dwutygodnik internetowy
03.09.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Polska rzeczywiście nieoczywista

Problemem Polski nieoczywistej jest to, że wielkiej, odbywającej się głównie za pieniądze europejskie, rewitalizacji infrastrukturalnej w znikomym stopniu towarzyszyła przemyślana, refleksyjna i konsekwentna rewitalizacja społeczna.

fot. Jan Mencwel

 

Z nadzieją rozpocząłem lekturę tekstu „Polska odpływa”, który popełnił Piotr Gociek („Uważam Rze”, 34/2012). Oto ktoś wziął na warsztat temat w Polsce rzadko podejmowany, zapomniany, pomijany i niezauważany, zwłaszcza przez media elektroniczne (za chlubny wyjątek może robić środowisko „Nowych Peryferii”), jeszcze mocniej zaś telewizję. Jeśli ta ostatnia zajmuje się bowiem polską prowincją, to jedynie w formule programu interwencyjnego – musi być naprawdę źle (a przede wszystkim sensacyjnie), by kamery zechciały pokazać, co dzieje się „kawał w bok od szosy głównej”, jak śpiewał Jan Krzysztof Kelus. Oczywiście, lepsze to niż nic, ale wciąż na pewno zbyt mało. Gdy dotarłem do zaproponowanej przez Autora formuły „Polski nieoczywistej”, rozbudził moje nadzieje jeszcze mocniej.

Tym większe było jednak moje rozczarowanie, gdy dotarłem do końca tekstu. Okazało się bowiem, że Gociek ową, jak ją sam przecież nazwał, „Polskę nieoczywistą” pozbawił niuansów, namalował w sposób jednoznaczny, niebezpiecznie właśnie oczywisty. Polska nieoczywista (pozwolę sobie używać tego samego, nieswojego sformułowania) jest dużo bardziej zróżnicowana, niż chciałby Autor, zawiera w sobie o wiele więcej paradoksów. Co gorsza, wydaje się, że Gociek postanowił napisać tekst noszący wiele znamion tekstu nie społecznego, a politycznego. A właśnie zbytnie upolitycznienie szkodzi Polsce lokalnej i prowadzi do instrumentalizacji jej mieszkańców. Nie potrzebuje ona bowiem projektu politycznego (którego zresztą, o czym dalej, nie ma dla niej żadna siła parlamentarna), a więcej, niż politycznego.

 

Miasto wisielców

Lidzbark Welski to ośmiotysięczne miasto niedaleko Działdowa, niecałe dwieście kilometrów od Warszawy. Pięknie położone nad jeziorem i rzeką, ze wspaniale urządzonym i utrzymanym (oczywiście za „unijne”) parkiem i rynkiem, z dworcem PKP, do którego nie prowadzą już żadne połączenia, za to przyzwoicie skomunikowane zarówno ze stolicą, jak i z okolicznymi miejscowościami przy pomocy autobusów. To właśnie tam, w szczycie sezonu turystycznego, dzięki któremu miejscowość ożywa na kilka miesięcy, przy ognisku usłyszałem od mieszkających tam budowlańca i ochotniczego strażaka, że to miasto „emerytów, rencistów i wisielców”, „bez perspektyw i bez pracy”. Twardo stąpający po ziemi, pracujący dużo ciężej (i pewnie pożyteczniej) zarówno od Piotra Goćka, jak i ode mnie, mężczyźni byli dumni ze swojej małej ojczyzny („pracy nie ma, ale to tu jest mój dom i zawsze będę wracał do tej atmosfery”), z tego, jak się zmienia, ale równie realistycznie patrzyli na możliwości, jakie tu na nich i ich kolegów czekają. PKS w stronę Warszawy, jadący ponad trzy godziny, codziennie rano jest wypełniony po brzegi ludźmi, jadącymi za pracą.

