dwutygodnik internetowy
10.02.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Popławski: stracony rok. O konflikcie w środkowej Afryce.

Konflikt ten rzeczywiście przeistacza się powoli w wojnę religijną, ale przyczyny jego są głęboko zakorzenione w historii, polityce i gospodarce, a nie w prawdach wiary.

ilustr.: Agnieszka Wiśniewska

Dziś można powiedzieć, że muzułmanie walczą z chrześcijanami. Konflikt ten rzeczywiście przeistacza się powoli w wojnę religijną, ale przyczyny jego są głęboko zakorzenione w historii, polityce i gospodarce, a nie w prawdach wiary.
O konflikcie w Republice Środkowoafrykańskim z Błażejem Popławskim* rozmawia Paweł Cywiński.
 
„Kapucyni zostawieni sami sobie. Na pastwę muzułmanów z Seleki” – oto jest jeden z tytułów, na jaki natrafić możemy w polskich mediach relacjonujących konflikt w Republice Środkowoafrykańskiej. Czy sugestia zawarta w tym artykule, że chrześcijanie znowu są prześladowani przez muzułmanów w Afryce jest uprawniona?
W Republice Środkowoafrykańskiej dochodzi do czystek religijno-etnicznych o znamionach ludobójstwa. Konflikt ten trwa już długo i jego charakter stopniowo ewoluuje. W polskich mediach mówi się o tym bardzo mało i zazwyczaj niewłaściwie opisuje się jego przyczyny. Opowieść w konwencji Huntingtonowskiego „zderzenia cywilizacji”, mimo że jest chwytliwa, niewiele nam wyjaśnia.
 
W takim razie gdzie powinniśmy doszukiwać się przyczyn tego konfliktu?
Początkowo – mówimy o przełomie 2012 i 2013 roku – wojna ta miała charakter zemsty marginalizowanych politycznie i ekonomicznie ludów północy na mieszkańcach południa kraju. Przypomnijmy, w wielu państwach tej części Afryki dostrzec można podział na muzułmańską północ i chrześcijańskie południe. Dystynkcje te, związane z dziejami islamizacji i chrystianizacji, stały się katalizatorami wojen domowych w Nigerii czy w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Centra polityczno-gospodarcze, ulokowane na południu zawsze kumulowały władzę, wyłączając z niej ludy północy. Podobnie przedstawiała się kwestia podziału zysków z eksportu surowców – w przypadku Republiki Środkowoafrykańskiej: złota, diamentów i uranu. Jeśli władza i pieniądze są zawłaszczone przez wąską elitę etniczno-religijną, w pewnym momencie musi nastąpić wybuch gniewu ludów pokrzywdzonych.
 
Czyli motywy „muzułmanów Seleki” nie były religijne?
Atak oddziałów Seleka (przyp. red.: w języku sango – Przymierze) był sprzeciwem przedstawicieli zislamizowanych grup etnicznych wobec wykluczenia politycznego i gospodarczego. Po zdobyciu stołecznego Bangi i obaleniu w marcu 2013 roku prezydenta sytuacja zmieniła się. Oddziały rebeliantów nie zachowały się – mimo deklaracji – jak „wojsko narodowowyzwoleńcze”, lecz niczym armia okupacyjna. Stolicę splądrowano, a zrabowane mienie wywieziono na północ, w stronę granicy z Czadem. To w oczywisty sposób potwierdziło polityczno-ekonomiczne podłoże konfliktu, a także jego uwikłanie transnarodowe i plemienne.
 
Jednakże, w pewnym momencie, zarówno w stolicy, jak i w głębokim interiorze fala przemocy zaczęła szybko narastać. Dziś można powiedzieć, że muzułmanie walczą z chrześcijanami. Konflikt ten rzeczywiście przeistacza się powoli w wojnę religijną, ale przyczyny jego są głęboko zakorzenione w historii, polityce i gospodarce, a nie w prawdach wiary.
 
