dwutygodnik internetowy
27.03.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Popielawska: Od liderów Europy możemy oczekiwać więcej

Unia to klub, w którym uważano, że są pewne granice. Okazuje się, że środki nacisku dyplomatycznego czy politycznego nie wystarczają, a rząd nic sobie nie robi z krytyki.

ilustr.: Ola Fabia

ilustr.: Ola Fabia

Z Joanną Popielawską rozmawia Jakub Szymik.

JAKUB SZYMIK: Wywiad publikujemy dwa dni po 25 marca 2017 roku, czyli sześćdziesiątej rocznicy podpisania traktatów rzymskich. Czy ta rocznica może być punktem, w którym unijny impas zostanie przełamany?

JOANNA POPIELAWSKA: Chciałabym powiedzieć, że tak. W końcu mamy okrągłą rocznicę traktatów założycielskich, która skłania ludzi do refleksji, ale także budzi oczekiwania co do tego, co się będzie dalej z Unią działo. Niestety, ta rocznica wypada w bardzo trudnym roku wyborczym w Europie, kalendarz uniemożliwia więc podjęcie poważniejszych decyzji co do przyszłości Unii. Przed nami seria wyborów parlamentarnych w kluczowych państwach członkowskich. Najpierw w Holandii, jeszcze przed rocznicą podpisania Traktatów [przyp. red. – wybory w Holandii zakończyły się utrzymaniem poparcia dla obecnego, liberalnego rządu]. Później we Francji, w Niemczech, a jeszcze w międzyczasie prawdopodobnie we Włoszech.

Czy te wybory są faktycznie aż tak istotne?

W przypadku Francji już można powiedzieć, że na pewno doprowadzą do zmiany władzy. Nie można też całkowicie wykluczyć scenariusza, w którym wygrywa Marine Le Pen, czyli przywódczyni ruchu antyunijnego. Taki wynik wyborów wywróciłby do góry nogami dotychczasowy układ sił w Europie. Możemy jeszcze mieć nadzieję, że do tego nie dojdzie, natomiast na pewno socjaliści odejdą od władzy, co samo w sobie będzie istotną zmianą. Na jesieni mamy wybory w Niemczech, których wynik jest kluczowy dla Europy, ze względu na rolę jaką odgrywają Niemcy w Unii. Wszyscy ważni gracze ze swoimi decyzjami będą więc czekać na rozstrzygnięcie tych wyborów. Odbędą się zatem wzniosłe obchody rocznicy traktatów: przywódcy spotkają się w Rzymie, przyjmą deklarację, w której zostaną zapisane ogólne pomysły dotyczące przyszłości Unii, ale żadne konkrety nie zostaną uzgodnione.

W Polsce media promują narrację dotyczącą kryzysu w Unii Europejskiej i podkreślają, że znajduje się ona na rozdrożu. Mimo to, niezależnie od wyników wyborów w Niemczech, prounijny kurs przez wiele krajów zostanie utrzymany, a wiele państw wciąż wydaje się usatysfakcjonowanych efektami działania wspólnoty. Czy rzeczywiście ten kryzys jest tak potężny, że wszystkie państwa rozważają rozprężenie stosunków z UE?

Oczywiście, że tak nie jest. Pierwszy etap kryzysu przyszedł wraz z Brexitem. Wszyscy liczyli na to, że Brytyjczycy opowiedzą się za pozostaniem w Unii, tymczasem efekt zaskoczył obserwatorów. To referendum nakręciło populistów w innych państwach. Obserwowaliśmy ważne wybory w Austrii, w których losy prezydentury ważyły się między dwoma kandydatami spoza mainstreamu – ze skrajnej prawicy i z ruchu zielonych. W innych krajach również przybrały na sile eurosceptyczne czy wręcz antyunijne ruchy, takie jak francuski Front Narodowy czy holenderska Partia Wolności. Nie jest tak, że we wszystkich państwa członkowskich ma miejsce wzrost antyunijnego populizmu, ale tych kilka przykładów przyczyniło się do wszechobecnego przekonania, że Unia na poważnie traci poparcie społeczne i pogrąża się w kryzysie.

Ale czy nie jest przypadkiem tak, że Unia przez całą swoją historię jest w ciągłym kryzysie? Przypomnijmy chociażby europejskie referendum konstytucyjne, które zakończyło się fiaskiem. Czy to po prostu nie jest styl działania UE: niemożność zadowolenia obywateli, ale jednak trwanie pomimo kryzysu?

