dwutygodnik internetowy
29.01.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Polskie kłopoty z #dziedzictwem. Hasztag to nie wszystko

Nasze współczesne dziedzictwo nie obejmuje wielu artefaktów pochodzących od przedstawicieli klas niższych. Czy można to pozostawić bez krytycznego komentarza, szczególnie w obliczu obchodów stulecia odzyskania niepodległości?

ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

 

Stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości zobowiązuje. Tego, że z tej okazji czeka nas wysyp okolicznościowych wystaw i wydarzeń kulturalnych, można się było spodziewać. Zakończona kilka tygodni temu wystawa #dziedzictwo przygotowana przez Muzeum Narodowe w Krakowie jak w pigułce pokazuje, ile problemów czeka nas w związku z tymi obchodami. Powinna być przestrogą na cały najbliższy rocznicowy rok i pretekstem do zastanowienia się, czemu tak trudno mówi się o tym, co kryje się pod enigmatycznym hasłem polskiego dziedzictwa. Bo choć zgodnie z zamysłem wystawa prezentować miała wyłącznie eksponaty pochodzące ze zbiorów MNK, to jednocześnie próbowała za ich pomocą opowiedzieć uniwersalną historię o polskości. Zatem i wnioski, które wyciągnąć możemy na jej podstawie, mogą i powinny być bardziej uniwersalne.

Jaki portret Polaków?

#dziedzictwo szumnie reklamowane było jako nowa odsłona kultowej wystawy „Polaków portret własny” z 1979 roku, która otworzyła wówczas bezprecedensową publiczną dyskusję o polskiej tożsamości. Nie bez znaczenia był także klimat szerszego intelektualnego fermentu końcówki lat 70. Odwołując się do tych tradycji, wystawa #dziedzictwo miała ambicje na nowo zdefiniować ramy debaty o tym, czym jest polskość i polskie dziedzictwo, szczególnie w XXI wieku. Niestety, odnieść można wrażenie, że kuratorzy nie potrafili odnaleźć w niej własnego głosu. Cień wielkich poprzedników, zamiast inspirować, raczej ciąży. W efekcie twórcy wystawy poruszają się pomiędzy infantylną narracją o różnorodności i wieloetniczności dawnej Rzeczypospolitej a pachnącą wczesnym Gomułką opowieścią o odwiecznej i niezmiennej polskości. Brak w tym spójnego programu, brak też odważnego stawiania tez i zadawania niewygodnych pytań. Zachowawczość tej wizji dziedzictwa szczególnie uderza, jeśli zderzymy ją z innowacyjnością i odwagą wspomnianej już wystawy Rostworowskiego z 1979 roku.

Warto przywołać tutaj cytat z kuratorskiego wstępu do przewodnika po #dziedzictwie: „Najważniejszą tezą wystawy jest podkreślenie kulturowej ciągłości i odnajdywanie niezmiennych elementów narodowej tożsamości w znanych i nieznanych dziełach z różnych epok”. To poszukiwanie za wszelką cenę wspólnego mianownika w artefaktach pochodzących z różnych historycznych i geograficznych kontekstów, które łączy mętnie zdefiniowana przynależność do „polskości” i nieokreślona definicja dziedzictwa, budzi sprzeciw. Przykładanie współcześnie rozumianej kategorii narodu do dzieł pochodzących z epok dawnych skutkować musi anachroniczną i przesadnie uogólniającą narracją. Nie otwiera na nowe interpretacje „dziedzictwa”, a wręcz przeciwnie – sprzyja utrwalaniu klisz myślenia w ramach narodowo-centrycznego i siłą rzeczy ahistorycznego paradygmatu.

Historia to kolejna płaszczyzna, z którą twórcy wystawy mieli kłopot. Pochwalić należy dążenie, aby odejść od konwencjonalnego przedstawiania artefaktów przeszłości w kolejności chronologicznej, od Mieszka I do Jana Pawła II. Kuratorzy zdecydowali się na dobór tematyczny, dzieląc ekspozycję na cztery główne obszary: geografia, język, obywatele i obyczaj. Niestety, poza zdawkowym wprowadzeniem przy wejściu do każdej z sal nie dowiadujemy się więcej o kontekście, w którym można by umiejscowić prezentowane na wystawie artefakty. W efekcie niekiedy trudno zrozumieć, dlaczego do opisu użyto takich, a nie innych określeń (na przykład język litewski wymieniony jest w jednym szeregu z łaciną i językiem staro-cerkiewno-słowiańskim, bez informacji, w jakim okresie i na jakich obszarach dawnej Rzeczypospolitej były one używane). Zwiedzający niezaznajomiony z historią Polski mógł się nieco zdziwić, że na miedziorycie przedstawiającym panoramę siedemnastowiecznego Gdańska znaleźć można opisy po łacinie, niemiecku i po francusku, choć opis w przewodniku wskazywał, że był to najważniejszy port Rzeczypospolitej. Właśnie w takich miejscach wprowadzenie elementów klasycznej historycznej narracji (na przykład w formie osi czasu umieszczonej w przewodniku) pomogłoby zrozumieć konteksty i napięcia wpływające na kształt polskiego dziedzictwa prezentowanego na wystawie.

