dwutygodnik internetowy
23.02.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Pępek świata i kościelne peryferia

Obserwujemy kompletowanie jednego z najciekawszych składów kolegium kardynalskiego na przestrzeni ostatnich stu lat. Może się okazać, że efektem tego będą też bardzo ciekawe wybory w przyszłości. Ciekawe i dla Kościoła, i dla świata.

ilustr.: Anna Krztoń

ilustr.: Anna Krztoń

Zacznijmy od kilku faktów. Fakt pierwszy: papież Franciszek mianował nowych kardynałów. Fakt drugi: po raz kolejny jego nominacje są nie w smak przynajmniej części – zwłaszcza europejskiej i północnoamerykańskiej – kościelnej opinii publicznej. Po raz kolejny „pominięci” przez papieża zostali metropolici wielu miast tradycyjnie kardynalskich, którzy – jak się na na przestrzeni wieków utarło – kapelusz kardynalski dostawali dotąd niejako z przydziału. Po raz kolejny wśród nowych członków kolegium kardynalskiego brakuje licznie reprezentowanych przedstawicieli kurii rzymskiej (zaszczyt ten spotkał jedynie arcybiskupa Dominique’a Mambertiego, prefekta Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej). Po raz kolejny Europejczycy są wśród nowych purpuratów w wyraźnej mniejszości. Brakuje w ich gronie choćby jednego Amerykanina. Po raz pierwszy w historii kardynałami zostali hierarchowie z Panamy, Wysp Zielonego Przylądka, Wysp Tonga czy Birmy.

Niektórzy publicyści i księża, także ci polscy, mniej lub bardziej otwarcie kontestują podobne decyzje personalne papieża. Odwołują się nie tylko do tradycji, ale również do uprzywilejowanej pozycji Europy w obrębie Kościoła powszechnego, która – w ich opinii – ma swoje źródło w prostych obserwacjach, dotyczących choćby wkładu chrześcijan poszczególnych kontynentów w rozwój teologii na przestrzeni dziejów. Są i tacy, którzy nie wahają się publicznie oceniać, że Franciszek nie tylko nie dopieszcza Europy, ale wręcz ją ordynarnie „olewa”. Są to jednak stwierdzenia oderwane od rzeczywistości. A także pomijające faktyczne potrzeby Kościoła. Kościoła, który niezbędnie wymaga przesunięcia akcentów – także pod względem geograficznym.

 Odwrócić tendencję

Opinie pozostawmy na moment na boku, wracając znów w przestrzeń faktów i liczb. Na świecie mieszka grubo ponad miliard katolików. W Ameryce Południowej żyje obecnie ponad 40% z nich. W drugiej pod tym względem Europie – co czwarty. 15% wszystkich katolików zamieszkuje kraje afrykańskie, co dziesiąty katolik mieszka w Azji (podobnie jak w Ameryce Północnej). Dane te pochodzą z roku 2011, a przecież tendencja jest jasna – liczba katolików rośnie w krajach Ameryki Południowej, Azji i Afryki, maleje zaś w Europie i Ameryce Północnej. Proporcje będą się więc zmieniać.

Do tych – bardzo wszak prostych – danych, przyłóżmy statystykę dotyczącą nominacji kardynalskich ogłaszanych przez trzech ostatnich papieży. Na dwóch ostatnich (tych już z początku dwudziestego pierwszego wieku) konsystorzach, na których kardynałów mianował Jan Paweł II, rozdał on pięćdziesiąt kapeluszy kardynalskich. Aż 29 z nich (58%) trafiło na głowy Europejczyków. Jedynie osiem dostali przedstawiciele Ameryki Południowej i Środkowej. Łącznie aż 68% nowych kardynałów pochodziło z Ameryki Północnej i Europy, na których to kontynentach, przypomnijmy, mieszka łącznie około 35% katolików.

Nie inaczej było za pontyfikatu Benedykta XVI, który powołał 77 kardynałów, spośród których aż 45 było Europejczykami. Wśród nowo powołanych purpuratów jeszcze zmalał udział hierarchów z Ameryki Środkowej i Południowej, wyraźnie zaś wzrósł tych pochodzących z Azji. Jednak znów aż 68% wszystkich nowych kardynałów wywodziło się z dwóch kontynentów: Europy i Ameryki Północnej.