Działanie Unii opiera się na ciągłych negocjacjach i wypracowywaniu kompromisów, które nigdy nie są idealne. Dotychczas Europa faktycznie wychodziła z kolejnych kryzysów bardziej zintegrowana – taki jest efekt na przykład ostatniego kryzysu gospodarczego z 2008 roku, który doprowadził do zacieśnienia integracji w strefie Euro. Dzisiaj mamy natomiast sytuację bez precedensu: Wielka Brytania powiedziała „dziękuję, wychodzę”. Doświadczone kryzysem gospodarczym społeczeństwa Zachodu dystansują się od Unii, a do tego w niektórych stolicach, w tym w Warszawie, pojawiają się władze, które nie są zainteresowane zacieśnieniem współpracy. Wszystko razem składa się na dzisiejszy kryzys polityczny w Unii.

Są jednak powody, dla których ludzie wybierają populistów. Czy przeciwnicy integracji nie mają trochę racji w diagnozach, które stawiają, zarzucając Unii oderwanie od rzeczywistości obywatelskiej i skupianie się na regulacjach dla biznesu?

Politycy krajowi uwielbiają obwiniać Brukselę za niewygodne działania, co prowadzi do problemów z jej odbiorem przez obywateli. Dodatkowo, nikt nie stara się tłumaczyć decyzji, które narażają UE na śmieszność i zarzut przeregulowania – mimo że takie dotyczące na przykład regulacji napięcia w odkurzaczu są merytorycznie uzasadnione, w świat idzie inny komunikat. Można natomiast zastanowić się, czy faktycznie tych regulacji nie jest za dużo…

A może mogłaby być nie tyle mniejsza, co mądrzejsza? Jaka byłaby pani fantazja na temat „mądrej Unii”? Być może regulacja przepływu dóbr i towarów już nie wystarcza, a w zamian obywatele oczekują większej responsywności na kwestie rodem z ich codziennego życia?

Takimi kwestiami Unia też się zajmuje – przywiozło mnie tu choćby wygodne metro, zbudowane w końcu z unijnych funduszy. Ale na poważnie – ja osobiście recepty nie zaproponuję. Na pewno bardzo dużą odpowiedzialność ponoszą krajowi politycy, bo to oni muszą przestać stosować retorykę „my-oni”, „ta Bruksela”. Państwa członkowskie są częścią Unii i to, jak ona będzie wyglądać, zależy głównie od nich. My jako obywatele również mamy możliwość wpływu – wybieramy władze krajowe, możemy też bezpośrednio głosować na swoich posłów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Zainteresujmy się tym, co oni robią, napiszmy do nich. Spróbujmy wpłynąć na decyzje, które podejmują.

Spójrzmy jednak na przykład szeroko dyskutowanej na forum instytucji unijnych kwestii równości płci, która jest tematem mocno politycznym. Nawet propozycje przedstawiane przez partie lewicowe, takie jak Europejscy Socjaliści i Demokraci, to regulacje dotyczące parytetów płci w zarządach spółek, uczestnictwa politycznego kobiet. Doceniam je, ale to rozwiązania, które poprawiają sytuację już uprzywilejowanych! Gdzie tu korzyść dla przeciętnej Kowalskiej?

To jest podstawowy problem, że w instytucjach europejskich, a szczególnie w Parlamencie, robi się wiele hałasu wokół tematów światopoglądowych, a na koniec dnia okazuje się, że Parlament, a również i Komisja nie mają kompetencji w tym zakresie. To są na ogół inicjatywy polityczne, które kończą się rezolucjami bez mocy prawnej i nie mają wpływu na rzeczywistość. Efekt jest taki, że zwolenników takich rozwiązań to cieszy, a przeciwników denerwuje.

Ale być może to jest powód społecznego oporu: Unia nie ma narzędzi lub nie chce zaangażować się w tematy, które budzą emocje, które są naprawdę polityczne. Jedynym działaniem PE podjętym w sprawie polskiej sytuacji praw kobiet jest podjęcie rezolucji, która tylko obnaża brukselską bezsilność.

