dwutygodnik internetowy
05.10.2015
magazyn papierowy


Polskie kino eksportowe

W dzisiejszym kinie jest dużo tanich, telewizyjnych form – pokazuje się szybko coś, co twórcy przyszło do głowy. Robi się to prawie bez scenariusza. Bo te scenariusze nie mają dobrej dramaturgii, są nastawione tylko na doraźny efekt, publicystyczne. I dlatego nie funkcjonują w naszym życiu. A wielcy reżyserzy zawsze szukali tematów ważnych dla społeczeństwa. Jeżeli film jest sztuką, to musi mieć coś więcej niż pobieżną obserwację tego, co jest obok nas. Musi być czymś więcej niż publicystyka w mediach czy seriale w telewizji. Po seansie widz ma się zainteresować tematem.

Materiały prasowe

Materiały prasowe

Z Emilią Mirą Haviarovą, byłą dyrektor programową Instytutu kinematografii Czechosłowackiej, a obecnie konsultantką studia filmowego Barrandov, o filmach pokazywanych na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni oraz ich szansach na zagraniczne sukcesy rozmawia Bartosz Wróblewski.

 

BARTOSZ WRÓBLEWSKI: Od wielu lat jest pani częstym gościem lub członkiem jury festiwali na całym świecie. Które spośród polskich filmów pokazywanych w tym roku na Festiwalu Filmowym w Gdyni mają pani zdaniem największe szanse na międzynarodowe sukcesy?

EMILIA MIRA HAVIAROVA: Obejrzałam w tym roku dużo dobrych, profesjonalnie zrobionych polskich filmów. Kiedy porównuję wasze kino z innymi europejskimi kinematografiami, to widzę, że wzniosło się na wyższy poziom w ciągu ostatnich dziesięciu lat, bo wspierał je PISF. A za tym poszli widzowie, których jest na polskich filmach coraz więcej. Poza tym w Łódzkiej Szkole Filmowej uczą znakomici pedagogowie. Czescy filmowcy nie mają ani takiego Stowarzyszenia Filmowców, ani nawet takiego miejsca, jak wasze Kino Kultura, gdzie mogliby się spotykać. A to wszystko wpływa na poziom waszej kinematografii. Na dobre przyjęcie za granicą mogą liczyć „Excentrycy” Janusza Majewskiego – profesjonalna produkcja odwołująca się do najlepszych tradycji sztuki filmowej. To się będzie podobać na całym świecie, bo – mimo ciężkich czasów, o których opowiada – jest pozytywne, ma świetną muzykę i dobrych aktorów. Przypomina, że jeśli człowiek czegoś bardzo chce, to udaje mu się to osiągnąć. Za granicą spodobają się też „Panie Dulskie” Filipa Bajona oraz „Moje córki krowy” Kingi Dębskiej.

Dlaczego akurat te filmy?

W dzisiejszym kinie jest dużo tanich, telewizyjnych form – pokazuje się szybko coś, co twórcy przyszło do głowy. Robi się to prawie bez scenariusza. Bo te scenariusze nie mają dobrej dramaturgii, są nastawione tylko na doraźny efekt, publicystyczne. I dlatego nie funkcjonują w naszym życiu. A wielcy reżyserzy zawsze szukali tematów ważnych dla społeczeństwa. Jeżeli film jest sztuką, to musi mieć coś więcej niż pobieżną obserwację tego, co jest obok nas. Musi być czymś więcej niż publicystyka w mediach czy seriale w telewizji. Po seansie widz ma się zainteresować tematem. A po „Excentrykach” człowiek chce sprawdzić, co to za grupa tak doskonale grała jazz w Polsce. Po wyjściu z kina nie idzie do domu, tylko chce jeszcze zostać z przyjaciółmi, przedłużyć moment, kiedy jest pod wpływem atmosfery, w którą wprowadził go ten film. Poza tym „Excentrycy” mają w sobie coś, czego brakuje w dzisiejszej sztuce i w codziennym życiu – kulturę języka. Kiedyś redaktorzy w radiu posługiwali się językiem literackim, to było wspaniałe! Dzisiaj wszędzie słuchamy kolokwializmów. Wszystkie polskie filmy mają też świetne zdjęcia. Widać, że szkoła operatorska stoi u was na wysokim poziomie.

Co zagraniczni widzowie odnajdą w „Moich córkach krowach”?

