dwutygodnik internetowy
11.09.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Podejrzane. „Happy End” Michaela Hanekego

Jeden z najwybitniejszych twórców światowego kina autorskiego powraca w nowym filmie do swoich ulubionych wątków oraz formalnych rozwiązań, a także znów stara się zmusić oglądających do przemyślenia ważnych społecznych problemów współczesnej Europy. Czy również tym razem jego diagnozy są celne i wstrząsające?

materiały prasowe

materiały prasowe

Oczekiwaniu na nowy film Michaela Hanekego mógł towarzyszyć pewien niepokój, bowiem wybitny austriacki reżyser niesłychanie wysoko postawił sobie poprzeczkę swoim poprzednim dziełem – „Miłością” (Amour, 2012), tyleż pięknym, co emocjonalnie wycieńczającym studium powoli wypalającego się życia. Uprawnione było zatem  pytanie o to, czy autor tak ambitny nie przegra z samym sobą, próbując stworzyć film jeszcze precyzyjniej skonstruowany, lepiej zagrany, zawierający w sobie jeszcze większy ładunek dramatyczny.

Mający premierę w Cannes, a w Polsce pokazywany w ramach wrocławskiego festiwalu Nowe Horyzonty, „Happy End” spotkał się z bardzo chłodnymi reakcjami krytyków i krytyczek. Czyżby tym razem Haneke nie wspiął się na właściwy sobie najwyższy poziom? Jedno jest jasne – na pewno nie oglądamy go w mistrzowskiej formie, jednak wciąż należy tu mówić o kinie intrygującym i godnym wytężonej uwagi.

Już pierwsze kadry filmu wyznaczają pole napięć, które Haneke będzie chciał sukcesywnie eksplorować: za pośrednictwem przypominającej Snapchat aplikacji obserwujemy kobietę poddającą się czynnościom higienicznym. Wyświetlające się na ekranie komentarze osoby nagrywającej ją z ukrycia sugerują ledwo skrywaną niechęć, może nawet obrzydzenie. Jeszcze przez długą chwilę podglądamy ziarnisty obraz rejestrowany przez słabej jakości telefoniczny aparat i wydaje się, że ani ta rejestracja, ani nasze jej śledzenie nie powinny w ogóle mieć miejsca – ta potrójna gra spojrzeń obciążona jest źródłowym niepokojem i wywołuje dyskomfort, tak jakby obraz mówił do widza (widzki): „Nie powinno cię tutaj być”.

Jak się niebawem okazuje, autorką filmiku jest dziewczynka imieniem Eva (Fantine Harduin), która po zdrowotnej zapaści chorej psychicznie matki – to właśnie ją przedstawia nagranie – zostaje przygarnięta przez ojca i jego rodzinę. Thomas Laurent (Mathieu Kassovitz) bez szczególnego powodzenia próbuje nauczyć się kochać swoją na przemian płaczącą i wpadającą w emocjonalny stupor córkę, jednak wydaje się, że pozostaje mu ona obca. Eva wkracza jako intruz do mieszczańskiego domu przepełnionego fasadowym luksusem, który nieskutecznie maskuje dysfunkcyjne relacje łączące członków rodziny zarządzającej dużą firmą budowlaną. Na oczach dziewczynki wiszący na włosku ład ulega stopniowej erozji – warto przecież pamiętać, że rozkład instytucji burżuazyjnej rodziny to ulubiony topos Hanekego, charakterystyczny także dla całej austriackiej kultury powojennej (by wymienić dzieła Thomasa Bernharda, Elfriede Jelinek czy Ulricha Seidla) – co efektownie ukazuje scena katastrofy na placu budowy prowadzonej przez przedsiębiorstwo należące do Laurentów. To kolejny obraz pozostający w pamięci na długo po wyjściu z kina: w panoramicznym kadrze uchwycony jest proces powolnego, majestatycznego zapadania się terenu, a tragedii nikt ani nic nie może już zapobiec.

Za wypadek odpowiedzialny jest siostrzeniec Thomasa, Pierre (Franz Rogowski), który charakteryzuje się zupełnie abnegackim stosunkiem do biznesu prowadzonego przede wszystkim przez jego matkę (świetna rola Isabelle Huppert). Stara się on za pomocą różnego rodzaju prowokacji doprowadzić do ostatecznego zniszczenia istniejącej między nimi wątłej więzi – szczególną przyjemność sprawia mu szydzenie z głęboko skrywanej arystokratycznej ksenofobii jego rodziny mieszkającej przecież w mieście Calais, które nie znika z gazetowych nagłówków jako symbol kryzysu uchodźczego. Reżyser powraca do wątków znanych z porażających filmów „Kod nieznany” (Code inconnu, 2000) oraz „Ukryte” (Caché, 2005), jednak tym razem porusza je w sposób rozczarowująco schematyczny, wręcz anegdotyczny; działania Pierre’a obserwuje się zaś z pewnym zażenowaniem.