Tak jak mówiłam, w mojej ocenie to błąd polityków, którzy rozbudzają takimi inicjatywami oczekiwania co do działań instytucji, których te w rzeczywistości podjąć nie mogą, ponieważ nie mają takich kompetencji. Z drugiej strony, gdy problem jest poważny, warto zwrócić na niego uwagę taką debatą i starać się w ten sposób wywrzeć presję polityczną, w tym przypadku na Warszawę. Trzeba się tylko liczyć z tym, że w przypadku rządu PiS efekt może być odwrotny od zamierzonego…

Czy prawdziwe upolitycznienie na przykład Parlamentu Europejskiego jest jednak w ogóle możliwe? Pierwsze dwa i pół roku bieżącej kadencji było czasem wielkiej koalicji między socjalistami a chadekami. Jak w takich warunkach w ogóle prowadzić dyskusję o wartościach?

Taka koalicja to nie jest koalicja, jaką znamy z Sejmu czy Senatu. Nie jest ona odpowiedzialna za działania „rządu”, nie stanowi jego politycznego zaplecza. Ta koalicja jest o tyle polityczna, że partie podzieliły się stanowiskami. I później rzeczywiście starają się uzgodnić najważniejsze decyzje legislacyjne między sobą, gwarantując im w ten sposób potrzebną większość. Natomiast na poziomie rezolucji dotyczących wartości czy ideologii, na przykład wspomnianych praw kobiet, frakcje lewicowe wychodziły ze swoimi propozycjami i ta koalicja po prostu nie istniała.

To jaki był jej sens?

Taki właśnie jak mówię. Podział stanowisk politycznych i wpływu na decyzje legislacyjne. W ostatnich miesiącach doszło do zmiany, ponieważ „rozpadła się” koalicja chadeków z socjalistami – socjaliści nie chcieli bez walki oddać stanowiska szefa parlamentu, co zaburzyło tradycyjny sposób dogadywania się między największymi frakcjami. Tym razem szef socjalistów postanowił zrobić inaczej. Wszystkich tym zaskoczył i chyba sam na koniec nie najlepiej na tym wyszedł. I rzeczywiście w efekcie doszło do zwarcia szeregów między liberałami a chadekami.

Rysuje się z tego następujący obraz: w Brukseli, mimo głębokich różnic ideologicznych, na serio chce nam się sprzeczać tylko o stanowiska. Nie dziwię się, że obywatele niezbyt interesują się unijnym podziałem stołków…

Spór w Parlamencie Europejskim toczy się dziś o co innego. Oś podziału aliansów politycznych coraz wyraźniej przebiega między frakcjami proeuropejskimi a eurosceptycznymi. Oczywiście nie było tak, że socjaliści z chadekami się we wszystkim doskonale dogadywali. Zawsze były jakieś tarcia, na przykład w przypadku regulacji środowiskowych.

To może inaczej – gdzie w Parlamencie Europejskim znajdziemy jakikolwiek ślad autentycznego zaangażowania posłów lub posłanek, który udowodni, że nie wybieramy armii 751 robotów w garniturach?

Polecam włączenie sobie Guya Verhofstadta – gdy przemawia na sesji plenarnej, debata nabiera rumieńców.

Jak mamy uważać Parlament Europejski za jakąś demokratyczną emanację wybraną w niezależnych wyborach, skoro ich największy spór od lat odbywa się o podział stanowisk, a nie o polityczne rozwiązania czy kierunki działania?

Nie mogę się z tym zgodzić. Ten spór przyciąga uwagę i budzi emocje, ale to nie jest tak, że chodzi tylko o podział stanowisk. W Parlamencie zapadają bardzo ważne decyzje, które dotyczą wszystkich obywateli w Unii i będą miały wpływ na ich życie przez dziesięciolecia. To są prawdziwe batalie.

Okej, jestem obywatelem, który chce się zainteresować tym, co dzieje się w Parlamencie Europejskim. Z polskich mediów niewiele się dowiem, strony internetowe instytucji UE to jazda bez trzymanki przez labirynt dokumentów. Nie jest łatwo.

Każdy poseł do Parlamentu Europejskiego ma ogromny jak na polskie warunki budżet na prowadzenie biura, działalność publiczną, komunikowanie tego, co robi. W efekcie niemal każdy z nich ma porządną stronę internetową, biura poselskie z ludźmi, którzy są na miejscu dostępni dla obywateli. Jest możliwość profesjonalnego zorganizowania swojej pracy, więc z pewnością do europarlamentarzysty będzie łatwiej dotrzeć niż do posła na Sejm RP. Posłowie mogą też zaprosić na własny koszt wyborców do Brukseli i pokazać im, co robią. Zalecałabym trochę własnej inicjatywy, w tym rozliczanie tych posłów, którzy pomimo tych środków finansowych nie angażują się w dialog z obywatelami.