Prawdziwym problemem jest bowiem nie to, że obniżył się próg oczekiwań mieszkańców Polski lokalnej – z tą tezą można śmiało polemizować. Prawdziwym problemem Polski nieoczywistej jest to, że wielkiej, odbywającej się głównie za pieniądze z funduszy europejskich, rewitalizacji infrastrukturalnej, dzięki której w wielu gminach odnowiono chodniki, szkoły, zbudowano tamy na rzekach, naprawiono drogi, postawiono hale sportowe, baseny i urządzono parki, w znikomym stopniu towarzyszyła przemyślana, refleksyjna i konsekwentna rewitalizacja społeczna. Na nowym chodniku z pewnością trudniej się przewrócić, ale jeśli wciąż będzie prowadzić do nieistniejących miejsc pracy, to zacznie pełnić rolę głównie ozdobnika. Na nowej przyszkolnej hali łatwiej organizować lekcje WF-u, ale bez sensownie opracowanej oferty zajęć pozalekcyjnych jej potencjał pozostanie niewykorzystany. Wizualna i estetyczna zmiana może mieć wielkie, także społeczne, znaczenie: buduje poczucie dumy i przywiązania do miejscowości, sprawia, że w mieście lub we wsi przyjemniej się żyje. Ale nie wystarcza. Nie sprawi bowiem, nawet jeśli na potrzeby utrzymania parku powstaną trzy nowe miejsca pracy, że ludziom będzie się żyło rzeczywiście lżej. Z kostki z nowego chodnika nie sposób ugotować obiadu. A społeczność polskich nędzarzy, których nikt spośród wielkich graczy polskiego życia publicznego nie broni, to, jak przypomina regularnie profesor Andrzej Mencwel, ponad dwa miliony ludzi.

 

Skromne przeżycia serc

Nie wolno jednak zapominać, że kluczową rolę w kwestii rozwoju lokalnych społeczności, prowadzenia rewitalizacji społecznej i tworzenia miejsc pracy mają do odegrania samorządy. Gociek niewątpliwie słusznie zwraca uwagę na rozziew między kolejnymi, nakładanymi na samorządy przez ustawodawców zadaniami, a środkami finansowymi przeznaczanymi na ich realizację z budżetu państwa. Dobrą ilustracją problemu jest przyjęta kilka miesięcy temu „Ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej”. Akt ten, w wielu kwestiach proponujący ciekawe rozwiązania i zmierzający w dobrym kierunku profesjonalizacji kadr pracujących z rodziną oraz rozdzielenia funkcji pracownika socjalnego i asystenta rodziny, w wielu gminach pozostanie martwym prawem. Jak zwraca bowiem uwagę choćby Ryszard Grobelny, prezydent Poznania i współtwórca obywatelskiego projektu zmiany ustawy o dochodach samorządów, nie poszły za tym konkretne pieniądze. Do tego miejsca mało kto zgłasza wątpliwości – samorządy są w Polsce niedofinansowane, mimo zwiększającego się zakresu ich obowiązków.

Nie warto jednak, jak czyni to Gociek, zatrzymywać się na krytykowaniu zjawiska przerzucania odpowiedzialności z rządu na samorządy, tym dziwniejszego, że wielu zasiadających w Sejmie posłów posiada nieliche doświadczenie zdobyte we władzach lokalnych. Trzeba przyjrzeć się sprawie w szerszym kontekście, zwłaszcza zaś rozważyć propozycje, przede wszystkim te oddolne i wychodzące od samych samorządowców (obok propozycji firmowanej przez Grobelnego, dotyczy to choćby pomysłu, by uczynić z województwa opolskiego Specjalną Strefę Demograficzną). Trzeba wreszcie przyjrzeć się z uwagą temu, czy którakolwiek znacząca opcja polityczna ma jakąkolwiek sensowną propozycję dla Polski nieoczywistej.

