dwutygodnik internetowy
17.10.2016
magazyn papierowy


„Polska krew”, czyli do krwi ostatniej

Czy jest możliwe scementowanie obecnie jedności narodowej na przekór bezlitosnym realiom? W podobne scenariusze nie wierzy chyba nawet tak wytrawny ich autor jak Przemysław Wojcieszek.

materiały prasowe

materiały prasowe

„Bohater «Polskiej krwi», Romuald, ma 24 lata i wierzy w prezesa. Mówi o nim «Tato». Jego żona Lucyna jest antysemitką, prowadzi bloga, na którym tropi Żydów i zdrajców narodu. Marzy o Wielkiej Polsce Katolickiej. Romuald jest impotentem. Podniecają go wyłącznie Żydówki. Lucyna jest dumna z tego, że «nasi dziadkowie gonili ich z widłami przez zboże». Niczego nie żałuje. «I’m sorry, Żydzie» – podśpiewuje na melodię piosenki zespołu Ace of Base. Z kolei Michał, aktor serialowy, nie wierzy w nic, ale lubi seks i lubi siebie. Chodzi na manifestacje KOD i podrywa dziewczyny. Nie interesuje się polityką, ale kiedy przypadkiem zostaje gwiazdą opozycji, traktuje tę rolę serio. Jego dziewczyna Emilia kocha i seks, i demokrację. Lubi się angażować, chętnie wysyła wieszaki do Kancelarii Premiera”.

Tyle o treści spektaklu „Polska krew” piszą jego twórcy. Zarzekają się, że jest to komedia. Ale współczesność wyznacza nowe w tej kwestii normy. Aby je przelicytować, trzeba się nieźle napracować. Telewizja publiczna wypiera z ramówki kabarety, ich funkcję przekazując ręcznie sterowanym „Wiadomościom”. Chcąc zatem wystawić teatralną komedię i czerpać z jej atrybutów, należy dorzucić swoją wartość dodaną tak, by nie powielać point, jakie codziennie przynosi kabaret dobrej zmiany. Klisze politycznego magla nie są niestety w stanie wybudzić z letargu teatralnych bywalców, będących jednocześnie obserwatorami życia publicznego. Wtórna licytacja politycznych antagonistów na deskach warszawskiego teatru „Trzy Rzecze”, gdzie wystawiono sztukę „Polska Krew”, na temat tego, czy na demonstrację przyszło dwieście tysięcy osób czy tylko czterdzieści, po miesiącach wałkowania miazgi medialnej wzbudzi co najwyżej wzruszenie ramion. Onanizujący się impotent, skandujący w celu wywołania stanu wzmożenia seksualnego fetyszystyczny slogan „Wielka polska katolicka!!!” to raczej materiał do sitcomu według Kiepskich, gdyby nie fakt, że tam schlebiają gustom podobnym w formie, lecz bardziej wysublimowanym w treści. Przemysław Wojcieszek, autor i reżyser dramatu, nie potrafi przebrnąć przez stereotypy, wedle których pisowiec obowiązkowo beka po piwie, udręczony zaś frankowym kredytem słoik, jak na nuworysza przystało, płucze usta winem w przerwie pomiędzy kolejnymi Demo.

Nieco (ale tylko nieco) lepiej jest na scenie wówczas, gdy przeciwnicy z różnych stron barykady deklarują swój rodowód. Jedni czują się zakorzenieni w galerii sztuki, drudzy w galerii handlowej. Koryfeuszem wolnościowego oporu zostanie Michał, samozwańczy„Cipokrator”, dla którego, odkąd znalazł się w awangardzie protestu, „dawne narzeczone szerzej rozchylają nogi”. Tymczasem prześladowcy demokracji „dla Polski nienawidzą Stuhra”. Ale i tego typu anegdoty nie wywołują huraganów śmiechu na skądinąd życzliwej twórcom spektaklu widowni.

To przecież wciąż mało, by spełnił się zamysł stworzenia widowiska ponadczasowego o rodowodzie komediowym. Podobne kalki jak te z „Polskiej krwi”, w równie niewyszukanej formie, znajdziemy pod dowolnie wybranym internetowym artykułem tyczącym bieżącej polityki krajowej. Czyż w ten sposób nie przyznajemy operującym żółcią anonimowym frustratom prawa do pisania scenariuszy teatralnych? Oba byty gwarantują niemal tożsamy poziom impertynencji i wulgarności.

Według Wojcieszka strony konfliktu w jego sztuce zostały obśmiane po równo. Stawiając taką symetrię, reżyser rzeczywiście stara się sprawiedliwie okładać i jednych, i drugich. Jednak sama idea powstania sztuki, a zwłaszcza deklaratywna postawa reżysera angażującego się po określonej ze stron sporu, nie pozostawia złudzeń. Autor „Polskiej krwi” rości sobie pretensje do tworzenia przedsięwzięcia wykraczającego poza horyzont rzeczywistości.

