dwutygodnik internetowy
20.11.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Porowska: Pomoc bez przemocy

Przyszło do nas dwóch panów spod Mostu Świętokrzyskiego. Jeden z nich nie chciał zostać. „Bo ja mam wszy” – powtarzał. Bardzo się bał i wstydził. Jedyne, co mogłam zrobić, to po prostu stanąć koło niego i go przytulić.

ilustr.: Zofia Rogula

ilustr.: Zofia Rogula

Tekst pochodzi z 33. numeru Magazyn „Kontakt”, zatytułowanego „Bezdomność”.

Kim jest bezdomny?

Wielu ludziom wydaje się, że bezdomny to ktoś, kto mieszka na Dworcu Centralnym. Kto ma reklamówki na nogach i dużo pakunków. Kto jest brudny, śmierdzący, zawszawiony. Krótko mówiąc, kiedy myślimy o bezdomności, mamy zazwyczaj przed oczami zapuszczonego kloszarda.

Niestety, to samo wyobrażenie nadaje kształt pomocy, którą adresujemy do osób bezdomnych. Sądzimy, że powinny one mieć co jeść, mieć gdzie spać, mieć w co się ubrać i w zasadzie tyle. Problem polega na tym, że bezdomność to coś więcej. Że to także brak godnej pracy, brak relacji społecznych, brak poczucia własnej wartości. Nasze pomaganie kończy się jednak na jadłodajniach i noclegowniach. Zresztą dobre i to, bo w wielu mniejszych miejscowościach nawet tego brakuje.

Jak „zwykły człowiek” staje się bezdomny?

Nie ma reguły. Czasem chodzi o nakręcającą się latami spiralę długów, a czasem wystarczy rozwód. Zazwyczaj kobieta zostaje wtedy z dziećmi, a mężczyzna odchodzi. Bywa i tak, że człowiek po kilku latach przyjeżdża z zagranicy, ale okazuje się, że nie ma dokąd wracać. Dzieci go nie poznają, żona nie wytrzymuje z nim pod jednym dachem, a on nie daje sobie z tym wszystkim rady. Najpierw coś wynajmuje, potem mieszka kątem u kolegi, na końcu ląduje na ulicy.

W którym momencie zaczyna się jego bezdomność?

Dobre pytanie. Przeprowadzając wywiady z panami, którzy zgłaszają się do naszego ośrodka, pytamy ich, od kiedy są osobami bezdomnymi. Jeden mówi, że od wczoraj. W toku rozmowy okazuje się, że od dziesięciu lat pomieszkuje w hotelach robotniczych, że coś tam czasem wynajmie, że zdarza mu się sypiać w schronisku. Za osobę bezdomną uznał się jednak dopiero wtedy, kiedy musiał iść na dworzec. Inny ma poczucie, że jest bezdomny od dwudziestu lat, bo wychował się w domu dziecka. Jeszcze inny twierdzi, że w ogóle nie jest bezdomny, bo mieszka przecież w schronisku, a nie na ulicy. Dla każdego z nich bezdomność oznacza coś zupełnie innego.

Zresztą mało kto powiedziałby chyba o sobie, że jest osobą bezdomną.

Powiem więcej: mam tu cały dom pełny osób niebezdomnych. Co chwila słyszę: „Wie pani, jacy oni są. Ja nie, ale cała reszta…”.

Panowie mieszkający w moim pensjonacie są dokładnie tacy sami jak moi sąsiedzi z bloku. Przecież nie tak dawno oni też mieszkali w jakimś bloku. Niektórzy z nich oburzają się na mnie, kiedy mówię, że nie ma czegoś takiego jak bezdomność z wyboru. „Jak to nie ma? A ja?”. „Pan jest bezdomny z wyboru?” – pytam. „Tak, proszę pani, bo jak żona zaczęła mnie wyzywać, to ja się wyprowadziłem z domu”. „No i co? Podoba się panu bezdomność?” „Nie”. „Chce pan mieć mieszkanie?” „Tak”. „To wybrał pan bezdomność czy nie?”. On wybrał ją tylko jako sposób na przetrwanie jakiegoś kryzysu.

Ludzie myślą, że jeśli ktoś nie chce iść do schroniska, to znaczy, że wybrał bezdomność. A on wybrał tylko spanie na klatce schodowej. Wystarczy wysłuchać opowieści jednej czy drugiej osoby bezdomnej, żeby zrozumieć, że w tym wszystkim może tak naprawdę chodzi o ucieczkę przed różnymi formami przemocy.

