dwutygodnik internetowy
01.07.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Pols-Kość niezgody

Już jutro, 13 grudnia, na ulice Warszawy wyjdzie kolejny marsz. Tym razem nazywa się Marszem Solidarności i Niepodległości i chodzi w nim o coś więcej niż o ukaranie generała Wojciecha Jaruzelskiego, odpowiedzialnego za wprowadzenie 30 lat temu stanu wojennego. „Dziś już publicznie głosi się walkę z Krzyżem, z Kościołem katolickim, z wiarą i tradycją narodową. […]

Już jutro, 13 grudnia, na ulice Warszawy wyjdzie kolejny marsz. Tym razem nazywa się Marszem Solidarności i Niepodległości i chodzi w nim o coś więcej niż o ukaranie generała Wojciecha Jaruzelskiego, odpowiedzialnego za wprowadzenie 30 lat temu stanu wojennego. „Dziś już publicznie głosi się walkę z Krzyżem, z Kościołem katolickim, z wiarą i tradycją narodową. (…) Przede wszystkim otwarcie dąży się do ograniczenia niepodległości Państwa Polskiego” – piszą na oficjalnej stronie organizatorzy. A więc, podobnie jak 11 listopada, środowiska prawicowe chcą zorganizować uliczny egzamin z patriotyzmu. Przekaz jest jasny: nam zależy na Polsce, na naszym wspólnym dobru, a wam, którzy zostajecie tego dnia w domu – w najlepszym wypadku tylko na sobie.

Nie dziwi wcale powoływanie się na uczucia patriotyczne przy okazji domagania się „prawdy o Smoleńsku” czy o stanie wojennym – nie sposób organizatorom tych wydarzeń odmówić autentycznej troski o Polskę. Niepokoi za to co innego – 13 grudnia 2011 roku to nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz, kiedy polska prawica (zarówno ta „stara”, której mniej lub bardziej symbolicznym liderem jest Jarosław Kaczyński, jak i coraz silniej dające się zauważyć młode pokolenie działaczy i publicystów) próbuje wmówić wszystkim, że ma monopol na słowo „patriotyzm”.

Powoli dochodzimy do punktu, w którym nie ma już dyskusji nad różnymi wizjami Polski – jest tylko jedna Polska narodowo-katolicka, otoczona przez wrogie mocarstwa, które po raz kolejny mogą zagrozić jej suwerenności, atakowana od środka przez wewnętrznych wrogów, którzy w rzeczywistości są także obsługiwani przez różne złe siły.

Nie trzeba chyba tłumaczyć, że taka wizja Polski budzi wewnętrzną niezgodę wielu osób. Problem polega na tym, że nie ma już języka ani przestrzeni, w której ci wszyscy, którzy w jakimś stopniu czują się patriotami – a przynajmniej są przywiązani do swojej polskości – a jednocześnie nie zgadzają się z wizją serwowaną nam przez prawicę, mogliby jakoś swoje poglądy wyrazić. Sfera publiczna dzieli się coraz wyraźniej na Prawdziwych Patriotów i na tych, którzy od pojęcia patriotyzmu, albo w ogóle od Polski się dystansują, wstydzą się go, boją się, że zostaną posądzeni o skrytą sympatię dla „obozu narodowego”.

 

Licencja na patriotyzm

Próbę stworzenia takiej przestrzeni podjęli 11 listopada organizatorzy wiecu „Kolorowa Niepodległa”. Intencja była słuszna, niestety zdecydowano się na konfrontacyjną formułę blokady, a flagę polską zastąpili barwami tęczy – symbolem międzynarodowego ruchu LGBT. W efekcie nawet przychylnym inicjatywie mediom trudno było ukryć fakt, że na Kolorowej Niepodległej ludzi było dziesięć razy mniej niż na Marszu Niepodległości. Tę porażkę przykryło medialne zamieszanie wokół aktów przemocy,których dopuściły się obydwie strony i nie kończąca się licytacja przypominająca chwilami szkolne „to oni zaczęli!”. Ale porażka jest oczywista i bolesna. Niestety, środowiska, które stały za organizacją Kolorowej Niepodległej, dobrze się chyba czują w swoim coraz węższym okopie i nie widać, by kogoś tam martwiło, dlaczego tak ich mało.