„Jak pięknie mówić «nie» za ojczyznę” – grzmi Michał, gwiazda sitcomów, a jednocześnie bohater kodowskich kryteriów ulicznych. Jednak nie sposób oprzeć się konstatacji, z której wynika, że przecież pokolenie dwudziestolatków tak słabo reprezentowane zostało w spectrum manifestacji mijającego roku. A właśnie spośród tej generacyjnej grupy wiekowej dobrał swoich bohaterów Przemysław Wojcieszek. Zbyt duża to skala pomyłki, by uznać ją za przypadkową. Wiele wskazuje, że to myślenie z gatunku życzeniowych artysty, który woli zmieniać świat zamiast go opisywać?

Kiedy autorowi nie uda się uderzyć w nutę prześmiewczą, zawsze może wzmóc formę wyrazu, czyli po prostu zaszokować. Najprościej bezceremonialnie negliżując aktorów, którzy poddadzą się tym zabiegom bez oporów, być może przypisując tej figurze pierwiastek ostentacyjnego protestu. To zabieg o tyle uzasadniony i wytłumaczalny, że słaba akustyka teatru „Trzy Rzecze” sprawia, iż spora część dialogów ginie w transowych deklamacjach, z trudem przebijających się przez natrętną, mechaniczną muzykę.

Choć przecież reżyser nie kryje swoich ambicji mentorskich, nie zapomniał także o samym teatrze, gdzie ma jeszcze do spełnienia misję na miarę wyzwań epoki. Stąd pomysł, by nie poprzestać na satyrycznej diagnozie Polski w fazie dewastującej wojny na wyniszczenie. Rzuci więc Wojcieszek Leminga w objęcia Katola, zjednoczy w tańcu dwie skrajności. Przedstawiciel tłumu z Krakowskiego Przedmieścia powiedzie w tańcu manifestantkę marszu z Marszałkowskiej. Podobny (toutes proportions gardées) zabieg zadziałał już u Wyspiańskiego czy Mrożka. Cóż, że w innej konfiguracji dziejowej? Czy jednak możliwym jest scementowanie obecnie jedności narodowej na przekór bezlitosnym realiom? W podobne scenariusze nie wierzy chyba nawet tak wytrawny ich autor jak Przemysław Wojcieszek. Na naszych oczach reaktywuje się mimo to jako demiurg świadomości społecznej. Film mamy obsadzony – zdaje się sugerować ustami któregoś z aktorów Wojcieszek – mimochodem przemycając branżowo snobistyczny pean nad twórczością Wojciecha Smarzowskiego. Tu zaś na deskach „Trzy Rzecza” powołana zostaje do życia niniejszym Kolebka Teatru Narodowego. Nieprzypadkowo na inteligenckim Żoliborzu. Nieopodal miejsca, gdzie „urodziło się dwóch najwybitniejszych Polaków przełomu XX i XXI wieku” – sarkastycznie mrugnie okiem jakaś z postaci „Polskiej krwi”. „Prezes jedynym powodem naszego istnienia” – zareplikuje bardzo przytomnie inny z aktorów widowiska. Co będzie, gdy go zabraknie? – nasuwa się nieodparta wątpliwość. Czy polskie sprawy mogą się wymknąć spod kontroli, mimo że już teraz balansują na jej granicy?

Obiektywnym świadkiem degrengolady, ku jakiej zmierza Polska bohaterów sztuki, uczyni Wojcieszek Żydówkę Uriel, seksowną, lecz odtrąconą kochankę Michała. To ona zdiagnozuje w epilogu polską kondycję narodową słowami: „Największą przyjemność sprawia nam przemoc”. Jest publiczną wszak tajemnicą, że wszędzie czyhają „chłopaki od Mariana”. A jednak ostatecznie Uriel pójdzie pod rękę z Romualdem, gdy ów wyeliminuje fizycznie już pozostałe z postaci dramatu. Otwartym pozostanie pytanie, co autor miał na uwadze, reaktywując Rachelę z „Wesela”, a następnie wpisując ją w osobliwy kontekst współczesny. Ta zaskakująca pointa przedstawienia wskazuje raczej na bezradność, jaką zgotował sobie sam reżyser. Mariaż skrajności na trupach stron niewygaszonej walki jako panaceum na wojnę polsko-polską brzmi tyleż przewrotnie, co infantylnie. A przecież reżyser zapewniał publicznie, że pisze swą sztukę, bo idą czasy poważne. Ale wnioski oraz recepty reżysera do poważnych nie dają się zaliczyć. Może dlatego, że „Polska krew” to tylko komedia.

***

Spektakl „Polska krew”, Teatr „Trzy Rzecze”; scenariusz i reżyseria: Przemysław Wojcieszek