dwutygodnik internetowy
27.06.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Polski Kościół błądzi w kwestii osób LGBT

Głównym problemem w kościelnej dyskusji na temat osób LGBT nie są wyolbrzymiane przez stronę konserwatywną kłopoty z ortodoksją niektórych osób i tworzonych przez nie środowisk. Są nim podstawowe braki w praktyce postępowania tych, którzy grzmiąc o grzechu, sami łamią szereg Bożych przykazań.

ilustr.: Weronika Reroń

ilustr.: Weronika Reroń

Nagonka na osoby LGBT przybiera na sile. Uczestniczą w niej również ważni – niekiedy najważniejsi – przedstawiciele Kościoła i katolickich mediów oraz katolicy i katoliczki. Politycy, biskupi, księża, dziennikarze, internauci czy kontrmanifestanci zbierający się na trasach marszów równości uderzają na ogół ciągle w te same tony. Perorują o neobolszewii, dewiacjach, homoterrorze, profanacjach, grzechach sodomskich. Tworzą skojarzenia homoseksualizmu i pedofilii. Ogłaszają deklaracje o powiatach, gminach czy województwach „wolnych od LGBT”. Środowiskom oraz osobom LGBT zarzucają niszczenie rodziny oraz intencjonalne obrażanie uczuć ludzi wierzących. Manipulują danymi lub zwyczajnie podają nieprawdziwe liczby na temat osób LGBT, ich związków i kontaktów seksualnych. Wreszcie – co kluczowe dla skuteczności tych działań – wzbudzają i grają lękami rodziców o ich dzieci, sugerując, że osoby nieheteroseksualne chcą je krzywdzić, wykorzystywać i seksualizować: również po to, by je także „czynić homoseksualnymi”.

Zarzuty te – choć często podnoszone osobno i teoretycznie niekoniecznie ze sobą powiązane – układają się w spójny przekaz: według niego osoby LGBT są zepsute, wrogie chrześcijaństwu, zdolne do każdego bezeceństwa, rozwiązłe. Nie walczą wcale o swoje prawa, ale o władzę – chcą wszystkich poddać swojemu terrorowi. Za nic mają tradycyjne wartości. Ponadto – co w zasadzie wprost wynika z powyższego – są niebezpieczne: dla ładu społecznego, Kościoła oraz, co najważniejsze, dla naszych dzieci. Trzeba więc się przed nimi bronić, bo „oni” atakują „nas” – spór jest zdefiniowany według ostrych kryteriów jako tożsamościowy bój. Na półcienie nie ma miejsca.

Biorąc udział w tej nagonce, ludzie Kościoła popełniają trzy zasadnicze błędy. Pierwszy: pozwalają na to, by Kościół był zewnątrzsterowny, uczestniczą w sztuce rozpisanej i reżyserowanej przez kogo innego (nawet jeśli grają w niej główne role). Drugi: mylą atakowanego z atakującym i bijącego z bitym, tym samym nie dostrzegając rzeczywistości takiej, jaka jest, oraz zaciemniając jej obraz innym. Trzeci: w imię rzekomo szlachetnych i wzniosłych celów, sięgają po metody szkodliwe, grzeszne i – posłużmy się tą nomenklaturą – „wewnętrznie nieuporządkowane”.

infografika_LGBT_facebook_Kościół

Kościół niezwolniony z myślenia

Przyjrzyjmy się tym błędom po kolei.

Kalendarium wzrostu temperatury wokół osób LGBT i ich praw jasno pokazuje, że przedstawiciele Kościoła w opisanej wyżej orkiestrze nie grają pod własną batutą. Tę dzierżą politycy partii rządzącej, którzy dali sygnał do ataku i którzy wciąż decydują o kolejnych częściach koncertu. To rządzący nadają ton awanturze na ten temat, oni zdefiniowali wroga, wskazali jego przewiny, podsycili społeczne lęki i ustawili samych siebie w roli obrońców rzekomo uciśnionych przez osoby LGBT rodzin, dzieci, ludzi wierzących i samego Kościoła. To mechanizm świetnie znany i wielokrotnie opisywany, który Prawo i Sprawiedliwość stosuje po raz kolejny – przed poprzednimi wyborami te same mechanizmy uruchomiła w ramach narracji o uchodźcach i uchodźczyniach.