To cały czas są rozwiązania dla prymusów: zainteresujesz się, to w nagrodę pojedziesz do Brukseli, dostaniesz dwanaście złotych gwiazdek i torbę z logo frakcji. Większość ludzi jednak nie będzie chętna zaangażować się w ten sposób.

To ja mogę tylko apelować do mediów, żeby pisały o tych sprawach.

Czy nie jest tak, że posłowie nie dbają o włączenie w europejskie współdecydowanie pewnych grup społecznych, o których interesie też na poziomie unijnym się dyskutuje?

Wracając myślami do czasów, kiedy pracowałam w biurze europosła, muszę stwierdzić, że nie jest łatwo wciągnąć ludzi do dyskusji. Pracując przy jakimś akcie prawnym, zawsze aktywnie poszukiwaliśmy kontaktu z wyborcami. Pytaliśmy nie tylko o stanowisko polskiego rządu, ale także polskiego konsumenta i polskiego biznesu.

Prawda jest taka, że Polacy dopiero uczą się wpływania na proces decyzyjny w Brukseli. I nie wszystkie polskie stowarzyszenia biznesowe mają swoje przedstawicielstwa przy Unii Europejskiej, które śledzą przebieg procesów legislacyjnych. Podobnie z organizacjami konsumenckimi.

Trudno stawiać na szali głos środowiska biznesowego, który ma zasoby ludzkie, czasowe i finansowe, żeby aktywnie zabiegać o uwagę eurodeputowanych, z głosem pojedynczego obywatela…

Duży biznes, głównie międzynarodowe korporacje, przeznacza fundusze na firmy lobbingowe i budowanie innych kanałów wpływu, które, swoją drogą, są bardzo ściśle regulowane. Organizacje konsumenckie w Brukseli również są bardzo dobrze zorganizowane. Ja osobiście nie spotkałam się z taką nierównowagą, aczkolwiek mogę ją sobie wyobrazić. Jakieś kanały wpływu dla obywateli są, ale faktycznie warto zastanowić się, co mogłoby działać lepiej.

Czyli jednak z tą reprezentacją głosu obywateli UE wszystko w porządku?

Zdecydowanie nie. To jest zresztą główna refleksja, która towarzyszy teraz wszystkim spotkaniom na poziomie szefów rządów. Tusk czy Juncker mocno głowią się nad tym, jak rozwiązać kwestię komunikacji z obywatelem.

Na pewno trzeba zacząć od liderów politycznych. Nie może być tak, że oni, jadąc do Brukseli, nakręcają się, że będą walczyć o narodowy interes. Po czym wracają i mówią, że wywalczyli. Obserwatorzy polityki w Brukseli twierdzą, że kiedyś liderzy mieli większe poczucie wspólnoty i nie wstydzili się decyzji podejmowanych dla dobra wszystkich Europejczyków, a nie tylko dla Włochów, Belgów czy Polaków. Przywódcy, także unijnych instytucji, mają więc dużą rolę do odegrania w poprawie wizerunku Unii i pokazaniu, że leży jej na sercu los unijnych obywateli. Temu powinny towarzyszyć mechanizmy wciągania ludzi w decyzje, które są w Brukseli podejmowane, inne niż wybory do Parlamentu Europejskiego. Jakie konkretnie? Mamy już Europejską Inicjatywę Obywatelską – jest trudna do złożenia, ale możliwa.

Wciąż trzymamy się jednak wektora spływania władzy od decydentów do obywateli. Nie jest błędem trzymanie się tego kierunku myślenia zamiast próby przyjęcia działania energii oddolnej?

Ja nie mówię, że politycy to wymyślą sami, wręcz nie powinni. Chodzi mi bardziej o to, że muszą sobie uświadomić, jakie realne skutki może mieć budowana przez nich narracja – bardzo boleśnie przekonał się o tym David Cameron, który przecież nie chciał wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii.