Tę tendencję odwrócił dopiero Franciszek. Dodajmy jednak, co niezwykle istotne w kontekście wspomnianych, a niesprawiedliwych, ocen publicystów, że wciąż najwięcej, bo 38% spośród 39 nowych kardynałów, stanowią Europejczycy. Łącznie z Ameryką Północną, kardynałowie wywodzący się z Europy otrzymali 43% spośród wszystkich kapeluszy kardynalskich rozdanych przez Franciszka. W dalszym ciągu jest to udział wyraźnie kluczowy, jednocześnie jednak w zdecydowanie większym stopniu biorący pod uwagę geograficzne i demograficzne dane dotyczące liczby katolików na świecie. Franciszek niewątpliwie wziął się za dowartościowanie pod tym względem Ameryki Południowej i Środkowej, z których to regionów powołał dziesięciu (a więc 26%) kardynałów (wciąż o pięciu mniej niż z Europy!). Do tego bardzo wyraźnie wzmocnił udział Azji i Afryki, a nawet Australii i Oceanii, wśród nowych nominacji.

Europejski „pępek świata”

Dość jednak liczb – i tak już padło ich mnóstwo. Powyższe wyliczenia wskazują jednak na dwie ważne kwestie. Po pierwsze: Franciszek dokonuje w kolegium kardynalskim zmian mających na celu sprawienie, by jego skład był w większym stopniu reprezentatywny wobec rzesz katolików zamieszkujących poszczególne regiony świata, a tym samym w większym stopniu odzwierciedlał różnorodność Kościoła powszechnego. Po drugie: czyni to w sposób pozbawiony zarówno nadgorliwości, jak i rewolucyjnego zapału. Zmiana akcentów jest widoczna, jednak nie dokonuje się kosztem pominięcia szczególnej dla Kościoła roli Europy. Powiedzenie, że Franciszek „olewa” Europę czy też nie docenia jej spraw, jest więc chybione z dwóch, związanych z powyższymi obserwacjami, względów. Franciszek wcale Europy nie opuścił i nie pozbawił swojej uwagi. Z drugiej strony, poświęca jej owej uwagi odpowiednio mniej – z powodów jednak całkowicie uzasadnionych. Czas już do tego najwyższy.

Tyle tylko, że europejski Kościół nie tak łatwo godzi się na to, by stracić pozycję „pępka świata”. Faktem jest, że Europa od zawsze całkowicie dominowała całą wspólnotę katolicką – zarówno pod względem administracyjnym, jak i teologicznym, a także – co nie bez znaczenia – ekonomicznym. Oczywiście, można patrzeć na to dwojako: albo jako na zasługę, albo też jako na nieuzasadniony ucisk, przy czym w dłuższej perspektywie to drugie spojrzenie wydaje się bardziej przystające do rzeczywistości. Obecne decyzje Franciszka należy widzieć jako wyraz pewnego rodzaju sprawiedliwości dziejowej. To się po prostu „peryferiom” świata i Kościoła już od lat należało.

Kolejne nominacje kardynalskie Franciszka powodują naturalne i potrzebne przesunięcie ciężaru zarządzania Kościołem w większym stopniu w miejsca, w których żyje najwięcej katolików. Nie chodzi o „olewanie” Europy, ale o zwykłe naprawianie (nie bójmy się użyć tego słowa) niesprawiedliwego podziału, który funkcjonował przez wieki. Papież wziął się za likwidowanie nieuzasadnionej i szkodliwej dysproporcji wśród hierarchów także dlatego, że o ile jeszcze na początku dwudziestego wieku miała ona swoje uzasadnienie, o tyle przynajmniej od Soboru Watykańskiego II powinna była zacząć być likwidowana. Tak się jednak nie działo, a kolejni papieże jedynie tę sytuację petryfikowali.

Kościelny „trzeci świat”

Nie chodzi zresztą tylko o matematykę i procentowy udział przedstawicieli określonych regionów w kolegium kardynalskim (który, prawdopodobnie, nigdy nie będzie ściśle proporcjonalny – i na szczęście). Kościół nie jest wszak instytucją demokratyczną, a system przedstawicielski nie najlepiej nadaje się do zarządzania całą wspólnotą. Pomysł różnicowania składu kolegium, zapraszanie do niego biskupów Yangonu, David czy Santiago de Cabo Verde (nawet jeśli bez mapy nie miałbym zielonego pojęcia, gdzie się te diecezje znajdują), służy nie tylko ustanawianiu na szczytach Kościoła reprezentacji określonych grup narodowościowych katolików. Tym samym gestem zapewnia się odpowiednie dowartościowanie pewnych nurtów teologii i innej wrażliwości liturgicznej, dotąd pomijanej czy marginalizowanej. Słowem: dba się o różnorodność, która – wbrew obawom niektórych – jest dla Kościoła olbrzymią szansą, będąc emanacją uniwersalizmu chrześcijańskiego przesłania, nie zaś zagrożeniem. Proces jej wzmacniania – rozpoczęty przez Franciszka – będzie już trudny do zatrzymania. I bardzo dobrze.