Kościół już wtedy nie umiał się temu należycie przeciwstawić. O otwartość na ludzi uciekających przed wojną, głodem, prześladowaniem i torturami apelował zdecydowanie zbyt cicho i nie wchodząc w jawny spór aksjologiczny z przyjazną sobie władzą. Tym bardziej nie należało się więc spodziewać, że znajdzie w sobie gotowość do niepoddawania się narracji rządzących w sprawie osób LGBT. Ta bowiem współbrzmi z wieloma wcześniejszymi wypowiedziami biskupów, konserwatywnych publicystów katolickich czy księży na temat praw tych osób czy organizowanych przez nie wydarzeń.

Współistotność myślenia prawicowych polityków oraz niemałej części polskich hierarchów katolickich na temat osób LGBT nie zwalnia jednak biskupów z myślenia w ogóle. Po pierwsze, o własnej autonomii, o którą w innych sprawach – gdy im to pasuje – potrafią się z takim zaangażowaniem upominać. Po drugie, o tym, czy kolejne podrzucane przez władzę lub TVP wątki trzymają się kupy i rzeczywiście należy je podchwytywać. Po trzecie, o konsekwencjach udziału w tej nagonce dla wspólnoty Kościoła. Po czwarte, o skutkach dla całego społeczeństwa. Po piąte, o stosowanych metodach oraz ich moralnej legitymacji.

Niestety, kościelni notable nie tylko grają cudzą kompozycję (nawet jeśli podobną do ich własnych dzieł z lat poprzednich), ale również wykonują jej kluczowe partie. Dysponują bowiem instrumentami, jakich w swoich magazynach nie trzyma nawet władza – na przykład możliwością dotarcia z przekazem o „profanacjach” do większości kościołów w Polsce. Biskupi nie wykorzystują tych narzędzi do tego, by studzić emocje i opiekować się atakowanymi. Wręcz przeciwnie – społeczne nastroje jedynie pobudzają, co przekłada się na realną krzywdę konkretnych ludzi.

infografika_LGBT__Myśli

Kto ma siłę?

Brak refleksji ludzi Kościoła nad konsekwencjami ich wypowiedzi bezpośrednio wiąże się z fałszywym obrazem rzeczywistości, który biskupi zdają się mieć i który jednocześnie kreują. W tym wyobrażonym świecie wykluczana mniejszość dysponuje znacznie większą siłą niż rzekomo atakowana przez nią większość. To świat, w którym poważniejszym ciosem wymierzonym światopoglądowemu oponentowi jest wagina na patyku niesiona przez kilka osób niż słowa dzierżącego niemal jednoosobowo władzę w państwie i mającego nieograniczony dostęp do mediów Jarosława Kaczyńskiego, krzyczącego: „Ręce precz od naszych dzieci”.

Prawda jest zupełnie inna. Po jednej stronie mamy mniejszość, której postulatów nie wspiera żadna partia polityczna z poparciem powyżej 10 procent. Nie zmienia tego wcale zaangażowanie niektórych (wciąż nielicznych) samorządowców w marsze i parady równości. Przypomnijmy, że inni lokalni włodarze – wywodzący się z tych samych ugrupowań! – nie tylko nie obejmują tych wydarzeń patronatami, ale wręcz wydają zakazy ich organizowania (uchylane przez sądy w kolejnych miejscach kraju). Po drugiej stronie mamy władzę kontrolującą w tej chwili zarówno policję i prokuraturę, jak i Trybunał Konstytucyjny oraz media publiczne, popieraną przez ponad 40 procent społeczeństwa. Władza ta może ponadto liczyć w wielu sprawach na wsparcie instytucji docierającej do każdego zakątka kraju – czyli Kościoła.