Poruszyła pani kwestię Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej. To też jest przykład instytucji, która jest pomyślana jako bardzo demokratyczny mechanizm. Ale ostatecznie okazuje się, że jej sposób działania – zsynchronizowanie zbierania poparcia w siedmiu krajach – jest barierą nie do przeskoczenia.

A jednak niektórym inicjatorom udało się zebrać potrzebne podpisy, z tego co pamiętam w co najmniej trzech przypadkach.

Na pewno petycja o prawo dostępu do wody była skutecznie przeprowadzoną inicjatywą obywatelską.

Skutecznie, bo unijne instytucje faktycznie zajęły się tym problemem, co nie znaczy, że zajmą się każdym. Na pewno jest kilka inicjatyw, w których udało się zebrać podpisy. Przygotowanie takiej inicjatywy to jednak jest, jak się na to spojrzy z zewnątrz, kosmiczne przedsięwzięcie. Ale trzeba również pamiętać o tym, że inicjatywa musi być reprezentatywna. Dlatego pomysł na ten algorytm jest taki, a nie inny.

Podsumowując: na poziomie europejskim, jeśli mam propozycję zmiany, muszę osobiście, jako obywatel, znaleźć współorganizatorów w siedmiu krajach członkowskich, zebrać milion podpisów w odpowiedniej proporcji, które mogą trafić do jakiejś próżni ponad tysiąc kilometrów ode mnie i pogodzić się z tym, że dajemy Komisji „czas na rozgrzewkę” i możliwość powiedzenia, że zupełnie ich to nie interesuje. Nic dziwnego, że to zniechęca…

To jest tak: problem z Unią Europejską polega na tym, że ona podejmuje decyzje, które my widzimy w życiu codziennym dopiero po kilku latach. Generalnie nasze kanały wpływu, pośrednicy naszego oddziaływania na Brukselę, to nie są tylko europosłowie, ale przede wszystkim rząd. W unijnym procesie decyzyjnym zawsze współdecydują rządy razem z europosłami. Przy każdej większej decyzji rząd musi przyjąć oficjalne stanowisko. Już na etapie tworzenia tego stanowiska jest ono konsultowane publicznie. Można zgłosić swoje uwagi. Znowu trzeba się tym zainteresować, to prawda.

Są również takie sprawy, w których możemy po prostu wyrazić swój sprzeciw, angażując się w głośne akcje społeczne. Jak sprawa jest bardzo kontrowersyjna, na przykład ACTA czy umowy handlowe, to może się skończyć tak, że Parlament czy polski rząd nie dadzą zgody na podpisanie tej umowy pod presją powszechnego protestu.

To nie jest tak, że my kompletnie jesteśmy bezbronni wobec tego, co Unia robi.

Skoro przechodzimy do stanowisk i roli rządów – Polska pozycja w strukturach europejskich na przestrzeni ostatnich dwóch lat zmieniła się o 180 stopni. Komisja Europejska prowadzi procedurę kontroli praworządności przeciwko Polsce. Znowu mamy Komisję, która próbuje się licytować na groźby, przedstawia stanowiska, wspomina o wykluczeniu Polski z głosowania w Radzie. Ale czy ich realizacja jest choćby w najmniejszym stopniu prawdopodobna?

Moim zdaniem w bardzo niewielkim. Zacznę od jednego z największych paradoksów ustroju Unii Europejskiej – w obszarze praworządności UE ma narzędzia nacisku wtedy, gdy państwo kandyduje do Unii. Po wejściu, te mechanizmy nie są już tak oczywiste. Traktat mówi, że państwo członkowskie musi przestrzegać zasad praworządności, ale przy najmniejszym zastrzeżeniu pozostaje wyłącznie możliwość użycia „nuklearnego” artykułu siódmego. Brakuje możliwości realnych działań w międzyczasie, a co więcej kompetencje poszczególnych instytucji są niedopowiedziane.

W rozumieniu Komisji Europejskiej podejmowanie próby dialogu ze stolicą państwa członkowskiego jest narzędziem nacisku. Procedura ta jest nieformalna, nieujęta w traktacie. Z ich perspektywy sam fakt rozpoczęcia tej procedury powinien wystarczyć, by rząd wycofał się z kontrowersyjnych decyzji. W przypadku polskiego rządu tak się nie stało.

Trafiła kosa na kamień?