Na przykład?

Osobom przebywającym w schronisku stawia się bardzo wysokie wymagania: spanie w wieloosobowej sali, przestrzeganie regulaminu, niekończące się prace na rzecz ośrodka. Albo przeciwnie, nie prowadzi się z myślą o nich żadnego programu aktywizacji zawodowej. Jeśli ktoś jest dobrym kucharzem, wsiąka w strukturę schroniska. Znam życiorysy ludzi, którzy w ten sposób utknęli już na zawsze. Znam też takich, którzy mieszkają pod gołym niebem, byle uniknąć rozdzielenia z partnerem lub partnerką (w stolicy nie ma ani jednego schroniska rodzinnego). Nie wspominając już o tym, że są miejsca, w których po prostu strach przebywać: zapluskwione, niedoinwestowane, niezaopiekowane. Bardzo często dochodzi w nich do aktów przemocy. Ich mieszkańcy z lęku przed kradzieżą śpią na przykład w pełnym umundurowaniu. To też jest przemoc. Podłe pomaganie jest przemocą.

Ile bezdomnych osób mieszka na terenie Warszawy?

Ministerstwo doliczyło się dwóch i pół tysiąca. Wszyscy jednak doskonale wiemy, że jest ich przynajmniej trzy razy więcej. Nie sposób policzyć osób przebywających w miejscach niemieszkalnych w ciągu jednej nocy. Jeśli ktoś akurat poszedł do jadłodajni, na skup złomu albo na klatkę schodową, to służby go nie zastały. Nasz streetworker próbuje nieraz namierzyć kogoś przez dwa tygodnie, a ta osoba ciągle mu umyka, bo ma swoje sprawy. Skoro zaś nie wiemy, ile jest osób bezdomnych – ile kobiet, ilu mężczyzn, ilu młodych, ilu starych – to jak mamy projektować dla nich infrastrukturę?

Od czego należałoby zacząć?

Od zbudowania relacji opartych na zaufaniu. Dopiero wtedy osiągamy poziom minimum. Dalej są łaźnia, jadłodajnia, noclegownia. W tych miejscach, nie licząc osób udzielających interwencyjnej pomocy, powinni pracować psycholodzy i psychiatrzy, którzy byliby w stanie ocenić, czy dany człowiek wymaga pomocy farmakologicznej lub szpitalnej. Bo przecież wcale nie jest powiedziane, że każdy bezdomny powinien trafić do schroniska. Wiele osób potrzebuje tylko tego, żeby dopłacić im do czynszu. Stąd pomysł na mieszkania treningowe: dogadujemy dwóch lub trzech panów, wynajmujemy mieszkanie na prywatnym rynku, a następnie im je podnajmujemy. Takie programy mieszkaniowe powinny docelowo zastąpić system schroniskowo-noclegowy.

Jaki jest więc sens budowania noclegowni?

Gdybym to ja miała o tym decydować, najchętniej pominęłabym poziom schronisk i inwestowała tylko w mieszkania treningowe. Zawsze pozostanie jednak grupa osób, która w pewnym momencie będzie potrzebowała interwencyjnej pomocy. Ale jeśli ograniczymy się w naszych działaniach wyłącznie do podtrzymywania biologicznych funkcji życiowych osób bezdomnych, to doprowadzimy do sytuacji, w której będą one traktowane przez instytucje pomocowe w okrutny sposób. Będą spychane przez pracowników ośrodków pomocy społecznej, przez strażników miejskich, przez osoby odpowiedzialne za funkcjonowanie schronisk i noclegowni…

Co to znaczy, że będą „spychane”?

Dam przykład. Kilka dni temu zadzwoniła do nas pewna kobieta. Powiedziała, że na Barską trafił obywatel Ukrainy, któremu amputowano obydwie nogi.

Odmroził je?

