dwutygodnik internetowy
04.02.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Pora na rewizję historii białego człowieka

Wiecie, gdzie w Łodzi i Warszawie kupić można humus, zaatar bądź fajkę wodną? W sklepach pod szyldem: „Skład Towarów Kolonialnych”. Zamiast oburzać się na niewidzialne usta rynku, czas zmienić nasz tok myślenia o kolonializmie. Zacznijmy postrzegać go jako zbrodniczą ideologię, a nie jeden z wielu odrealnionych okresów historycznych w dziejach europejskiej cywilizacji.

 

W czasach rasizmu, ucisku i niesprawiedliwości, pojawiły się piękne stroje” – oto dewiza jednej z sieci sklepów odzieżowych w Azji Południowo-Wschodniej. Owymi czasami rasizmu i ucisku był okres brytyjskiego kolonializmu, pięknymi strojami zaś uniformy wiktoriańskich urzędników, określane przez sprzedawców jako ponadczasowe. Czyżby komuś zabrakło wrażliwości? Nie wydaje mi się. Świadczy o tym idealne skomponowanie powyższej dewizy z nazwą całej sieci. Charakterystyczne hełmy, zwiewne sukienki i bawełniane koszule – wszystko w stylu kolonialnym – nabyć możemy w sklepach pod imperialnie brzmiącą marką: „British India”.

 

Granda – powie ktoś lepiej rozeznany w światowej historii. Tonowałbym jednak odruchowe oburzenie na sprzedawców, przekraczających kolejne semantyczne i ideologiczne granice. Kwestia ta wymaga głębszego namysłu nad prostotą zasady popytu wpływającego na podaż. Wpierw należy zadać pytanie: kto to kupuje? Przypuszczalnie nie malezyjscy muzułmanie ani indonezyjscy nacjonaliści.

Azja Południowo-Wschodnia jest regionem świata o największej liczbie backpackersów na kilometr kwadratowy. Backpackersów, którzy stanowią – jak wiadomo – awangardę turystycznej mody, stylów, krojów i fasonów. I od pewnego czasu zauważyć można w tej coraz bardziej zunifikowanej grupie turystycznej pewien trend. W podróżniczo dobrym tonie jest zakładanie strojów stylizowanych na czasy kolonialnej dominacji. Dzięki nim, turyści ci mogą jeszcze mocniej doznać wyobrażonej egzotyki, podkreślając zarazem swój w niej status – romantycznego podróżnika na krańcu świata (nota bene „romantyzm” w tym kontekście jest pojęciem wybitnie nacechowanym europocentrycznie). Nic więc dziwnego, że sprzedawcy postanowili zarobić na owym nostalgicznym – dzisiejsi zachodni turyści są późnymi wnukami wczorajszych zachodnich kolonizatorów – trendzie.

 

Więcej niż o sprzedawcach, mówi zatem powyższa dewiza o nas. Myśliciele wywodzący się z nurtów nowej humanistyki, sporo miejsca poświęcają skolonizowanym umysłom, rozbierając je na czynniki pierwsze, reinterpretując zdarzenia, zachowania i słowa. To ważne, ale nie da się prawdziwie zdekonstruować kolonialnej (i postkolonialnej) relacji bez równie dogłębnej i obiektywnej analizy umysłów po stronie kolonizatorów. A jak widać bakcyl kolonializmu przetrwał i po jednej, i po drugiej stronie postkolonialnej przepaści. Bo czymże innym jest sprowadzanie ideologii kolonialnej, do z pozoru niewinnych kwestii estetycznych, jeśli nie zgodą na trwanie pewnego rodzaju dominacji symbolicznej, wpisującej się w imperialne kody europejskich opisów historii świata. Dokładnie tych, co do dziś pobudzają w turystach mit „podróżniczej przygody” na kształt XIX wiecznej beletrystyki podróżniczej.

