirackie i pracownicze. Z zainteresowań filozofią miasta wyrasta „postchadecka” koncepcja Krzysztofa Nawratka, który postuluje uprawianie polityki w „inkluzywnym horyzoncie empatii”. W odróżnieniu od Negriego i Hardta Nawratek nie traktuje przy tym tradycyjnych form wspólnoty jako skorumpowanych. Teoria Nawratka pozwala dostrzec nieoczywistą zbieżność tradycyjnych form więzi społecznej (rodzina, religia), obrony „resztek” państwa bezpieczeństwa socjalnego oraz nowych form wspólnego życia, kiełkujących w przestrzeni miejskiej czy w internecie.

 

Przejść do konkretu

To bogactwo koncepcji i debat nie przełożyło się jeszcze na debatę publiczną i myślenie o codziennej polityce. Aby to się stało, potrzebny jest kolejny krok. Ideę dobra wspólnego trzeba wyprowadzić z jego oczywistych kontekstów (ekologia, internet, przestrzeń miejska) i spojrzeć przez jej pryzmat na całokształt kwestii politycznych. Próbą takiego działania będzie Kongres Europa Społeczna, organizowany 7 września przez Partię Zieloni, Związek Nauczycielstwa Polskiego oraz Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych. Przedmiotem dyskusji będą takie kwestie jak integracja europejska, ochrona zdrowia, edukacja i obywatelstwo cyfrowe. Zarówno wybór partnerów, jak i tematyki, podyktowany został pewnym rozpoznaniem tego, gdzie wspomniany „krok” należy uczynić, w jakich dziedzinach debata o dobru wspólnym może mieć przełożenie na realną politykę.

Co to znaczy spojrzeć przez pryzmat dobra wspólnego na integrację europejską? Naiwny federalizm traktuje Unię Europejską jako coś, co zapewniło nam „pokój i dobrobyt” – świadomie lub nie przywołując wizję dobra wspólnego św. Tomasza z Akwinu. Piszę „naiwny”, bo taka wizja Unii Europejskiej jako dobra wspólnego często służy uzasadnianiu dowolnego transferu władzy na poziom unijny bez pytania, jakie i czyje ma to dobro być. Musimy zrobić krok dalej i zastanowić się nad obecną formą integracji, która coraz częściej tworzy ekonomiczne podstawy wzrostu ksenofobii i stosuje wobec poszczególnych państw ekonomiczną i polityczną presję na obniżanie poziomu życia. Co winniśmy zrobić, aby Europa rzeczywiście była naszym dobrem wspólnym?

Internet, który do niedawna traktowany jako oczywista przestrzeń wolności i ekonomii dzielenia się, na naszych oczach staje się żerowiskiem opresyjnych państw i żądnych zysku korporacji. Globalna sieć tworzy nową przestrzeń ekspresji, komunikacji i samoorganizacji, ale jest też nowym narzędziem kontroli i inwigilacji. Jak ocalić demokratyczny potencjał rewolucji internetowej? Czy sprzeciw wobec inwigilacji więcej zyska, gdy wyrazi się w języku praw jednostki, czy gdy będziemy się mobilizować pod sztandarem dobra wspólnego?

Szczególnie ważne jest spojrzenie przez ten pryzmat na sferę opieki, w tym edukację i ochronę zdrowia. W dużym stopniu oduczyliśmy się widzieć je jako wspólne dobra, traktując coraz częściej jako usługi, z których korzystamy jako jednostki, konsumenci, klienci. W dyskursie medialnym pracowników tych sektorów przedstawia się często jako grupy „roszczeniowe”; leniwe, czyhające na pieniądze z naszych podatków i przyklejone do swych przywilejów. Tymczasem obszary te mają fundamentalne znaczenie dla tkanki społecznej, a ich pracownice i pracownicy są – w najlepszym znaczeniu tego słowa – funkcjonariuszami dobra wspólnego.

Jedno spotkanie z pewnością do tego nie wystarczy, ale wyczekuję momentu, w którym ruchy na rzecz dobra wspólnego uzyskają zdolność przeobrażania obowiązującego „zdrowego rozsądku” i czynienia swojej perspektywy oczywistą. W latach 80., gdy trwał triumfalny pochód neoliberalizmu, taką zdolność kwestionowania przyjętych prawd miała Margaret Thatcher. „Nie istnieje coś takiego jak społeczeństwo, są tylko jednostki i ich rodziny”, „Nie istnieje coś takiego jak zabójstwo polityczne…”, „Nie istnieje coś takiego jak pieniądze rządu…” – te formuły wyznaczyły nowe kierunki polityki i potocznego myślenia, odwracając wektory oczywistości. Po czym rozpoznamy, że dobro wspólne stało się oczywistą kategorią? Kiedy słysząc po raz kolejny o „zadłużonym szpitalu”, zareagujemy odruchowo: „Przecież nie ma czegoś takiego jak zadłużony szpital! To rząd i my wszyscy jesteśmy dłużnikami szpitali”.

 

7 września w godzinach 11:00–18:46 w sali zjazdowej Związku Nauczycielstwa Polskiego w Warszawie przy ul. Wybrzeże Kościuszkowskie 35 odbędzie się Kongres Europa Społeczna. Miło nam poinformować, że „Kontakt“ objął patronat medialny nad tym wydarzeniem. Każdy jest zaproszony do udziału w Kongresie. Rejestracji można dokonać na stronie:
http://www.europa-spoleczna.pl/

  • Zbigniew Łukasiak

    Ciekawe – szkoda, że nie będę mógł być na tym kongresie.

    Jeśli chodzi o dobra wspólne to jeszcze ważniejszy od ruchu pirackiego jest ruch Wolnego Oprogramowania. Nie wszyscy zwolnennicy WO wspierają ruch piracki, a z drugiej strony gospodarczo WO już teraz ma ogromne znaczenie. Trzeba więc wymieniać WO jako odrębny prąd – chociaż oczywiście jest on też jednym z fundamentów ruchu pirackiego.

    Jeśli chodzi o neoliberalizm to czytałem ostatnio opinię, że w przeciwieństwie do klasycznego liberalizmu, nie jest on tak naprawdę ideologią bardzo indywidualistyczną – sprowadza się on do postulatu, żeby wszystko rozwiązywać za pomocą mechanizmów rynkowych – ale tworzenie nowych rynków wymaga silnego państwa, szczególnie w przypadku rynków takich jak rynek monopoli intelektualnych czy handlu emisjami CO2 – egzekwowanie zasad na których się opierają takie rynki nie powstanie w żadnym organicznym procesie, mogą być tylko rozwiązaniem narzuconym przez silne państwo.

    Neoliberalizm wychodzi z założenia, że rynek zawsze będzie lepiej przewidywał przyszłość niż jakakolwiek jednostka czy komitet. Jest w tym dla mnie dużo racji – bo rynek to jest ogromnie zrównoleglony mechanizm testowania hipotez gospodarczych – taką mocą obliczeniową nigdy nie będzie dysponował żaden komitet. Jednak tworzenie nowych rynków jest przecież procesem planowania – jest to paradoks którego neoliberalizm stara się nie zauważać. Oczywiście ten kto tworzy rynki może je tworzyć w sposób który zapewni mu przewagę – więc na pewno neoliberalizm jest przez niektóre podmioty które mogą wpływać na rządy, traktowany instrumentalnie – jako sposób na tworzenie takich rynków na których dany podmiot może łatwo zarobić.