To niedobra sytuacja. W całej Europie obserwujemy, jak rosną w siłę skrajne ugrupowania prawicowe, swoją tożsamość opierające na niechęci wobec imigrantów czy wobec głębszej integracji Unii Europejskiej. W Polsce jeszcze niedawno niepokoje budził język PiS-u z okresu IV RP, czyli język podejrzeń, układów, rozliczeń, spisków, kompleksów. Dziś wygląda na to, że za chwilę może być znacznie gorzej. To, co jeszcze niedawno wchodziło w skład common sense, akceptowanego nawet przez PiS – a więc tolerancja, szacunek dla inności, niezgoda na głoszenie haseł podszytych ksenofobią – za chwilę może stać się jedną z głównych osi konfliktu. Tak dzieje się już w wielu krajach Europy. W porównaniu z nimi Polska wciąż nie musi borykać się z problemem imigrantów. Z drugiej strony, na tle wielu krajów Europy Polska wyróżnia się tym, że ma wyjątkowo bogatą tradycję patriotyzmu w wydaniu nacjonalistycznym, którą skrajne środowiska z powodzeniem mogą odgrzewać (i już to robią). Ale czy naprawdę ta narodowo-katolicka definicja polskości jest jedyną, do jakiej można się odwoływać? Czy faktycznie mamy do wyboru albo porzucenie biało-czerwonego sztandaru, albo wyniesienie go w górę wspólnie ze skrajnymi narodowcami w rodzaju ONR-u i Młodzieży Wszechpolskiej.

 

Polska jak Apple

W poprzednim numerze „Kontaktu”, zatytułowanym „Polska na eksport”, przeprowadziłem rozmowę z prof. Anną Gizą-Poleszczuk. Pytałem, dlaczego Polacy tak bardzo lubią narzekać na Polskę. Prof. Giza-Poleszczuk mówiła o niespełnionych nadziejach dotyczących rozwoju kraju, które od wielu lat towarzyszą polskim elitom. Dawniej to były nadzieje związane z odzyskaniem niepodległości, dziś – z różnie pojmowanym rozwojem i modernizacją Polski. Ten polski kompleks, który skłania wielu do dystansowania się od własnego kraju („ten kraj”, „to społeczeństwo”), nakłada się dziś na dystans lub dogłębną niezgodę wobec prawicowych aktywistów i ich haseł, z którymi występują pod sztandarem biało-czerwonym. To sprawia, że dla wielu osób pojęcie „patriotyzmu” staje się siłą rzeczy coraz bardziej obce. Patriota to w najgorszym wypadku ksenofob, a w najlepszym – po prostu frajer.

To właśnie tym zjawiskiem powinny najbardziej niepokoić się siły polityczne (i meta-polityczne), którym zależy na tym, by polskość miała inne niż katolicko-narodowe wydanie. O dziwo, tak zwane „światłe elity” wolą zwierać szyki, piętnując i stygmatyzując przeciwnika („kibole”, „rasiści”, „mohery”) zamiast próbować przekonać możliwie neutralnie nastawione osoby do innej wersji polskości. Problem w tym, że środowiska szeroko pojętej lewicy, od „Gazety Wyborczej” po (choć tu można się zawahać) „Krytykę Polityczną”, cierpią na tę samą chorobę „niespełnionych elit”, o której mówiła prof. Giza-Poleszczuk. Jej symbolem w wersji „hard” są teksty w rodzaju Patriotyzm jest jak rasizm (ukazał się kilka lat temu w „GW” i do tej pory krąży po prawicowych portalach jako dowód na zaprzaństwo „Gazety”), a w wersji „soft” – na przykład tekst Katarzyny Wiśniewskiej pt. Co z tą polskością? sprzed zaledwie kilku dni (8.12.2011, „GW”). Autorka, powołując się na debatę o Polsce toczoną ostatnio na łamach miesięcznika „ZNAK”, pisze:

A może trzeba się pogodzić z tym, że polskość jest dzisiaj jedną z wielu identyfikacji, niekoniecznie dominującą? (…) Zwolennikom polskości w wersji bogoojczyźnianej najtrudniej chyba przyjąć, że polskość jako przyjemność czy jedna z wielu identyfikacji w rodzaju „wegetarianin” czy „użytkownik Apple’a” wcale nie musi być gorszej jakości i nie oznacza zaprzaństwa.

Tak mniej więcej wygląda propozycja „Gazety Wyborczej” dla wszystkich, którzy nie chcą wycofywać się z pojęcia patriotyzmu: potraktujcie Polskę jako pewnego rodzaju markę, której możecie być lojalni. Bądźcie konsumentami Polski. Smacznego!