Wydaje się bowiem, że nie. Wśród parlamentarnej opozycji nie sposób znaleźć atrakcyjnej alternatywy dla wielkiej niemocy rządzącej koalicji wobec problemów lokalnych. Sytuacja wygląda tak, jakby problemy prowincji nie zaprzątały głowy żadnego z czołowych sejmowych polityków. Apatia Platformy i PSL-u w tej dziedzinie nie jest większa, niż apatia reszty partii. PiS, który wydawałby się naturalnym sojusznikiem mieszkańców prowincji, ostatnio przestał nawet uderzać w swoją, mało w rzeczywistości dla Polski nieoczywistej atrakcyjną, strunę centralizacji i silnego państwa. Zbyt skupił się na atakowaniu obecnej władzy, porzucając praktykę składania własnych propozycji. Nie zmienia tego w istocie nawet wygłoszone niedawno “expose” Jarosława Kaczyńskiego – większość jego postulatów to jedynie odkurzanie dawnych pomysłów. PiS w zbyt dużym stopniu ograniczył również swoją narrację do kwestii katastrofy smoleńskiej i tematów narodowowo-tożsamościowych – jak się okazuje póki co wystarczających, by zdobyć elektorat małych miasteczek i wsi, ale wobec pustego garnka siłą rzeczy zastępczych. Jak pisał bowiem Milan Kundera w książce „Życie jest gdzie indziej” (tytuł z pewnością spodoba się Goćkowi, który używa identycznej frazy w swoim tekście), „skromne przeżycia serc nie idą w zapomnienie z powodu wielkich przeżyć narodów”.

 

fot. Jan Mencwel

 

Niepomocne dłonie

Porzucenie spraw społecznych razi jeszcze bardziej, niż w przypadku partii ponoć prawicowej (choć w kwestiach gospodarczych niewiele mającej z prawicą wspólnego), gdy przyjrzymy się lewej stronie sceny politycznej. SLD i Ruch Palikota coraz aktywniej licytują się na to, która partia będzie bardziej liberalna światopoglądowo, porzucając palącą coraz mocniej kwestię społeczną. Jeśli lider ponoć lewicowej partii postuluje wprowadzenie podatku liniowego, to znaczy, że do wyznawania ideałów lewicowych w kwestiach gospodarczo-społecznych jeszcze mu bardzo daleko. W konsekwencji okazuje się, że jedynym, co naprawdę umieją uczynić w sprawie Polski nieoczywistej dwaj najważniejsi polscy politycy (a także wszyscy inni) – Donald Tusk i Jarosław Kaczyński – to jeździć po kraju i ściskać ręce potencjalnych wyborców. Żaden (co pokazują nie tylko rządy Platformy, ale również nie tak znowu dawne rządy PiS-u) z nich nie wie jednak, jak rozwiązać najbardziej palące problemy ludzi, którym podają dłoń do uścisku. Nie jest to bowiem dłoń pomocna. Drogi pamiętające PRL, o których pisze Gociek, obciążają sumienia nie tylko obecnie rządzącej ekipy.