Gangrena. Kobieta znała tego pana, bo sypiał w pobliżu jej sklepu. Wielokrotnie zwracała się do pomocy społecznej z prośbą, żeby ktoś przyszedł i zrobił z nim wywiad środowiskowy, ale zawsze spotykała się z odpowiedzią: „On jest obcokrajowcem, nie przysługuje mu ubezpieczenie. Ma prawo tylko do interwencyjnej opieki medycznej”. No i najpierw obcięli mu jedną nogę, potem drugą. I co wymyślili? Powiedzieli, żeby sobie poszedł, bo jeśli nie, to wezwą straż graniczną. Kiedy rozmawiałam o tym z pielęgniarką, usłyszałam: „Wie pani, tamta kobieta to jest bezczelna. Przywiozła człowieka na izbę przyjęć i sobie poszła”. A co miała zrobić? Asystować przy operacji? Człowiek spotyka bezdomnego i w dobrej wierze zostawia go w szpitalu, a potem okazuje się, że w zasadzie to powinien go zameldować w swoim mieszkaniu… W tym momencie powinien się chyba uruchomić system wspierania osób bezdomnych, ale powiedzmy sobie jasno, że takiego systemu po prostu w Polsce nie ma.

Stać nas na to? Bezdomność generuje przecież niemałe koszty. Instytucje pomocowe, służba zdrowia, sprawy sądowe… Czy nie lepiej byłoby działać prewencyjnie?

Kilka lat temu, przy okazji współpracy z ośrodkiem pomocy społecznej, dowiedziałam się, że w Ursusie nie ma osób bezdomnych (nie licząc tych, które mają już miejsce w schronisku). „A ile jest osób z wyrokami eksmisyjnymi?” – spytałam. „Sto rodzin”.

Sto potencjalnie bezdomnych rodzin.

Właśnie. I na tym etapie powinniśmy interweniować. Nasz program polegał na tym, że namówiliśmy spółdzielnie mieszkaniowe i dzielnicowy Zarząd Gospodarowania Nieruchomościami do namierzania osób o niewielkim zadłużeniu. Dla ludzi, którzy mało zarabiają, niezapłacenie trzech czy czterech rachunków może generować olbrzymie koszty. Wpadają wtedy w pułapkę, z której nie są już w stanie się wydostać. Przecież to nie jest trudne do wyobrażenia, prawda? Mamy kobietę i mężczyznę, świetnie im się wiedzie, biorą nawet kredyt na remont mieszkania… I w pewnym momencie jedno z nich zapada na zdrowiu. Nie dość, że samo przestaje zarabiać, to na dodatek drugie również musi zrezygnować z pracy, żeby opiekować się tą chorą osobą i zajmować się dziećmi. Jeśli ci ludzie mają na miejscu rodzinę i znajomych, to pewnie jakoś dają sobie radę. A jeśli nie? Zresztą kiedy po dziesięciu latach w końcu wykaraskają się z tej choroby – albo i nie – to będą mieli do spłacenia dług z takimi odsetkami, że sami nie będą w stanie tego zrobić. Wsparcie dla nich trzeba uruchomić jak najwcześniej.

Ale tak się nie dzieje.

Nasz system opiera się na założeniu, że człowiek musi sam przyjść, zapukać do drzwi i powiedzieć: „Potrzebuję pomocy”. A przecież jeżeli ktoś umie ocenić, że potrzebuje pomocy, to już jest bardzo dużo. Bywa i tak, że ktoś przez kilka miesięcy śpi na dworcu albo na klatce schodowej i dalej nie czuje, że przydałoby mu się wsparcie.

Dlaczego?

Bo system tak daleko nie sięga. Wracamy do punktu wyjścia: mówiąc o osobach bezdomnych, myślimy o lokatorach Dworca Centralnego. Co wspólnego z takim stanem może mieć na przykład niezapłacenie jednego czynszu…?

W jakich jeszcze obszarach, nie licząc prewencji, nasz system niedomaga?

Profesor Irena Lipowicz, z którą właśnie rozmawiałam o problemach zdrowotnych osób bezdomnych, zaprosiła mnie na spotkanie z przedstawicielami dwóch ministerstw: Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Opowiedziałam im o tym, że w związku z lukami w prawie, nie dość, że musimy w schroniskach wykonywać pracę opieki zdrowotnej, to pewne zapisy nam ją dodatkowo utrudniają. Nie wiem, czy wiecie, ale nie mam prawa zatrudnić tutaj pielęgniarki.

Poskutkowało?