Komisja trafiła na takiego przeciwnika, na jakiego trafiła. Władza w Polsce założyła po prostu, że się z tych zmian nie wycofa, ponieważ będzie ją to za dużo kosztowało w polityce wewnętrznej. Mało tego, kwestionuje w ogóle kompetencje Komisji w tym obszarze. Dla jasności, poprzedni rząd też je kwestionował, podobnie jak inne państwa członkowskie.

Jak to wyglądało wcześniej?

Rozmowa na temat roli Unii Europejskiej w pilnowaniu przestrzegania zasad prawa w państwach członkowskich toczy się już od jakiegoś czasu nie tylko w Komisji Europejskiej, ale też w Radzie, a jej powodem była sytuacja na Węgrzech. Mamy tak zwaną radę do Spraw Ogólnych, w której zasiadają ministrowie do spraw europejskich, i oni rozmawiają o praworządności w krajach Unii, ale w sposób ogólny, w myśl zasady: „Dla utrzymania politycznej poprawności nie będziemy nikogo wymieniać z imienia i nazwiska”. To może się jednak za sprawą rządu PiS wkrótce zmienić – komisarz Timmermans zapowiedział już, że wystąpi o przeprowadzenie takiej rozmowy na Radzie konkretnie o sytuacji w Polsce.

Dialog Komisji z rządem trwa od ponad roku, z czego ostatnie kilka miesięcy poświęcono na zupełnie bezowocną wymianę listów. Władze w Polsce pozostają absolutnie oporne na argumenty Brukseli. Wskutek tego Komisja jest w kropce i właściwie powinna przejść do uruchomienia artykułu siódmego, czyli procedury, która ewentualnie mogłaby doprowadzić do nałożenia sankcji na Polskę. Nie chce tego jednak robić, ponieważ wie, że w Unii nie ma jednomyślności potrzebnej do faktycznego ukarania rządu – nie tylko Węgrom nie podobałaby się tak głęboka ingerencja unijnych instytucji w sprawy widziane jako polityka wewnętrzna kraju członkowskiego. Wniosek Komisji o uruchomienie procedury sankcji spotkałby się także z histeryczną reakcją Warszawy, dlatego Timmermans woli przeprowadzić na tym etapie dyskusję na forum Rady bez uruchamiania specjalnej procedury. Będzie to sytuacja bez precedensu, ale wygląda na to, że taka debata również nie skłoni rządzących w Polsce do wycofania się z przeprowadzonych zmian.

Dochodzimy do wniosku, że Unia Europejska jest klubem dyskusyjnym, który koniec końców, postawiony w szachu, nie ma narzędzi do tego, żeby faktycznie pokazywać przywództwo wobec współczesnych wyzwań.

W przypadku Polski na tę chwilę tak to wygląda, głównie dlatego, że zmieniają się reguły gry. Kiedyś sama presja polityczna byłaby wystarczająca, teraz Unia trafiła na rząd, który jest na nią absolutnie odporny. To jest dla jej struktur pewna nowość. Unia to klub, w którym uważano, że jednak są pewne granice, że na coś się wspólnie umawiamy, a tu się okazuje, że tradycyjne środki nacisku dyplomatycznego czy politycznego nie wystarczają, a rząd nic sobie nie robi z bogato przecież wyargumentowanej krytyki.

Jest też druga kwestia: jakie jest oczekiwanie obywateli, by Unia w takich przypadkach działała. Może się okazać, że twarda ręka z zewnątrz wywołałaby alergiczne reakcje polskiego społeczeństwa, co okazałoby się zupełnie kontrproduktywne. Nigdy nie wiadomo, jak głęboko sięga nasza prounijność. To jest dylemat, przed którym stoją przywódcy europejscy.

Czy w takim razie unijny okręt myśli o dostosowaniu się do nowych porządków?

Przede wszystkim jesteśmy w okresie przejściowym. To działa na korzyść rządu w Warszawie. Mamy taki moment, taki rok, który wszyscy chcą przetrwać. Jak przejdziemy wszystkie wspomniane wybory, zobaczymy, jaki jest nowy układ sił, jaką mamy wolę polityczną, wtedy może się okazać na przykład, że jednak Polska znajdzie się na świeczniku.

Pewne zmiany są jednak widoczne już dziś. Podczas wizyty wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, Mike’a Pence’a, Donald Tusk bez owijania w bawełnę mówił, że „za dużo się wydarzyło i za dużo zostało powiedziane, żebyśmy mogli powiedzieć, że spotykamy się w tym samym miejscu, w którym spotykaliśmy się wcześniej”. Zaskakująco odważnie, jak na zachowawcze standardy unijnych przywódców.