Po jednej stronie mamy mniejszość, która od zaledwie kilkudziesięciu lat jest w stanie walczyć o uznanie, prawa i akceptację. Po drugiej – instytucję, która przez lata się tej emancypacyjnej walce przeciwstawiała.

Po jednej stronie mamy społeczność, której przedstawiciele i przedstawicielki codziennie zmagają się z wykluczeniem, ostracyzmem i przemocą. Po drugiej – grupę o tak wielkiej przewadze symbolicznej, że uczucia jej członków i członkiń, urażone nabożeństwem z udziałem kilkunastu osób, są w stanie niemal całkowicie zdominować dyskusję w dniu największej Parady Równości w historii Polski.

Podkreślmy: nie, wbrew temu, co niektórzy próbują nam wmówić, obrazu tego nie zmienia wsparcie międzynarodowych korporacji dla zorganizowania rzeczonej Parady Równości. Nie zmieniają tego także ostatnie ataki na poszczególnych kapłanów czy świątynie. Te ostatnie w większym stopniu stanowią wszak odpowiedź (której forma godna jest wyraźnego i głośnego potępienia) na doniesienia o przestępstwach seksualnych w Kościele i ich kryciu niż na jakiekolwiek działania osób i środowisk LGBT.

infografika_LGBT__Proby

Świat nie jest czarno-biały

Innym przejawem zakłamywania rzeczywistości przez przedstawicieli Kościoła jest uczestnictwo w tworzeniu czarno-białego obrazu świata. W jego ramach walka toczy się między siłami światła – katolickimi obrońcami chrześcijańskiej cywilizacji – a demonicznymi zastępami LGBT i „gender”. W takim układzie nie ma miejsca na dostrzeżenie słuszności choćby tylko niektórych postulatów „drugiej strony”. Nie mieści się w nim założenie dobrej woli przynajmniej części jej przedstawicieli czy zauważenie różnorodności w obrębie krytykowanej przez siebie grupy. Wreszcie – ten obraz świata nie pozwala zauważyć, że społeczność, którą samemu się reprezentuje, także jest zróżnicowana.

Słabość ta występuje zarówno w dużej części Kościoła katolickiego, jak i w licznych środowiskach LGBT. Wielu biskupów, księży czy świeckich nie dopuszcza do siebie choćby okruchu myśli, że owe środowiska są wewnętrznie zróżnicowane i nie niosą wcale na sztandarach tego samego, jednorodnego systemu postulatów i wartości (poza podstawowymi). Krytycy udają ponadto, że nie wiedzą, że wśród katolików i katoliczek również są osoby LGBT. Z drugiej strony część środowisk LGBT nie zauważa, że także katolicy i katoliczki mają różne przekonania; że nie wszyscy stosują czy legitymizują przemoc wobec innych od siebie; oraz że część osób LGBT to ludzie wierzący i praktykujący (więcej na ich temat można przeczytać w reportażu Doroty Borodaj z ostatniego numeru „Kontaktu”). Ci ostatni bywają więc podwójnie naznaczeni, o czym wspomina także Michał Karwan z Wiary i Tęczy w rozmowie opublikowanej na naszej stronie internetowej.

Chociaż schemat ten widać po obu stronach, a dychotomia i wrogość się powiększa (tudzież jest cynicznie podsycana przez mającą w tym swój interes władzę), znów nie należy tworzyć w tej kwestii symetrii. To środowiska katolickie i sam Kościół instytucjonalny – jako silniejszy „gracz” – dysponują większymi możliwościami, by przerwać krąg rosnącej niechęci i uogólnień. Większa odpowiedzialność za to, że tak się nie dzieje, spoczywa więc na nich niż na – znacznie mniej sformalizowanej i słabszej instytucjonalnie – społeczności osób LGBT.