To właśnie grupę afrykańskich uchodźców zaczepia na ulicy najstarszy członek rodziny, Georges, chcąc poprosić ich o udzielenie mu pomocy w spełnieniu jedynego, w pewnym sensie śmiertelnego marzenia. To być może najbardziej interesująca postać pojawiająca się w „Happy Endzie” – Jean-Louis Trintignant brawurowo wciela się w postać człowieka obserwującego świat z ironiczną przenikliwością, którego życie jest resztkowe, ogołocone z sensu i wychylone ku niebyciu. Co ciekawe, Georges był głównym bohaterem „Miłości”, w której usiłował ulżyć w cierpieniach swojej umierającej żonie, Annie (Emmanuelle Riva).

Amerykański krytyk Peter Debruge słusznie zauważył jednak, że Haneke nakręcił nie tyle kontynuację swojego poprzedniego filmu, co raczej jego, pod względem tematycznym przynajmniej, odwrotność – wręcz „Niemiłość” (tak zresztą zatytułowany jest również pokazywany na tegorocznych Nowych Horyzontach film Andrieja Zwiagincewa). Eva wytyka ojcu, że ten nikogo nie kocha, i faktycznie, szczęście znajduje on jedynie dzięki sadomasochistycznej relacji z wiolonczelistką Claire, z którą zdradza niedawno poślubioną żonę. Facebookowe konwersacje Thomasa i Claire (dość jawnie nawiązujące z kolei do „Pianistki” nakręconej w 2001 roku na podstawie słynnej powieści Jelinek) zostają odkryte przez dziewczynkę dzięki jej wścibstwu i ponadprzeciętnym informatycznym umiejętnościom.

Haneke w tym filmie po raz pierwszy daje wyraz swojemu zainteresowaniu mediami elektronicznymi i chyba szkoda, że to czyni, zważywszy na to, że wydaje się ich zupełnie nie rozumieć – są dla niego wyłącznie złem koniecznym i źródłem deprawacji, dlatego też należy cieszyć się, że nachalne kaznodziejstwo dotyczące internetowych zagrożeń reżyser uprawia gdzieś na trzecim planie. Dość umiejętnie eksperymentuje za to z możliwościami, które daje mu wąski kadr wideoaplikacji, co widać nie tylko, jak wspominałem, na początku „Happy Endu”, ale także w znakomitej scenie zamykającej dzieło.

Sekwencja ta przedstawia Evę, która zamiast zapobiec tragicznym zdarzeniom postanawia je na żywo transmitować za pośrednictwem telefonu; wstrząsająca bierność dziewczynki i towarzyszący jej przymus obserwacji zastępującej jakąkolwiek próbę reakcji są symptomatyczne dla rzeczywistości, którą począwszy od debiutanckiego „Siódmego kontynentu” (Der Siebente Kontinent, 1989) stara się przedstawiać Haneke. W „Happy Endzie” częściowo sięga w tym celu po nowe środki i o ile „czarna farsa” obecna w niektórych scenach nie sprawia dużego wrażenia, to niemalże beckettowskie zamknięcie jest już naprawdę imponujące – zapowiedziane w tytule „szczęśliwe zakończenie” powoduje, że nerwowy śmiech więźnie w gardle.

Poza tym jednak dwukrotny laureat Złotej Palmy nieszczególnie rozwija czy przetwarza formułę swojej twórczości, chętnie zaś cytuje dotychczasowy dorobek i czyni to z różnym  skutkiem, jako że „Happy End” to w ogóle film dosyć nierówny, a skomplikowana sieć społeczno-psychologicznych zależności jest przez reżysera budowana chyba z trochę mniejszą niż zwykle maestrią. Na pewno jednak nie mamy do czynienia z dziełem zupełnie chybionym i nieudanym – trzeba oddać Hanekemu, że wciąż potrafi w sposób bardziej angażujący, niż ktokolwiek z oglądających by tego chciał, ukazać okrutny świat złożony z wielu odcieni szarości. To, co podglądamy (i to, co pozostaje tylko w sferze naszych podejrzeń), jest wyjątkowo niepokojące i – w pewnym sensie – podejrzane.

***

Happy End, reż. Michael Haneke, 2017.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.