Genialne aktorstwo i znakomity scenariusz. Wreszcie ktoś odczarował Mariana Dziędziela i wykorzystał jego komediowy potencjał inaczej niż Wojtek Smarzowski. Jest też ważny temat, bo ten film dotyka jednego z najpoważniejszych problemów, z którymi zmagają się dzisiaj ludzie. Każdy się boi, że jednego dnia zacznie mu się trząść ręka, a kolejnego nie będzie już mógł wyjść sam z domu. A Kinga Dębska pokazała to z dystansem, nie koncentrowała się na depresyjnym przypominaniu, że choroba może jutro dotknąć każdego z nas.

Kinga Dębska skończyła praską FAMU. Jej najnowszy film to bardziej czeskie czy polskie kino?

Widać czeskie wpływy, bo zastosowała parę sztuczek związanych z czeskim humorem i światopoglądem. W moim odczuciu to jednak przede wszystkim bardzo dobre polskie kino.

Odniesienia do polskiej sztuki teatralnej nie będą przeszkodą w zagranicznej recepcji „Pań Dulskich”?

Filip Bajon wykroczył poza życie rodziny Dulskich, posunął temat do tego, co jest zrozumiałe wszędzie na świecie, bo opowiada przecież o współczesnej rodzinie. Poza tym Filip to jeden z tych reżyserów, którzy mogą robić kolejne filmy i zawsze będą mieli widzów, bo zapisali się już w ich pamięci genialnym dziełem. Chyba sto razy pokazywałam na całym świecie jego „Magnata” i zawsze wszyscy świetnie go przyjmowali – nawet młodzi ludzie, którzy nie żyli w czasach, o których opowiada ten film.

A co z debiutantami? Które filmy początkujących twórców mają szanse na dobre przyjęcie za granicą?

Bardzo ważnym filmem jest „Intruz” Magnusa von Horna. W życiu każdego z nas może zdarzyć się tragedia, każdy może przypadkiem kogoś zabić. A ten film mówi o tym, że w dużej mierze od rodziny i najbliższych zależy, czy się pogubię czy wrócę do normalnego życia. W dodatku zostało to znakomicie zagrane.

Długie ujęcia, powolny rozwój akcji, szwedzkie plenery, szwedzkie dialogi – to bardziej przypomina kino skandynawskie niż polskie.

To kino europejskie. Nie tylko Skandynawowie, ale też Francuzi kręcą dużo takich filmów. Przy dzisiejszym tempie życia, przy tym, czego dostarcza nam muzyka, telewizja, ulica w kinie zapanowała tendencja do wyciszania i uspokajania. Chodzi o to, żeby widz zaczął myśleć, żeby się zastanowił, dlaczego ten chłopiec tak spokojnie wszystko w sobie trzyma. Nie podaje się wszystkiego wprost. Widz ma się domyślić, że on chce wrócić do normalnego życia; to widz ma odnaleźć momenty ważne od strony psychologicznej – choćby ten, kiedy spotyka się z dziewczyną, która okazuje mu zrozumienie i wsparcie.

Od formy przeszliśmy do tematu – też dominującego dzisiaj w europejskim kinie?

Niedawno byłam na festiwalu w Taszkiencie jako członkini międzynarodowego jury. Byli tam ludzie z różnych stron świata – z Ameryki, Iranu, Uzbekistanu, ja z Czech. Obejrzeliśmy siedemnaście debiutów. Były tak dobre, że nie wiedzieliśmy, komu przyznać nagrodę. Ale wszystkie były na jeden temat. Mówią o tym, że jeżeli jako dziecko nie dostaniesz w domu miłości, to będziesz jej szukał całe życie.

„Intruz” wpisuje się w ten nurt.

Tak, główny bohater nie ma pełnej rodziny i to ma na niego duży wpływ. Chłopak jest zamknięty w sobie, trochę się odkrywa przed dziewczyną, ale nie wiemy dokładnie, jak doszło do tragedii, która odcisnęła piętno na jego życiu. Brakuje mu pewnego oparcia i to się czuje w jego relacji z ojcem, który na pewno go kochał, ale tego nie okazywał. Chłopak sam musiał sobie radzić też z dziadkiem i z bratem. Samo to nie było lekkie, a tu jeszcze spadła na niego tragedia. Chociaż żyjemy w czasach nowoczesnych, to wciąż dużym problemem jest odrzucenie. Wielu rodziców nie potrafi zaakceptować choćby tego, że ich syn jest gejem lub córka lesbijką. A młode kino mówi nam, że najważniejsza w życiu jest dla człowieka wiedza, że ktoś go kocha, że mu zawsze pomoże i że zawsze może do niego przyjść z każdą sprawą. Niezależnie od tego, czy będzie to mama, dziadek czy kolega ze studiów – to bardzo ważne, by mieć taką osobę. Zresztą o tym samym był już „Powrót” Andrieja Zwiagincewa, którym pasjonował się cały świat. Ale nie wszyscy wtedy rozumieli ten film. Pokazywałam go w 19 państwach i prawie każde spotkanie zaczynało się od pytania: co było w tej skrzynce? A przecież w ogóle nie o tym był film! Andriej odpowiadał, że nie wie, co w niej było. Po prostu trzeba było coś dać bohaterowi do ręki, więc dał mu skrzynkę. Ale film był o relacji ojca i dwóch synów.