infografika_LGBT_postawy_maly

Nagonka na LGBT rozbija wspólnotę

Kościół ponosi również odpowiedzialność za to, jaką wizję chrześcijaństwa tworzy, godząc się na powyższe mechanizmy i je napędzając. Współtworząc dychotomiczny podział, narrację „cywilizacyjnej wojny”, ataków i obron, Kościół de facto rezygnuje z wpisanych w swoją istotę aspiracji do powszechności. Samodzielnie pozbawia się możliwości mówienia do wszystkich i służenia wszystkim. Do tego jest zaś powołany niezależnie od oczywistej refleksji, że nie każdy i z nie każdymi przekonaniami (zwłaszcza na sprawy dogmatyczne) się w tym Kościele zmieści jako jego członek czy członkini. Po pierwsze, Kościół powinien wszystkich szukać i do wszystkich próbować dotrzeć. Po drugie, znacznie większe spektrum poglądów i postaw może się zmieścić (i w praktyce już się mieści!) w Kościele, niż wielu osobom w Polsce na ogół się wydaje (zainteresowanych odsyłam choćby do opisywanej przeze mnie książki „Raban! O Kościele nie z tej ziemi”). Po trzecie zaś – jego służebne posłannictwo nie jest skierowane wyłącznie do wewnątrz, lecz do całej ludzkości. Gdy w jej części widzi wyłącznie wrogów, po raz kolejny zamyka się w rzekomo ostrzeliwanej ze wszystkich stron twierdzy.

Owa manichejska wizja świata prowadzi również do rozbicia wewnętrznego wspólnoty. Im ostrzej definiujemy spór, tym mniej osób (choć coraz bardziej zmobilizowanych i przekonanych o własnej słuszności oraz doświadczanych szykanach) się w nim odnajduje. Kto zaś nie definiuje się według narzuconego wzorca, odsądzany jest od czci i – nomen omen – wiary. Zarzuca mu się rozmywanie ortodoksji, „obronę bluźnierczych mszy” czy bycie „niby katolickim” (to wszystko w ostatnich miesiącach spotkało również nasze środowisko).

Szczególnie dojmujący jest brak księży, którzy byliby gotowi publicznie stwierdzić, że nie odnajdują się w tej narracji i nie godzą się na szkalowanie, przemoc, kłamstwo i obelgi – niezależnie od tego, kto staje się ich obiektem. Co do zasady w praktyce widać póki co dwie grupy kapłanów (w tym hierarchów): część z nich uczestniczy w nagonce, druga część milczy. Założenie, że owa druga grupa jest liczniejsza, jest prawdopodobnie uprawnione. Milczenie to jednak jest trudne do zrozumienia i ciężkie do zaakceptowania dla wielu katolików i katoliczek, szczególnie wierzących osób LGBT. Tym cenniejszy jest – w mojej opinii przełomowy – głos ojca Andrzeja Kuśmierskiego OP, z którym rozmowę można przeczytać na naszej stronie internetowej. To głos odważny i oparty o podstawowe pryncypia: prawdę, stawanie po stronie atakowanych, gotowość do rozmowy oraz nazywanie spraw po imieniu.

Obrońcy wartości depczący wartości

Wartości te stosunkowo rzadko zdają się kluczowe dla wielu ludzi wypowiadających się w sprawie samych osób LGBT czy ostatnich wydarzeń na marszach równości. Wróćmy do wyliczanki z pierwszego akapitu.

Gdy ktoś mówi o dewiacjach, należy przypomnieć mu rozstrzygnięcia Światowej Organizacji Zdrowia w sprawie wykreślenie homoseksualizmu z listy chorób. Gdy grzmi o homoterrorze w kontekście kursu tanga dla par jednopłciowych (przypadek Telewizji Republika), można odesłać go do słownika języka polskiego. Gdy mówi o grzechach sodomskich – pokazać inną interpretację biblijnej historii.

Odpowiedzią na kłamliwe i nieuprawnione kojarzenie homoseksualizmu z pedofilią powinny być wyniki badań naukowych, szeroko omawianych na naszych łamach przez Staszka Krawczyka. Samorządowcom deklarującym, że dany obszar będzie „wolny od LGBT”, warto zadać pytanie o to, jak chcą to egzekwować – czyżby wypędzając lesbijki, gejów, osoby biseksualne i transpłciowe? Oraz czy zdają sobie sprawę, jakie skojarzenia przywołuje nomenklatura „uwolnienia” jakiegoś miejsca od przedstawicieli i przedstawicielek danej społeczności?

