dwutygodnik internetowy
22.02.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Plan Morawieckiego. W pułapce półśrodków

Bez elementu stymulującego krajowy popyt, trudno uznać skuteczność strategii Morawieckiego. Zmieniając jedynie rozkład własności kapitału w polskiej gospodarce, przekładamy pieniądze z kosmopolitycznej do narodowej kieszeni.

ilustr.: Natalia Łukasiak

ilustr.: Natalia Łukasiak

„Polska będzie wielka albo nie będzie jej wcale” – głosi dumnie motto Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, opracowanego przez nowoutworzone Ministerstwo pod wodzą Mateusza Morawieckiego. Gdy zagłębić się w tę najnowszą instrukcję montażu Wielkiej Polski, trudno nie odnieść wrażenia, że dobrym rozwiązaniom gospodarczym brakuje społecznych uzupełnień, bez których plan może stać się programem zasiłków dla najbogatszych Polaków.

Beata Szydło, podsumowując rezultat prac nad programem, stwierdziła, że „chcemy, żeby rozwój Polski przebiegał w sposób skoordynowany i równomierny. Żeby każdy, niezależnie od tego, gdzie mieszka, miał równe szanse”. Jeżeli dokument ma rzeczywiście wskazywać kierunek działań obecnej ekipy, to warto pochylić się nad nim właśnie pod kątem zapewniania Polakom równych szans i godnych warunków życia. Tym bardziej że, jeżeli wierzyć komunikatowi ze strony Ministerstwa Rozwoju, plan „kierunkuje działania rządu na najbliższych kilkanaście lat”, możemy mieć zatem do czynienia z tekstem o ogromnym wpływie na polską gospodarkę i społeczeństwo.

Półperyferia w pułapce. Nowa Ziemia Obiecana

Obecnie polska gospodarka jest gospodarką poddostawcy. Produkujemy tanio niskoprzetworzone dobra na eksport do krajów zachodnich. Marże producentów są niskie, a największą rolę odgrywają duże firmy o kapitale zagranicznym. Różnica pomiędzy Produktem Narodowym Brutto (wytworzonym na całym świecie przez podmioty, których właściciele mają obywatelstwo danego kraju) a Produktem Krajowym Brutto (wartością dóbr, informującą o wypływie kapitału z danego kraju) dla Polski należy do największych w Unii Europejskiej i cały czas się zwiększa. Takie przygnębiające wnioski wydają się płynąć z przenikliwego raportu opracowanego przez Fundację Kaleckiego. Jeżeli nie podejmiemy działań, to naszym bogactwem rzeczywiście staną się „lasy i tania siła robocza”, jak to kiedyś, mówiąc o przyszłości polskiej gospodarki, dobitnie wyraził Jarosław Gowin. Polacy zarabiają za mało, kraj wszedł w pułapkę średniego dochodu, a ostatnie lata wzrostu utwierdziły nas tylko w schemacie rozwoju zależnego, przede wszystkim od zagranicznych firm, i wymiany gospodarczej z Niemcami.

Odpowiedzią na te wyzwania jest, zdaniem twórców raportu, reindustrializacja. Plan Morawieckiego zakłada współpracę państwa i polskiego biznesu w celu stworzenia obszarów przemysłowych produkujących wysoko przetworzone produkty na potrzeby rynku. Obszary przemysłowe będą ze sobą współpracować w ramach Krajowych Programów Rozwojowych o atrakcyjnych nazwach, takich jak „Luxtorpeda 2.0”, mającego na celu stworzenie polskich pociągów metra, czy „Cyberpark Enigma”, obiecującego postępy w pracach na zabezpieczeniami cyfrowymi i technikami analiz danych. Aktywna polityka inwestycyjna państwa ma stworzyć zapotrzebowanie na wykwalifikowanych specjalistów, przyczyni się do wzrostu zapotrzebowania na technologie i powiększy innowacyjność polskich uczelni.

Decentralizacja za rządów Prawa i Sprawiedliwości wydaje się dobrą przeciwwagą tendencji centralizacyjnych z czasów rządów Platformy Obywatelskiej. Zaangażowanie państwa w budowę i rozwój nowych centrów przemysłowych wielokrotnie w historii przynosiło efekty, od przedwojennej Gdyni do doliny Krzemowej. Plan zastępuje kontrowersyjną koncepcję „dyfuzji przez polaryzację” Michała Boniego, stawiającą na nowoczesne centra rozwoju, które miały pociągnąć za sobą kraj, znaną z programu „Polska 2030”, bardziej rozproszonym, skupionym na uboższych regionach programem aktywnych inwestycji, który budzi duże zaufanie. Polska B powinna zatem zacierać ręce. Pytanie, czy rzeczywiście jej mieszkańcy skorzystają z narodowych inwestycji.

Dobry, polski jeden procent

Raport poświęca kilkadziesiąt stron przedstawieniu rozmaitych form wspierania polskich przedsiębiorców. Nie jestem ani ekonomistą, ani przedsiębiorcą, dlatego nie zamierzam oceniać jakości proponowanych rozwiązań. Bardzo niepokojący wydaje się jednak fakt, że polscy pracownicy są dla twórców raportu grupą właściwie nieistotną. W całym, liczącym 77 stron, podsumowaniu raportu problemowi tworzenia i wzmacniania instytucji dialogu społecznego poświęcone jest tylko jedno zdanie: „Niezbędna jest «Gra do jednej bramki» – odejście od Polski resortowej, współpraca z partnerami społecznymi, pracodawcami i związkami zawodowymi”. Na jednej stronie zostaje wspomniany też akcjonariat pracowniczy jako metoda na zwiększenie podmiotowości pracowników. Trudno na tej podstawie oczekiwać czegoś więcej niż fasadowego wykorzystywania istniejących instytucji dialogu społecznego, czyli płynnej kontynuacji rozwiązań znanych z rządów poprzedniej ekipy.