Skoro wojna domowa w Republice Środkowoafrykańskiej trwa od końca 2012 roku, to dlaczego słyszymy o niej dopiero teraz?
Tematyka środkowoafrykańska zagościła w polskich mediach w dwóch kontekstach. Po pierwsze, rok 2014 to dwudziesta rocznica ludobójstwa w Rwandzie. W 1994 roku z rąk Hutu śmierć poniosło blisko milion Tutsi. Teraz społeczność międzynarodowa boi się „powtórki z historii”. Stąd apele organizacji pozarządowych o przeciwdziałanie eskalacji przemocy w Republice Środkowoafrykańskiej, o zapobieżenie ludobójstwu. I tak skonstruowany „kontekst rocznicowy” skupia uwagę mediów na Republice, w której – to musimy wyraźnie podkreślić – sytuacja jest „stabilnie zła” od przeszło roku.
 
Czyli społeczność międzynarodowa dość sprytnie wykorzystała narrację wokół naszych skojarzeń, aby zaalarmować opinię publiczną?
Możemy tak stwierdzić. Zaryzykuję tezę, że gdyby nie rocznica ludobójstwa w Rwandzie, to wojna domowa w Syrii przytłumiłaby jakąkolwiek refleksję medialną nad czystkami, do których dochodzi od kilkunastu miesięcy w Republice Środkowoafrykańskiej. Po prostu w Syrii ginie więcej ludzi. Podobnie rzecz się miała z wojną domową w Wybrzeżu Kości Słoniowej, zbagatelizowaną medialnie z racji wybuchu rewolucji libijskiej w 2011 roku. Swoją drogą, znamienne jest to, że o Afryce mówi się w polskich mediach głównie w negatywnym kontekście, zazwyczaj gdy dochodzi do przerażających aktów ludobójstwa. Nie najlepiej to o naszych żurnalistach świadczy.
 
A jaki jest drugi kontekst pojawienia się tego tematu w polskich mediach?
Drugi wymiar medialnej narracji wokół wojny w Republice Środkowoafrykańskiej wiąże się z decyzją o udziale Polaków w operacji MISCA (przyp. red.: Mission Internationale de Soutien à la Centrafrique sous Conduite Africaine – Międzynarodowej Misji Wsparcia w Republice Środkowoafrykańskiej pod Dowództwem Sił Afrykańskich) oraz z dyskusją o polskich misjonarzach, którzy nie zdecydowali się na ewakuację z terenu objętego walkami. Ten aspekt dziennikarskiej problematyzacji konfliktu środkowoafrykańskiego jest z kolei dla mnie w pełni zrozumiały: piszemy o tym, co dotyczy nas bezpośrednio. Choć szkoda, że tak późno. Gdyby społeczność międzynarodowa – zarówno politycy, jak i media – zareagowali wcześniej, nie doszłoby do rozpadu Republiki Środkowoafrykańskiej, a widmo ludobójstwa nie byłoby tak bliskie.
 
Czy Republikę Środkowoafrykańską nazwać można już „państwem upadłym”? Kto w ogóle w nim sprawuje dzisiaj władzę?
Kraj ten upadł „niepostrzeżenie” już jakiś czas temu. Władze w Bangi od wielu lat sprawowały jedynie nominalną jurysdykcję nad północną częścią kraju. Region przy granicy z Czadem, Sudanem i Sudanem Południowym kontrolowany jest przez samozwańczych watażków, liderów partyzantek etniczno-religijnych. Nawet ugandyjska Boża Armia Oporu uczyniła z tego obszaru swój ośrodek szkoleniowy.
 
Obecna prezydent Republiki Środkowoafrykańskiej – wybrana pod koniec stycznia 2014 roku Catherine Samba-Panza – jest politykiem umiarkowanym, chrześcijanką, byłą burmistrz Bangi. Jednakże nie posiada ona miru społecznego. W ostatnich wyborach, przeprowadzonych przez członków parlamentu, z trudem pokonała Desire Kolingbę i Sylvaina Patasse, synów byłych prezydentów. To wszystko razem jasno wskazuje na brak jakiejkolwiek dojrzałej klasy politycznej, niedostatki kultury obywatelskiej i słabość demokracji środkowoafrykańskiej.
 
Jedynym gwarantem stabilizacji jest obecnie kontyngent francuski, który stara się utrzymać kontrolę w Bangi. O potencjale oddziałów afrykańskich wchodzących w skład MISCA wolałbym się nie wypowiadać. Bez zwiększenia kontyngentów francuskich sytuacja w Republice nie ustabilizuje się szybko.
 