Ministerstwo znalazło rozwiązanie: zabroniono nam trzymać w schroniskach osoby chore. I po kłopocie, nie? Ustawa o pomocy społecznej, artykuł 48a, ustęp 5, mówi, że w schroniskach, noclegowniach i ogrzewalniach nie mogą przebywać osoby „niesamoobsługowe”. No i skończyła się awantura o pielęgniarkę, bo skoro ona powinna pracować w domu pomocy społecznej, a nie tutaj, to jest to problem samorządu, a nie administracji centralnej. Co z tego, że samorządy razem z nami wołają, że w DPS-ach nie ma miejsc, a jeśli nawet jakieś miejsce się znajdzie, to procedury związanie z umieszczeniem osoby w DPS-ie trwają do kilku miesięcy? Ministerstwo w odpowiedzi policzyło, że wolnych miejsc jest prawie tysiąc dwieście, tyle że rozsianych po całej Polsce. No to w czym problem? Nam zaś w myśl przepisów może grozić nawet do dwudziestu tysięcy złotych kary za to, że trzymamy w schronisku bezdomnych „niesamoobsługowych”. Czasami myślę sobie, że trzeba mieć nierówno pod sufitem, żeby się tym w ogóle zajmować. Bo człowiek staje się nagle wrogiem wszystkich dookoła: rządu, wojewody, samorządu, a czasami nawet tych, którym się pomaga, bo im też pewnie nie zawsze pomaga się tak, jak oni by chcieli.

ilustr.: Zofia Rogula

ilustr.: Zofia Rogula

Jakie są kryteria sukcesu w pracy z osobami bezdomnymi?

Każdy dzień ich pobytu w schronisku jest sukcesem. Zdarzają się takie osoby jak pan Franciszek, który co i rusz dzwoni, żeby zaprosić mnie do swojego nowego mieszkania, a ja nie mam nawet czasu, żeby do niego podjechać. Rok temu prawie się ze mną pokłócił, kiedy kazałam mu się wyprowadzić ze schroniska do mieszkania komunalnego. Odwlekał tę decyzję przez kilka tygodni, bo bał się samotności i samodzielności. A teraz jest zachwycony. To niewątpliwy sukces.

Ale sukcesem jest też to, co udało mi się w ubiegłym tygodniu. Przyszło do nas dwóch panów spod Mostu Świętokrzyskiego. Jeden z nich, Karol, przewędrował wcześniej na piechotę drogę z Sopotu do Warszawy. Nie chciał zostać. „Bo ja mam wszy” – powtarzał. Mówiłam mu, że przecież zaraz się wykąpie, że nie trzeba będzie nawet włosów obcinać, że wszystko będzie dobrze. Ale on bardzo się bał i wstydził. Jedyne, co mogłam zrobić, to po prostu stanąć koło niego i go przytulić. Od dwóch miesięcy uciekał od ludzi, bo był brudny, śmierdzący i miał wszy. To, że Karol został z nami, też jest sukcesem.

Doświadczenie wstydu powraca w niemal każdej opowieści o bezdomności.

Osoby bezdomne często przyznają, że wielokrotnie korzystały z pomocy oferowanej im przez bliskich. Za którymś razem zdecydowały jednak, że nie pojadą do siostry, bo szwagier krzywo patrzy. Zresztą nie oszukujmy się, to nie są przecież anioły. Nierzadko są cholerykami – albo z powodu jakiejś choroby, albo z powodu alkoholu, dzięki któremu stają się odważniejsi. Taki człowiek zapuka do siostry, a to jest właśnie ten moment, w którym siostra nie otworzy, bo on jest pijany.

Alkoholizm bywa przyczyną bezdomności, ale bywa też jej skutkiem, sposobem na przystosowanie się do życia na ulicy. Jak ktoś kiedyś powiedział, „spróbuj na trzeźwo zasnąć na klatce schodowej”. Inny popularny stereotyp głosi, że osoby bezdomne chcą żyć na koszt innych. Dlaczego tak trudno im pójść do pracy?

Jeśli ktoś mieszka na klatce schodowej, to bez przerwy zarywa noce. Jaką pracę można dostać, jeśli jest się niewyspanym, niedomytym i nieubranym? Zresztą po tym, jak człowiek przez kilka lat nie pracował, nie bardzo nawet wie, jak się do tego zabrać. Wpadnięcie w bezdomność jest tąpnięciem, po którym trudno odzyskać wiarę w siebie. Gdy taka osoba przychodzi do nas, staramy się jej pokazać, jak może wykorzystać swoje doświadczenie. Być może trudno w to uwierzyć, ale 70 procent mieszkańców naszej placówki pracuje. Wszystko ma tu sprawiać wrażenie, że jest to przynajmniej namiastka domu. Ale wiadomo przecież, do cholery, że to nie jest ich dom! Przecież i oni to wiedzą, i ja to wiem. Kiedy w Wigilię składamy sobie życzenia, płaczą. Dziękują za to, co jest, ale uczciwie deklarują: „Wie pani, ale ja to bym chciał stąd pójść”.