Monolog zamiast wielogłosu

Wystawa #dziedzictwo miała być nowoczesną przestrzenią do dyskusji na temat polskiej tożsamości. Doceniając to założenie, warto zauważyć jednak, że sposób poprowadzenia muzealnej narracji pozostaje z tym zamierzeniem w daleko idącej sprzeczności. Wystawa nie otwiera nowej debaty, ale umacnia raczej dotychczasową hegemoniczną narrację. Znalazły się na niej wyłącznie dzieła pochodzące ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie. Autorzy wystawy tłumaczą to szczególną rolą, jaką w kształtowaniu i chronieniu polskiego dziedzictwa odegrała na przestrzeni lat właśnie ta instytucja. Wydaje się jednak, że w tej laurce dla MNK jako ostoi polskości zabrakło perspektywy bardziej krytycznej. Miejscami wystawa wygląda, jakby kuratorzy po prostu musieli pospiesznie opróżnić półki w magazynie, a nie mieli już czasu na selekcję i opracowanie wystawianych artefaktów. Uderza również brak refleksji nad tym, jakie są ograniczenia muzealnego magazynu. Siłą rzeczy, niewiele znajdziemy tam artefaktów pochodzących od przedstawicieli klas niższych. Jeśli na wystawie pojawiają się chłopi, to wyłącznie jako obiekty malarskiej wizji miejskich inteligentów, a nie samodzielni aktorzy współtworzący polskie dziedzictwo. Znów, warto podkreślić, jest to oczywiście efektem historycznego procesu gromadzenia muzealnej kolekcji, która przez lata zdominowana była (i wciąż poniekąd taką pozostaje) przez kulturę hegemoniczną. Nie zwalnia to jednak kuratorów z obowiązku opatrzenia tego typu artefaktów krytycznym komentarzem. Tego w #dziedzictwie zdecydowanie zabrakło.

Twórcom wystawy, mimo szumnych deklaracji, zdaje się również nie zależeć, aby do dyskusji o polskim dziedzictwie włączyć na równych prawach osoby o mniejszym kapitale kulturowym czy chociażby cudzoziemców. Nie wszystkie eksponaty zostały opatrzone komentarzem w przewodniku po wystawie, co utrudnia niekiedy zrozumienie ich kontekstu, a w wielu przypadków uniemożliwia mniej wprawionemu zwiedzającemu odkrycie, dlaczego akurat ten eksponat prezentować ma polskie dziedzictwo. Także i te dzieła, które według kuratorów zasłużyły na komentarz, niekoniecznie są łatwiejsze w interpretacji. Nie ma tutaj miejsca, aby cytować wszystkie wątpliwie opisy z wystawowego katalogu. Jako przykład przywołajmy więc jeden. Obraz Bronisława Abramowicza z 1876 roku pod tytułem „Uczta u Wierzynka” kuratorzy opatrzyli następującym komentarzem: „Najsłynniejsza polska uczta namalowana została nie tylko według historycznych świadectw, ale i zgodnie z wyobraźnią artysty, a obraz nawiązuje do wzorów XIX-wiecznego akademizmu”. Dlaczego uczta u Wierzynka była najsłynniejsza? Kiedy się odbyła? Czemu akurat w XIX wieku Abramowicz podjął ten temat, używając tych konkretnych technik? Odpowiedzi na te pytania, kluczowe dla zrozumienia, czemu akurat ten obraz egzemplifikować ma polskie dziedzictwo, zwiedzający musi udzielić sobie sam. Wielka szkoda, że potencjał edukacyjny, jaki mogła nieść ze sobą tak monumentalna wystawa, nie został należycie doceniony. Wydaje się wręcz, że kuratorom zależało przede wszystkim na tym, żeby pokazać jak najwięcej artefaktów, a nie na dogłębnym zrozumieniu ich znaczenia i wartości czy wytłumaczeniu, co tak naprawdę rozumieć należy pod hasłem polskiego dziedzictwa.