Rozwiązanie kwestii finansowania i odpowiedzialności samorządów za część z opisywanych w jego artykule problemów jest szczególnie istotne z dwóch powodów. Po pierwsze, już niedługo szeroka rzeka pieniędzy z Unii Europejskiej zmieni się w, miejscami wciąż rwący, ale jednak niezbyt duży strumień. Po drugie, wiele z bolączek prowincji można rozwiązać na poziomie gminnym lub powiatowym. Oczywiście, samorządy nie zbudują dobrej i gęstej linii kolejowej (choć, jak pokazują doświadczenia samorządowej Warszawskiej Kolei Dojazdowej czy podmiejskich linii Szybkiej Kolei Miejskiej, w pewnych warunkach i to jest możliwe), ale przyzwoitą komunikację autobusową w obrębie pobliskich miejscowości i najbliższego wielkiego miasta, da się zorganizować na szczeblu lokalnym. Podobnie rzecz ma się z remontem wielu dróg czy, tak często już wspominaną, rewitalizacją infrastrukturalną połączoną ze społeczną. Oczywiście, na to wszystko potrzeba niemałych pieniędzy. Jednak przekazane w gestię samorządowcom, niejednokrotnie mogłyby zostać wykorzystane znacznie efektywniej, niż przy centralnym zarządzaniu. Istnieje pewien pakiet obowiązków, które muszą pozostać pod dyrektywą władzy państwowej (ministrów i wojewodów). Aby jednak zacząć przemieniać polską prowincję, warunkiem koniecznym nie jest zwiększona centralizacja, a wręcz odwrotnie – decentralizacja, połączona z wielkim pakietem zmian w ustawodawstwie, odpowiednim systemem dotowania oraz wsparciem koordynacyjnym, logistycznym i finansowym na wyższych szczeblach władzy (na tym w końcu polega, dotycząca samorządów, zasada pomocniczości).

 

Okrągły stół

Żeby jednak móc decentralizować, trzeba podejść do sprawy z głową, przede wszystkim zaś z jednoznacznym i bezkompromisowym stanowiskiem wobec nepotyzmu i kolesiostwa. Tym bardziej, że choroba ta toczy wszystkie partyjne siły polityczne obecne w samorządach, a także część inicjatyw obywatelskich. Czymże bowiem różnią się praktyki stosowane przez PiS w Głogowie od działań PSL-u w Słupcy? Nepotyzm i kolesiostwo jest problemem nie tylko obecnej koalicji. Wystarczy choćby prześledzić zmiany we władzach spółek skarbu państwa dokonywane po każdych wyborach.

Wszystkie te refleksje prowadzą do jednego wniosku: sami politycy nie są zdolni do przezwyciężenia większości problemów polskiej prowincji. I nie miejmy złudzeń – obecna sytuacja jest im całkiem na rękę. Myślę jednak, że Gociek myli się, stawiając tezę, jakoby była ona na rękę wyłącznie rządzącym. Od lat polska opozycja (niezależnie od tego, kto w niej zasiada) karmi się myśleniem: „im gorzej, tym lepiej”. Prawicowa narracja, odwołująca się do prostych, na ogół nieskutecznych, recept, w jeszcze większym stopniu w ogóle pomijająca palące problemy prowincji lub traktująca je instrumentalnie, nie jest wartościową odpowiedzią na mizerię działań obecnych władz. Nie ma tu miejsca, by przedstawiać konkretne rozwiązania. Wydaje się jednak, że polskiej prowincji potrzeba propozycji całościowej, wspieranej przez wielką koalicję polityków, władz samorządowych, organizacji pozarządowych, mediów, ekspertów i działaczy lokalnych. Być może czas na okrągły stół o sprawach polskiej prowincji. Nie sposób zacząć prawdziwej i szerokiej zmiany, jeśli nie postawi się jednocześnie na działanie, informację i kontrolę. Obok przeprowadzania wypracowanych inicjatyw, potrzeba, by towarzyszyły im dobre kampanie informacyjne oraz ścisłe mechanizmy kontroli, nie tylko ze strony służb, ale także samych obywateli. W dwóch ostatnich kwestiach (informacja i kontrola) nieocenione byłoby wsparcie niezależnych mediów lokalnych i organizacji pozarządowych. Byłaby to też unikalna okazja do budowania kulejącego w Polsce kapitału społecznego opartego na współpracy, współdziałaniu i zaufaniu. Niestety, wszystkie te pomysły wydają się marzeniami ściętej głowy. Dla wszystkich – mediów i polityków niezależnie od strony ideologicznej barykady – ważniejszymi i wygodniejszymi, niż problemy Polski nieoczywistej, tematami pozostaną wciąż polityczne przepychanki i ministerialne stołki. Ze szkodą dla ludzi.