Dobrze także dlatego, że jego decyzje personalne wynikają z prostej obserwacji, że żyjąc w skrajnie odmiennych warunkach, katolicy różnych regionów mają całkowicie różne problemy i potrzeby. Że „syty głodnego nie zrozumie”, a skoro tak, to nie powinni władz Kościoła dominować hierarchowie z globalnego „pierwszego świata”, którego mieszkańcy – w skali planety – stanowią wyraźną mniejszość. Że kościelne i globalne peryferia domagają się tego, by usłyszeć ich głos – także w Kościele. Tym samym – w dobie zwiększających się nierówności, ucisku jednych przez drugich, dobrobytu jednych kształtującego się kosztem nędzy innych, życia pewnych grup, które utrzymuje się na podstawie śmierci bliźnich – Kościół, co niezmiernie ważne, staje niejako w awangardzie przywracania podmiotowości zapomnianym i porzuconym, przynajmniej na poziomie symbolicznym. Także dlatego do kolegium kardynalskiego należy zapraszać metropolitów diecezji z „końca świata”. By pokazywali Kościołowi to, jak ten świat naprawdę wygląda. Franciszek to wie. Czas, by zrozumiał to także europejski Kościół. Bo bycie w centrum to także odpowiedzialność.

  • Paweł Grad

    “Tym samym gestem zapewnia się odpowiednie dowartościowanie pewnych nurtów teologii i innej wrażliwości liturgicznej”, po wczorajszej ramówce czytałem ten tekst dla tego zdania, bo byłem bardzo ciekaw, jaką to odmienną wrażliwość liturgiczną i odmienną teologię (poza bliską Autorowi teologią wyzwolenia) niosą ze sobą kościoły pozaeuropejskie. Wciąż jednak nie wiem!

    • kot

      Polecam Leksykon Wielkich Teologów XX/XXI Wieku wydany przez Więź w 2003 roku – tam masz wszystko łatwo i przystępnie podane :)

    • Ignacy

      Bardzo polecam także ten tekst: http://magazynkontakt.pl/ocean-w-szklance.html czy rozważania Krzysztofa Śliwińskiego o teologii afrykańskiej. Źródeł nie brakuje, a nie sądziłeś chyba, że felieton Ci za nie wystarczy…

      • Paweł Grad

        Ad. Kot: Dużo jest tam teologów z krajów pozaeuropejskich i czy rzeczywiście jest to jakaś autonomiczna teologia, i inna wrażliwość teologiczna? Ad. Ignacy i Kot: Bo mi się wydaje, ze to są jedynie odmienne doświadczenia z prób aplikowania doktryny wykuwanej w Europie do warunków kultur pozauropjeksich (felieton J. Majewskiego o tym). Co do liturgii zaś, to misyjne próby tzw. inkulturacji też nie są – jak sądzę – odmienną wrażliwością liturgiczną, tylko kwestią lokalnych eksperymentów. Słowem: czy tego chcemy czy nie, nie ma czegoś takiego jak specyficznie pozaeuropejskie nurty w teologii i liturgice. Eklezjalny postkolonializm na propsie i ja bym też wolał gorliwych purupuratów z Afryki niż zasymilowane grupy zachodnioeuropejskiego episkopatu, ale wydaje mi się, że ten entuzjaz do pozaeuropejskich tradycji kościelnych może powodować generowanie nieistniejących bytów, takich jak “pewne nurty w teologii i liturgii”.

        • kot

          Gdybyś przeczytał to byś wiedział. Zarówno o specyfice różnego rodzaju teologii afrykańskich wyrosłych z czasów kolonialnych, rodzimych religii i lokalnych podziałów społecznych, przez co odpowiadających na zupełnie inne problemy i sposoby wiary (tam mamy co najmniej kilka ich rodzajów, wszak Afryka jest najbardziej zróżnicowanym kontynentem pod względem kulturowym na świecie), jak i specyficzną indyjską teologie pannarodową (jeżeli mogą ja tak nazwać w kontekście Indii i systemy waarna-dżiaati). Ale też wiele innych ciekawostek. Wystarczy sięgnąć i pod tym kontem przeczytać biogramy teologów.

        • kot

          ad2 – przecież my często mówimy o 200/500 latach chrześcijaństwa (często autonomicznie się rozwijającego – np.: Liberia) w danych regionach poza europejskich. Naprawdę chcesz to sprowadzić do prób aplikowania doktryny wykuwanej w Europie do warunków kultur pozauropjeksich? :)

  • Knurek

    A ile mianowano kobiet?