Gdy ktoś grzmi o „niszczeniu rodziny”, warto opowiedzieć o wyrzucanych z domu przez religijnych rodziców osobach LGBT (więcej na temat wpływu homofobii na rodzinę mówią też rodzice, którzy starają się zaakceptować swoje dzieci). Gdy sugeruje intencjonalne obrażanie uczuć osób wierzących przez Elżbietę Podleśną, warto przypomnieć, że rozwieszenie przez nią wizerunku Matki Bożej z tęczową aureolą na terenie płockiego Kościoła było odpowiedzią na skandaliczny Grób Pański w nim się znajdujący. Gdy to samo zarzuca Szymonowi Niemcowi, należy wskazać, że to człowiek wierzący i każdy, kto zna go osobiście, potwierdza, że nabożeństwa odprawia zupełnie na poważnie, a nie prześmiewczo.

Wyliczankę można ciągnąć, ale tyle wystarczy, by wykazać, w czym rzecz. Zasada, jakoby cel uświęcał środki, jest całkowicie niechrześcijańska. Trzeba więc jasno mówić, że nie wolno grzmieć o obronie wartości chrześcijańskich, jednocześnie nie stając po stronie bitych, lecz bijących. Nie można mówić o grzechu, posługując się przy tym kłamstwem, oszczerstwem i manipulacją. Nie wolno bronić Kościoła, stosując przy tym przemoc (jak robili „obrońcy” Jasnej Góry atakujący marsz równości w Częstochowie) i ją podsycając. Nie wolno podpierać się Dekalogiem, łamiąc przykazania – co najmniej te dwa: „nie będziesz zabijał” (które odnosi się wszak nie tylko do morderstwa) oraz „nie będziesz mówił fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Nie wolno twierdzić, że broni się nauczania Kościoła, gdy nie realizuje się nawet zachowawczych i rozmytych wskazań Katechizmu Kościoła Katolickiego na temat traktowania osób homoseksualnych.

Cel tym bardziej nie uświęca środków, gdy sam jest moralnie dwuznaczny. Są zaś podstawy, by sądzić, że uczestnictwo hierarchów Kościoła w nagonce na osoby LGBT ma również ten cel, by usunąć z debaty publicznej temat przestępstw seksualnych w Kościele oraz ich systemowego krycia. By przerzucić odpowiedzialność za te czyny z biskupów na osoby homoseksualne. By dyskusję o ochronie dzieci przenieść w inne rejony niż te, w których znajdowała się po kolejnych doniesieniach mediów czy filmie braci Sekielskich.

*

Bliższe przyjrzenie się katolickiemu stosunkowi do osób LGBT oraz ich praw pozwala dostrzec, że to nie ewentualne braki w ortodoksji niektórych katolików i katoliczek czy tworzonych przez nich środowisk są w tej kwestii największym problemem. Znacznie poważniejszym wyzwaniem są rażące braki w ortopraksji tych, którzy grzmiąc o grzechu, sami łamią szereg Bożych przykazań. To wyzwanie, które w największym stopniu – wobec postawy biskupów i znaczącej większości księży – muszą wziąć na siebie osoby świeckie. Gdy trzeba, mówić: „nie wolno”. Oraz na co dzień praktykować miłość bliźniego wobec braci i sióstr – obecnie w szczególny sposób wobec lesbijek, gejów, osób biseksualnych i transpłciowych.

***

Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego internetowego wydania Kontaktu można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Tęcza nas nie obraża! Stoimy u boku Elżbiety Podleśnej

Biedni chrześcijanie patrzą na Paradę Równości

„Tylko nie mów nikomu”. Przeprosiny to za mało. Czas na rezygnacje i niezależną komisję