Hasztag to nie wszystko

Nie bez przyczyny w tytule wystawy znajdował się, znany z mediów społecznościowych, hasztag. Jego użycie świadczyć miało o otwarciu się kuratorów na nowoczesność i o chęci dialogu z kulturą masową. Niestety, sposób jego wykorzystania na wystawie obnażył jedynie niezrozumienie dla zasad rządzących światem Internetu, a pseudo-nowoczesny język szybko zaczyna wręcz śmieszyć, a nie inspirować do większego zaangażowania podczas zwiedzania. Hasztagami zdecydowano się oznaczyć oczywiste hasła typu #geografia, #wstęp czy (tu mój osobisty faworyt) #kurator. Zabrakło problematyzacji omawianych na wystawie zjawisk i zrozumienia dla logiki, jaką rządzą się internetowe dyskusje. Śmieszność tej próby fałszywego unowocześnienia celnie obnażył Karol Sienkiewicz w swoim tekście dla Dwutygodnika. Nie wykorzystano również, zdawałoby się oczywistej, szansy do uporządkowania za pomocą hasztagów materiałów umieszczonych w przewodniku po wystawie. Nowoczesność w tym wydaniu pozostaje więc jedynie fasadą.

#dziedzictwo to ciekawy dowód na starcie się ze sobą dwóch wizji muzealnictwa. W ostatnich latach dużą popularność zyskały teorie muzeum partycypacyjnego, które powinno zachęcać widza do wejścia w dialog z prezentowanymi eksponatami i do współtworzenia (a nie jedynie biernego odbioru) wystawy. Placówka muzealna w tym ujęciu rozumiana jest jako przestrzeń animująca lokalną społeczność i dostosowana do jej potrzeb. Według podobnych wytycznych tworzone są nowe instytucje, a najlepszym chyba przykładem tego typu wizji jest aktywność Muzeum Warszawy i jego lokalnych oddziałów. Presję na włączenie partycypacji i dialogu do swojego słownika odczuli najwyraźniej również kuratorzy Muzeum Narodowego w Krakowie i rezultaty tej próby widzieliśmy w #dziedzictwie. Efekt był co najmniej intrygujący.

Muzeum partycypacyjne starło się z tradycyjną koncepcją Muzeum Świątyni, do którego zwiedzający przychodzi obcować z artefaktami o wyjątkowej wartości, a ich znaczenie i wagę ex cathedra przedstawia mu kurator. Rolą widza jest pełne niemalże nabożnego skupienia pochylenie się nad samym dziełem i wizją kuratora. Ciekawym dowodem na konfrontację tych dwóch wizji muzealnictwa było drugie piętro wystawy #dziedzictwo, gdzie wybrane eksponaty zostały opatrzone zarówno komentarzem kuratorskim, jak i refleksjami osób zwiedzających wystawę. Ta, być może najciekawsza, część ekspozycji ukazała powszechne wśród odbiorców niezrozumienie dla koncepcji prezentowanych przez autorów muzealnej narracji. Widzowie odbierali artefakty w zupełnie inny, a często nawet sprzeczny sposób, niż wskazywałby komentarz kuratora. Ten zaczyn dyskusji nie został jednak niestety wykorzystany w dalszej części wystawy. Nieudana próba pokazała, że mimo nowoczesnych technologii Muzeum Narodowe w Krakowie jest wciąż jeszcze raczej Świątynią Sztuki niż centrum dialogu i wspólnoty. Hasztag niewiele tutaj zmieni.

Inna opowieść jest możliwa?

W nadchodzących miesiącach czekają nas z pewnością kolejne wystawy i wydarzenia mające ambicję kształtowania dyskusji na temat polskości w obliczu stulecia niepodległości. Przykład Muzeum Narodowego w Krakowie pokazuje, na jakie przeszkody napotkać mogą te inicjatywy. Ryzyko zbyt łatwych generalizacji, ahistorycznych narracji umieszczonych w prostym narodowo-centrycznym paradygmacie czy wreszcie wyzwania, jakie stawiają przed muzealnikami nowe technologie – to tylko część potencjalnie niebezpiecznych obszarów. Najważniejsze pytania, na które musimy sobie w związku z obchodami stulecia niepodległości odpowiedzieć, dotyczą jednak sfery wartości. Jak cieszyć się z niepodległości Polski w sposób niewykluczający i wychodzący poza etnocentryczną perspektywę? Czy w ogóle możliwa jest otwarta opowieść o narodowej tożsamości, wrażliwa na etniczne, geograficzne czy klasowe zróżnicowanie? Miejmy nadzieję, że na koniec roku 2018 da się udzielić twierdzącej odpowiedzi na to pytanie.

***

Wystawa #dziedzictwo, Muzeum Narodowe w Krakowie, 23.06.2017–14.01.2018.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Trybuś: Jesteśmy skarbcem miasta

Rozważnie o wojnie. Wokół wystawy Muzeum II Wojny Światowej

Muzeum jako dowód zbrodni