Dzięki planowi Morawieckiego w wielu obszarach polscy przedsiębiorcy zastąpią międzynarodowe korporacje. Polscy biznesmani zatrudnią polskich pracowników i zapłacą polskie podatki, więc na rozwoju biznesu skorzystamy wszyscy, wydaje się głosić raport. Nawet jeśli teoria skapywania majątku od najbogatszych do najbiedniejszych nie sprawdziła się w skali światowej, to może chociaż w skali lokalnej, w ramach sprawnie funkcjonującego państwa narodowego, można mówić przecież o ogólnym rozwoju gospodarczym. Koncepcja nie wydaje się do końca pozbawiona sensu. Trudno zaprzeczyć, że dystans kulturowy, geograficzny, a nawet finansowy pomiędzy lokalnym Januszem i zatrudnionym w jego firmie szeregowym Andrzejem jest przecież znacznie mniejszy niż pomiędzy Andrzejem a kosmopolitycznym Chrisem, menedżerem międzynarodowego holdingu z siedzibą w londyńskim City, dla którego Wielka Polska jest abstrakcyjnym pojęciem funkcjonującym w Europie Środkowo–Wschodniej. Wzmacniając Janusza, wzmacniamy Andrzeja. Proste i zrozumiałe. Niestety, nie działa.

Od Janusza do Andrzeja. Obietnice skapywania

Podobne kroki do proponowanych w planie Morawieckiego działań podjął kilka lat temu węgierski FIDESZ. Zwiększono udział państwa i wprowadzono reformy wspierające węgierskich przedsiębiorców. Skutki wzmocnienia narodowego okazały się jednak co najwyżej połowiczne. Faktycznie, różnica pomiędzy PNB a PKB systematycznie spada od 2007 roku, a rola węgierskiego kapitału wzrasta w węgierskiej gospodarce. Równolegle jednak wzrosła ilość ludzi żyjących w materialnym ubóstwie (z 12,3 procent w 2009 do 14,9 procent w 2015), rozwarstwienie społeczne i zagrożenie biedą, a realne wynagrodzenie i płace na Węgrzech należą do najniższych w Unii Europejskiej. Nawet jeżeli uznamy, że wzrost udziału PNB i stabilny wzrost PKB rzędu 2–3 procent dają możliwość mówienia o pewnym sukcesie realizacji pomysłów gospodarczych Orbana, to społeczne skutki są bardzo dyskusyjne. Najwyraźniej także narodowe elity chętniej dzielą się z masami opowieściami o budowie Wielkich Węgier niż własnymi pieniędzmi.

Jeżeli kiedykolwiek Janusz podniesie w Polsce pensję Andrzejowi, to nie dlatego, że łączy ich wspólna miłość do Wielkiej Polski. Ewentualna podwyżka będzie wynikać z poprawy sytuacji negocjacyjnej Andrzeja – jego kompetencje staną się rzadsze na rynku, będzie częściej otrzymywał intratne oferty z konkurencyjnych firm lub da radę przekonać Janusza do swojej wyjątkowej użyteczności dla firmy. Andrzej może się też zapisać do związku zawodowego, który wzmocni jego pozycję w rozmowie z pracodawcą i ułatwi wynegocjowanie lepszych warunków zatrudnienia. Przedsiębiorczego Janusza do podwyżki może wreszcie czasem zmusić państwo – podnosząc płacę minimalną lub minimalną stawkę godzinową, co miało ostatnio miejsce w Niemczech. Kulturowo–patriotyczne motywacje będą jednak, w przypadku walki o podwyżki płac, zawsze grały rolę co najwyżej drugoplanową.

Brak konkretnych działań ukierunkowanych na wzmocnienie pozycji pracowników i wzrost płac, przebijający przez cały raport, może w przyszłości zahamować rozwój drobnych polskich przedsiębiorstw produkujących na rynek krajowy, a pracowników polskich zepchnąć do sytuacji uboższych od nich Węgrów. Polacy muszą nie tylko produkować, ale mieć kiedy i za co konsumować innowacyjne produkty polskich zakładów przemysłowych. Bez stymulującego krajowy popyt elementu trudno uznać skuteczność tej strategii. Zmieniając jedynie rozkład własności kapitału w polskiej gospodarce, przekładamy pieniądze z kosmopolitycznej do narodowej kieszeni. Z perspektywy niemal 25 procent najuboższych Polaków, zarabiających obecnie mniej niż dwa tysiące złotych miesięcznie, ta narodowość kieszeni, w której znajdą się pieniądze, których nigdy nie zobaczą, może być jednak zupełnie obojętna, a nadzieje, obecnie pokładane w dobrym, ale kulawym społecznie planie, mogą doprowadzić do bolesnego rozczarowania. Plan Morawieckiego bez wzmocnienia pracowników może łatwo stać się workiem biznesowych półśrodków wspierających prywatne interesy, zmuszając Polskę do powtórzenia węgierskich błędów.

***

Plan Morawieckiego w całości dostępny jest tutaj