Temat bezdomności jest w Polsce medialny, ale nie przekłada się to na realną poprawę sytuacji osób bezdomnych. Dlaczego?

Dla TVN Meteo śmiertelność osób bezdomnych zimą jest takim samym wskaźnikiem jak opad śniegu. Można powiedzieć, że spadło dwadzieścia centymetrów śniegu albo że zamarzło trzech bezdomnych. Na jedno wychodzi. Tam, gdzie zamarzło czterech, było pewnie trochę zimniej niż tam, gdzie zamarzło dwóch. Na wiosnę przylatują bociany, w zimie umierają bezdomni. Inna sprawa, że to właśnie zimą ludzie zdają sobie sprawę z tego, że nie ma bezdomności z wyboru. Mało prawdopodobne, żeby ktoś, kto zasypia na dziesięciostopniowym mrozie, sam wybrał swoją kondycję.

Zimą odbieram też sporo telefonów interwencyjnych. Niekiedy ludzie wręcz krzyczą na mnie: „Jak to nie ma pani wolnego miejsca? Przecież pani pomaga bezdomnym!”. Nie denerwuję się na nich, bo to dobrze, że są wrażliwi. Niech krzyczą, może ich krzyk przełoży się na zwiększenie liczby miejsc dostępnych w schroniskach. W tej chwili w pensjonacie „Święty Łazarz” przebywa pięćdziesiąt osób ponad stan. Ludzie śpią na materacach we wszystkich pomieszczeniach. Nawet w pokoju psychologa wygospodarowaliśmy miejsce dla bezdomnej pary.

Czy coś się w Polsce zmienia, jeśli chodzi o społeczne postrzeganie zjawiska bezdomności?

Bardzo dużo zrobił w tej sprawie papież Franciszek, który mówi o ubóstwie i o bezdomności w nowy sposób. Że człowiek bezdomny to nie jest ktoś, na kogo mam patrzeć z góry i komu mam pomagać z tego, co mi zbywa. To ktoś podobny do mnie.

Zawsze powtarzam, że za całym tym pomaganiem musi iść zmiana sposobu myślenia nas wszystkich. Bo ja też w swoim zabieganiu popełniam czasami błędy.

Kiedyś przyszedł do nas pan ubrany w puchową kurtkę. Śmierdział tak podle, że chłopaki się z nim awanturowali i chcieli mu tę nasiąkniętą moczem kurtkę zabrać. Do tego niewyraźnie mówił. Wpadłam na dół i wepchnęłam mu inną kurtkę, siłą wyrywając z rąk tamtą. Potem się okazało, że bardzo głupio się zachowałam, bo ta jego śmierdząca kurtka była znacznie lepsza. Miała puchowy kaptur i była na tyle duża, że mógł pod nią założyć kilka swetrów. To, że śmierdziała, nie miało dla niego żadnego znaczenia.

W pewnym momencie zobaczyłam, że ten człowiek ma bardzo poranione nogi. Mówię: „Musi pan iść do Lekarzy Nadziei” i daję mu adres. A on na to: „Ale po co?”. W tym momencie zrozumiałam. Co z tego, że on śmierdzi, że ma brudną kurtkę i że innej nie chce, skoro powinnam w pierwszej kolejności zapytać o te nogi? Ale on już nie chciał ze mną rozmawiać. To jeden z przypadków, w których straciłam swoją szansę.

W naszym ośrodku mamy taki sam węch jak każdy, stosujemy odświeżacze powietrza, otwieramy okna. Przecież ci ludzie wiedzą, że śmierdzą. Więc to musi wyjść od nas: „Woli pan najpierw zjeść czy się wykąpać?”. Czasami tego właśnie brakuje – zastanowienia się nad tym, co bym chciała, co bym chciał, żeby ktoś zrobił dla mnie.

***

Adriana Porowska jest pracownikiem socjalnym. Pełni funkcje dyrektorki Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej i kierownika Pensjonatu Socjalnego „Święty Łazarz”. Przewodnicząca Komisji Dialogu Społecznego ds. Bezdomności, współprzewodnicząca Komisji Ekspertów ds. Przeciwdziałania Bezdomności powołanej przez Rzecznika Praw Obywatelskich.