Obawiam się (a może raczej: mam nadzieję), że dla wielu osób taka „marketingowa” wersja patriotyzmu nie jest wystarczającą alternatywą dla wersji prawicowej. Mnie osobiście po prostu razi swoją miałkością, naiwnym podążaniem za „duchem czasów”, w których niejedną sferę życia już urynkowiono – czemu więc nie postąpić tak samo z pojęciem patriotyzmu? Sądzę, że ludzi, którzy podobnie jak ja czują, że polskość jest pewnym zobowiązaniem, a patriotyzm jest postawą, którą należy w sobie kształtować, jest znacznie więcej. Oni po prostu produktu proponowanego przez red. Wiśniewską nie „kupią”, bo rozumieją, że nie wszystko jest na sprzedaż.

Nie dziwi mnie, że „Gazeta” ma swoich czytelników za znacznie głupszych, niż są w rzeczywistości – do tego już zdążyłem się przyzwyczaić. Martwi mnie tylko, że jak zwykle dla mnie i dla wielu myślących podobnie nie widać alternatywy. Chyba, że w objęciach skrajno-prawicowych patriotów. Ja w nie nie wskoczę, ale boję się, że wielu innych mogą przyciągać. Zadziwiające, że środowiska lewicowo-liberalne nie rozumieją tego mechanizmu – zamiast oferować sensowny, alternatywny dyskurs, wolą „liczyć szeregi” i piętnować przeciwników, próbując udowodnić, że ci są z jakiejś innej planety i nie ma o czym z nimi dyskutować. W dojrzałej demokracji oczywiste powinno być, że w sferze publicznej toczy się pewien konflikt wartości, w której mamy w czym wybierać, a naszym zadaniem jest wybrać, a nie odrzucić wybór. W wielu sprawach taka debata już w Polsce zaistniała. Ale w kwestii patriotyzmu, a co za tym idzie, etosu politycznego Polski, wybór mamy póki co marny. Możemy albo odrzucić patriotyzm jako niepotrzebny i zdecydować się na logikę rynku i indywidualnych korzyści jako „optymalny wybór”, albo iść jutro razem z Jarosławem Kaczyńskim w marszu ulicami Warszawy. Dla mnie to mało.

 

Patriotyczne rekolekcje

W powieści epistolarnej „Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa, pisarza otoczonego kultem w PRL-u a dziś niesłusznie zapomnianego, fragment ostatniego listu brzmi: 1970. Zyndram Zabierski do swego syna Jacka (Virginia State University, U.S.A.). Pisane w Warszawie. Ja ciebie nie zatrzymywałem. Rozumiem, że chciałeś wyjechać. Pamiętam ostatnią rozmowę, powiedziałeś wtedy: ten kraj. Tu często się tak mówi. I w tym jest zaklęcie jakieś, coś pogardliwie fatalistycznego, jakby antymesjanizm, którego wieszczem może być każdy chłystek. Nie wykreślaj pewnych słów ze swoich songów. Do tego kraju wracano po ucieczkach. Chciałbym ci czegoś oszczędzić, nie wiem dokładnie czego. I tak zrobisz to, co będziesz chciał. Przynajmniej nie rób tego, czego nie będziesz chciał.

Dziś już wiadomo, że są tacy, którzy nie zamierzają „wykreślać pewnych słów ze swoich songów”. Cała reszta powinna zadać sobie pytanie: czy na pewno chcemy, żeby ta muzyka była jedyną, którą słychać w przestrzeni publicznej? Myślę, że gdy przyjmiemy strategię proponowaną nam przez „Gazetę Wyborczą” ustami Katarzyny Wiśniewskiej, to choć będzie nam się wydawało, że jesteśmy wolni, w pewnym momencie okaże, że tak naprawdę tylko tańczymy, jak nam zagrają. Zamiast czekać, proponuję zacząć własną kompozycję. Poszukajmy – czy też odkopmy, bo takich propozycji w polskiej kulturze padło przecież bez liku – inny rodzaj polskiego patriotyzmu niż ten „proponowany” przez prawicę. Zróbmy sobie wspólne patriotyczne rekolekcje – zastanówmy się, jakie skojarzenia należy przywołać, żeby móc powiedzieć: „jestem polskim patriotą” i nie obawiać się skrajnych reakcji, ale raczej zwykłej ciekawości i chęci wymiany poglądów. Myślę, że to „coś” uda mi się – wspólnie z Wami – odnaleźć na łamach kilku najbliższych numerów „Kontaktu”.

 

Może jestem frajerem?

Tekst jest roboczym manifestem nowego działu Kontaktu – „Pols-Kość niezgody”.

 

Dyskusja pod tekstem dostępna:

http://kontakt-kik.blogspot.com/2011/12/pols-kosc-niezgody.html