Jakie inne gdyńskie debiuty zapadły pani w pamięć?

„Noc Walpurgi” to film, w którym nie chciałabym nic zmienić. Genialnie zagrany zwłaszcza przez Małgorzatę Zajączkowską.

A temat? Opowiadanie o Holokauście grozi zarzutami o koniunkturalizm.

Ale tu jest to zrobione w innym stylu, inaczej został pomyślany scenariusz niż w poprzednich filmach na ten temat. Poza tym to film o relacji bohaterów, ich psychice, a nie o Holokauście. Ma doskonałą dramaturgię i genialne sceny – jak choćby pierwsza z medalionem i walizką. Po niej widz od razu wie, że to ważny przedmiot, który będzie miał coś wspólnego z życiem bohaterów.

Podobało mi się też „W spirali” Konrada Aksinowicza. Powroty w tym filmie przypominały mi „Przypadek” Krzysztofa Kieślowskiego. Zupełnie nie zrozumiałam natomiast „Córek dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej. Chciałam wyjść z kina, myślałam, że nie wytrzymam do końca seansu. Ale spotkałam kilka młodych osób, którym film się podobał. Chyba jestem już za stara, żeby zrozumieć ten film. Ale na pewno znajdzie on dużo młodszej widowni, która będzie nim zachwycona.

Film Jerzego Skolimowskiego został już dostrzeżony za granicą. W Gdyni były na jego temat różne opinie. To kontrowersyjne kino?

Nie kontrowersyjne, po prostu inne. Jurek nakręcił wiele filmów, które wstrząsają widzem. Pamiętam, jak kilka lat temu po seansie siedziałam jeszcze z pół godziny na sali i nie mogłam złapać oddechu. „Cztery noce z Anną” to było doskonałe kino. Nie było rozbudowanego scenariusza, ale jakie aktorstwo! Jaka forma i dramaturgia! Chociaż padało niewiele słów, film był cichy, trudny i smutny, to nikt nie chciał wyjść z sali. To było wielkie kino. A „11 minut”– jest w nich wszystko, by zafascynować widza. Dużo się kręci takich filmów w różnych państwach.

A co z „Body/Ciało” Małgorzaty Szumowskiej? O tym filmie też już wiemy, że spodobał się zagranicznej publiczności.

Gajos jest w tym filmie doskonały, to największa zaleta tego filmu. Jego rola zasługuje na wszelkie nagrody. Subtelna psychologia – jako widzowie wiemy, że on wie, kiedy i gdzie się w życiu pomylił, wie, co jest normalne, a co nie, i próbuje rozwiązać tę sytuację. Scenariusz też jest interesujący. W ogóle cenię Szumowską jako reżyserkę, uważam, że podejmuje ważne tematy, ale styl, w jakim je podaje, to nie jest moje ukochane kino. Ale to kino europejskie, ona ma talent i będzie odnosiła kolejne sukcesy. Festiwal pokazał wielu znakomitych, utalentowanych młodych filmowców.

 

Emilia Mira Haviarová – była dyrektor programowa Instytutu kinematografii Czechosłowackiej. W latach 1992–1997 pracowała jako Radca Kulturalny Ambasady Czeskiej w Moskwie, a w 2002 jako dyrektor programowy warszawskiego festiwalu „Filmy pod specjalnym nadzorem”. Obecnie dyrektor lub asystentka programowa specjalizująca się w kinematografii państw środkowo- i wschodnioeuropejskich (najsilniej związana z kinem polskim i rosyjskim) na festiwalach dla dzieci i młodzieży oraz festiwalach związanych z prawami człowieka w Azji Środkowej, Rosji i Czechach (między innymi Letnia Szkoła Filmowa w Uherskĕ Hradištĕ). Jest też konsultantką studia filmowego Barrandov specjalizująca się w kinie Europy Środkowo-Wschodniej, Kaukazu i Rosji.