Ja w ogóle uważam, że na tym polega świeżość Donalda Tuska w Brukseli, że on jako pierwszy zaczął nazywać rzeczy po imieniu. I zaczął je analizować jeszcze przed referendum brytyjskim. Wybór Donalda Trumpa nie jest pierwszą okazją, przy której zaprezentował ten sposób komunikacji. Zresztą bardzo polecam czytanie jego wszystkich oświadczeń i listów, uważam je za bardzo dobre diagnozy unijnej rzeczywistości.

Przywódcy europejscy typu Junckera czy Schulza to są tacy „protoeuropejczycy” do szpiku kości. Oni żyją w innej Unii: takiej, gdzie się kłócimy, przechodzimy przez kryzysy, ale cały czas poruszamy się mniej więcej w tym samym paradygmacie. A z kolei Tusk szybko zauważył, że coś jest nie tak. Po referendum brytyjskim dużo było mowy o ludziach wykluczonych przez procesy globalizacji. To są rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się niespecjalnie odkrywcze, ale jednak tego języka nie spotykało się wcześniej. Tusk zaczął zwracać publicznie uwagę na konkretne problemy. I teraz, jak już patrzymy na Komisję Europejską i Parlament, te instytucje też zaczynają powoli dostrzegać, że coś się zmieniło. Przeszły pewnego rodzaju terapię szokową – w końcu brytyjskie referendum i wygrana Trumpa to dowód na to, że równie dobrze mogą spełnić się najczarniejsze scenariusze.

Z jednej strony terapia szokowa, a z drugiej symboliczne zmiany języka i żółwie tempo adaptacji Komisji i Parlamentu do otaczającego ich świata.

To, że tak skomplikowane instytucje jak Komisja czy Parlament, gdzie mieszają się interesy polityczne i krajowe 28 państw, wolno adaptują się do zmieniającego się świata, mnie osobiście nie dziwi. Trochę więcej możemy natomiast wymagać od politycznych liderów, którzy stoją na ich czele.

Jak się popatrzy na to, co Tusk mówił przed brytyjskim referendum, to on właściwie był jedynym, który na poważnie i otwarcie mówili, że Brexit może się wydarzyć. Reszta żyła zamknięta w bańce. Podobnie z kryzysem migracyjnym. Tusk zaznaczał, że ta kwestia jest złożona, podczas gdy Juncker mówił „po prostu wpuszczajmy”. To jest oczywiście szersza debata, niemniej nawet jeśli chcemy wpuścić wszystkich, to są pewne sprawy, które trzeba załatwiać czy logistycznie zorganizować. Nie można od tego uciec.

Zaczęliśmy od takiej myśli, że wszystkie kryzysy, które Unia przechodziła do tej pory, zawsze kończyły się większą integracją. Gdybyśmy chcieli zrobić proste równanie, możemy myśleć, że dzisiaj też tak będzie. Czy to będzie integracja bez Polski?

Biorąc na poważnie to, co mówi dziś rząd i prezes PiS: tak, ona będzie bez Polski. Ja jednak mam z tymi komunikatami problem, bo interpretuję je jako komunikaty wyłącznie na potrzeby bieżącej polityki wewnętrznej. Dlatego nie wykluczam scenariusza, w którym nasi rządzący widzą, że w Unii coś na poważnie się zmienia i stwierdzają, że jednak lepiej się przyłączyć. Pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie dla nas wtedy za późno… Największy potencjał do głębszej integracji leży jednak w strefie euro. Wątpię, by PiS było stać aż na taką woltę, by nagle opowiedzieć się za przyjęciem wspólnej waluty w Polsce. Dlatego w takim scenariuszu dalsza integracja odbędzie się jednak bez Polski.

***

Joanna Popielawska – starsza analityk ds. europejskich w centrum analitycznym Polityka Insight. W latach 2007–2013 pracowała w Parlamencie Europejskim, zajmując się rynkiem wewnętrznym, sprawami konstytucyjnymi i zagranicznymi. Jako doradczyni Rafała Trzaskowskiego, byłego sekretarza stanu w MSZ, brała udział w przygotowaniach polskiego stanowiska na Radę Europejską.