Dlatego też przydałaby się rewizja naszej historii, pamięci historycznej, sieci skojarzeń. My – Europejczycy – do dziś mamy wielkie trudności z uczciwym przepracowaniem dziedzictwa zachodniego kolonializmu. W powszechnym odbiorze kolonializm traktowany jest w kategoriach zdepersonalizowanej, a tym samym abstrakcyjnej, epoki dziejowej. I tak uczy się o tym w szkołach, pisze się o tym w podręcznikach, myśli się o tym podczas pozaeuropejskich wakacji lub zakupów. Tymczasem kolonializm europejski był wymierną ideologią wyrażającą bardzo konkretne interesy. Między pierwszą a drugą perspektywą jest wielka różnica. Zauważmy – czym innym jest ubierać się w stylu epokowym, a czym innym w stylu zideologizowanym. Dlatego dopóki „epokowy” typ dyskursu nad kolonializmem górować będzie nad dyskursem „ideologicznym”, dopóty przeróżne bakcyle kolonializmu drzemiące w naszych postkolonizatorskich umysłach będą posiadać wygodne alibi. Czego skutkiem będzie nieprzemijająca deprecjacja znaczenia kolonializmu – na przykład jako dobrze kojarzącej się marki sklepu lub produktu.

 

By nie być gołosłownym. Wiecie, gdzie w Łodzi i Warszawie kupić można humus, zaatar bądź fajkę wodną? W sklepach pod szyldem: „Skład Towarów Kolonialnych”. Pod przykrywką historyzującej nazwy kryje się misternie zaplanowana i skonstruowana sklepowa atmosfera, mająca pobudzić pozytywne skojarzenia klienta. Narracja tejże atmosfery wydaje się banalnie prosta – by trwalej dotrzeć do konsumenckich zmysłów, podświadomości i emocji – już za progiem sklepu orientalność miesza się z egzotyką, egzotyka z orientalnością. To dwa pojęcia-wytrychy, wyjątkowo trudne do zdefiniowania semantycznego, niesprawiające zarazem problemów podczas definiowania emocjonalnego. Kulminacją narracji jest podsumowanie egzotyki i orientu szyldem europejskiego kolonializmu. W ten sposób na Marszałkowskiej i Piotrkowskiej wpadamy dokładnie w tę samą pułapkę ugrzęźnięcia w fałszywych koleinach kolonialnych skojarzeń. Klientom, z imperialnie europocentrycznym samozadowoleniem, tak przedstawiony kolonializm kojarzy się z przygodową sielanką, romantyczną malowniczością i tajemniczością dalekiego świata, a nie z wyzyskiem, dominacją i przelaną krwią – czyli tym, co sprawiało, że towary „kolonialne” trafić mogły onegdaj na rynki „metropolitalne”.

Frantz Fanon pisał, że to „zniewolenie umysłu skolonizowanego, a nie armaty i bagnety, stanowi najsolidniejszy filar, na którym oparty jest kolonializm”. Dlatego trzeba zwracać uwagę nawet na najdrobniejsze próby współczesnego pielęgnowania bakcyla kolonializmu, tuszowania znaczenia czasów europejskiej dominacji nad światem czy urynkowienia symbolicznego wymiaru tejże dominacji. I trzeba być przy tym bardzo uważnym, albowiem za pomocą naszych romantycznych skojarzeń, próbują dotrzeć do nas najlepsi znawcy naszych pragnień i nostalgii – tuzy marketingu. Nasza nostalgia za wyobrażonymi czasami kolonialnymi, obojętne, czy wyrażająca się w fantazjowaniu o wielkim afrykańskim polowaniu, czy malowniczości egzotycznych towarów i symboli europejskiego panowania, okazuje się być ekonomicznie cenna. A rynek zawsze dzielnie pracuje na rzecz naszych marzeń i fantazji, w tym przypadku kosztem podtrzymania deprecjacji znaczenia kolonializmu.

 

Zamiast oburzać się na niewidzialne usta rynku, czas zmienić nasz tok myślenia o kolonializmie. Zacznijmy postrzegać go jako zbrodniczą ideologię, a nie jeden z wielu odrealnionych okresów historycznych w dziejach europejskiej cywilizacji. Koniec końców, to od nas zależy, czy owe bluzki w stylu kolonialnym rzeczywiście będą – jak postuluje właściciel „British India” – ponadczasowe.

 

Przeczytaj inne teksty Autora.