Polityka Paryża wobec Bangi pełna jest sprzeczności. François Bozizé rok temu prosił Francję o pomoc. François Hollande nie zdecydował się na interwencję. Zmienił swą decyzję dopiero w grudniu 2013 roku. Jak pan ocenia postawę Paryża wobec swojej byłej kolonii?
Francja – jako była metropolia kolonialna – przez półtorej dekady wspierała krwawego tyrana Jean-Bédela Bokassę, dyktatora rządzącego tzw. Cesarstwem Środkowoafrykańskim w latach 1966–1979. Odwiedzał go na przykład regularnie prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing – miłośnik diamentów i łowów na dzikiego zwierza, z pobłażaniem traktujący doniesienia o ekscentrycznych upodobaniach seksualno-kulinarnych Bokassy. Dla Francji liczyły się diamenty, złoża uranu, oraz geostrategiczne położenie Republiki Środkowoafrykańskiej.
 
Decyzja o sformowaniu MISCA jest moim zdaniem słuszna, potrzebna i spóźniona o rok. Czy wzrost aktywności Paryża w Afryce to reanimacja neokolonialnej formuły Françafrique – czas pokaże. Jestem sceptyczny wobec ideowych deklaracji polityków europejskich – zazwyczaj bowiem za kontyngentami żołnierzy do Afryki przybywają inwestorzy, licząc na intratne kontrakty. Tym bardziej należy docenić bezinteresowne de facto zaangażowanie Polaków w MISCA.
 
Rozumiem, że popiera pan decyzję polskich władz o udziale w misji stabilizacyjnej?
Uważam, że Polska powinna angażować się w misje stabilizacyjne z samego faktu członkostwa w UE, czy ONZ. Operacje te są Afryce potrzebne, a Polacy posiadają z kolei doświadczenie i skromny potencjał do ich realizowania. Do tego, udział w tego rodzaju operacjach mechanicznie podnosi prestiż i podmiotowość kraju. Tak działo się w realiach zimnowojennych, gdy wysyłaliśmy Polaków na misje w Nigerii (1968-1970) czy Etiopii (1985-1987) – tak dzieje się również obecnie.
 
A jak ocenia pan decyzje polskich misjonarzy o pozostaniu w Republice Środkowoafrykańskiej?
Trudno jest oceniać taką postawę. Ich decyzja o pozostaniu w Republice Środkowoafrykańskiej jest z pewnością dowodem wiary i troski o parafian. Stają się oni symbolicznymi świadkami ludobójstwa – to rola trudna, ale niesłychanie ważna i potrzebna. Jednak wysuwane przez misjonarzy apele o pomoc, w tym opiekę militarną, wskazują na niezrozumienie charakteru zaangażowania się Polski w MISCA. Polskie władze nie wysłały do Afryki spec-oddziałów, poprzestały – skądinąd racjonalnie – na pomocy w transporcie lotniczym i logistyce. Apele misjonarzy noszą zatem znamiona zbytniej „roszczeniowości”. MSZ zaoferował pomoc w ewakuacji, którą misjonarze nieracjonalnie odrzucili. Może jednak „logika” i „racjonalność” to niewłaściwe słowa, gdy opisuje się postawy wiary i religijności…
 
Jak, pana zdaniem, będzie się rozwijać sytuacja w Republice Środkowoafrykańskiej?
Mieć należy nadzieję, że MISCA szybko uspokoi sytuację w stolicy. Wkrótce oddziały wojskowe powinny zająć – zapewne desantem powietrznym – przyczółki wewnątrz kraju. Stworzone zostaną strefy bezpieczeństwa, do których kierować się będą mogli uchodźcy (szacuje się, że ponad połowa pięciomilionowej populacji tego kraju jest dotknięta koszmarem wojny). Ich dobro powinno być teraz priorytetem. Kolejny etap misji to pacyfikacja sytuacji w północnym regionie kraju. Bez zwiększenia kontyngentów europejskich konflikt ten znacznie się wydłuży.
 
Błażej Popławski, dr historii, socjolog, członek Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego i „Kultury Liberalnej”