dwutygodnik internetowy
07.12.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Pendergast: My też jesteśmy Kościołem

Kościół ma w sobie bogactwo, by znaleźć miejsce dla ludzi rozwiedzionych, żyjących w nieuregulowanych związkach czy dla osób homoseksualnych. I może to zrobić bez uszczerbku dla instytucji małżeństwa.

ilustr.: Monika Grubizna

ilustr.: Monika Grubizna

Tekst pochodzi z 29. numeru Magazynu „Kontakt”, zatytułowanego „Niebezpieczne związki”. 

PIOTR POPIOŁEK: Można by powiedzieć, że jesteś przykładnym katolikiem z biografią, której mogłoby ci pozazdrościć wielu tradycjonalistów. Zdobyłeś wykształcenie na Gregorianum w Rzymie, byłeś członkiem zakonu karmelitów. Zarazem jednak jesteś jednym z najbardziej znanych katolickich aktywistów LGBT w tej części Europy. Wielu polskim chrześcijanom trudno jest wyobrazić sobie, że można być praktykującym, wiernym katolikiem, angażując się przy tym w obszarze LGBT. W jaki sposób łączysz te „sprzeczności”?

MARTIN PENDERGAST: Wszystkie te działania podejmuję jako ochrzczony katolik, wezwany do korzystania z praw i obowiązków wyłożonych w Prawie Kanonicznym. Odpowiadam również na wezwanie do uczciwości, prawdy, szczerości i sprawiedliwości. Kodeks Prawa Kanonicznego mówi, że „wierni mają prawo przedstawiać pasterzom Kościoła swoje potrzeby, zwłaszcza duchowe, jak również swoje życzenia”, oraz że stosownie do swojego wykształcenia czy też formacji mają prawo, a nawet obowiązek, wyrażania swojego zdania na tematy dotyczące spraw Kościoła i konsultowania go z duchownymi.

Pomogłeś stworzyć duszpasterską radę LGBT w Londynie. Czy możesz opowiedzieć o jej historii?

Doświadczenia wielu gejów i lesbijek pod koniec lat 90. były takie, że czuli się wykluczeni z Kościoła. I to mimo że w dokumencie z 1979 roku, zatytułowanym „Wprowadzenie do opieki duszpasterskiej osób homoseksualnych”, biskupi Kościoła katolickiego w Anglii pisali, że homoseksualni katolicy mają takie same prawa do sakramentów jak katolicy heteroseksualni. Postawiliśmy sobie pytanie: jeśli każdy ma takie same prawo do sakramentów, to gdzie jest ta przestrzeń, w której katolicy LGBT mogliby je otrzymywać?

Mimo że wielu z nas, uczestniczących w mszach dla osób LGBT, nigdy nie przestało być praktykującymi katolikami, niemało było też takich, którzy odsunęli się od Kościoła i chcieli znaleźć do niego drogę powrotną. W kwietniu 1999 roku zaczęliśmy organizować comiesięczne msze dla katolików LGBT i ich rodzin przy zgromadzeniu sióstr w Londynie.

Rozumiem, że były to pierwsze takie msze w Wielkiej Brytanii?

W przeszłości odprawiano już prywatne msze dla katolickich wspólnot LGBT, ale nasze były pierwszymi mszami otwartymi dla każdego, kto chciał przyjść, a nie tylko dla członków jakiejś określonej grupy lub organizacji.

Z początku frekwencja była bardzo niska, maksymalnie trzydzieści lub czterdzieści osób. Po dwóch, trzech latach zgromadzenie, przy którym się spotykaliśmy, zostało zamknięte, więc przenieśliśmy się do Soho. Mimo że niektóre parafie katolickie nawet chciały z nami współpracować, nie mogliśmy znaleźć wspólnych terminów. Zadomowiliśmy się więc w kościele anglikańskim. Nasze msze były jednak odprawiane przez katolickiego księdza, który był w dobrych relacjach z Kościołem. Skoro zaś byliśmy w Soho, które jest sercem – jak mawiamy – „gejowskiej wioski”, liczba ludzi stopniowo zaczęła się zwiększać.

Jakie były reakcje pierwszych uczestników waszych mszy?

Bardzo szybko usłyszeliśmy pytanie, czy nie można by spotykać się częściej niż raz w miesiącu. Ludzie mówili: „Jeśli przyjdziemy na jedną mszę, a potem ominiemy kolejną, to przez dwa miesiące sami musimy zmagać się z dużym bagażem emocjonalnym, psychologicznym i duchowym”. Więc zaczęliśmy organizować msze dwa razy w miesiącu. Wkrótce było nas już siedemdziesiąt osób, głównie ze środowisk LGBT, ale także heteroseksualnych – przyjaciół i rodziców ludzi, którzy do nas przychodzili.

A jak na tę działalność reagowała hierarchia kościelna?

Kardynał dostawał w tym czasie listy od konserwatywnych katolików, które brzmiały mniej więcej tak: „Dlaczego na to pozwalacie? Dlaczego nie zakażecie księżom odprawiać tych mszy?” Myślę, że ignorował te protesty, licząc na to, że nasza wspólnota po prostu z czasem sama się rozpadnie. Ale my tylko się umacnialiśmy. Wkrótce zaczęliśmy omawiać z kardynałem możliwość przeniesienia się do katolickiego kościoła w Soho. Mieliśmy też ciche wsparcie ze strony Kongregacji Nauki Wiary, która dostawała raporty z naszych rozmów. Kongregacja była wtedy kierowana przez kardynała Levadę, który jako dawny arcybiskup San Francisco – miasta mającego sporą populację homoseksualistów – dobrze rozumiał sytuację katolików LGBT. I tak w marcu 2007 roku przenieśliśmy się do kościoła katolickiej parafii Wniebowzięcia w Soho.

Czy wciąż jeszcze mieliście wtedy swoich przeciwników?

Po tym jak przenieśliśmy się do katolickiej parafii, spotkaliśmy się z naprawdę wrogą i bezpośrednią opozycją ze strony konserwatywnych grup katolików. Ilekroć nasz kardynał, Vincent Nichols, bywał w Watykanie, tylekroć musiał spędzać dużo czasu na dementowaniu pogłosek o tym, jakie to sprawiamy problemy. Był bardzo wytrwały we wspieraniu naszych działań. Powiedział jednak wprost: „Nie widzę możliwości, by zła atmosfera, którą ci ludzie wytworzyli wokół waszych mszy, mogła się rozwiać”. Poprosił nas, żebyśmy raz jeszcze się przenieśli, tym razem do kościoła jezuitów na Farm Street. Nie zostało to najlepiej zorganizowane przez diecezję. Dziennikarze odnieśli fałszywe wrażenie, że kardynał likwiduje nasze msze, choć tak naprawdę zmienialiśmy tylko miejsce i terminy.

Jak wyglądała wtedy wasza wspólnota?

Było wśród nas wielu praktykujących katolików poszukujących specjalnej przestrzeni, w której mogliby pogodzić swoją seksualność i swoją wiarę. Ale tworzyliśmy również przestrzeń dla ludzi, którzy chcieli wrócić do Kościoła. Nigdy nie zamierzaliśmy budować stałej wspólnoty, która spotykałaby się w każdą niedzielę. Nie chcieliśmy tworzyć getta czy kryjówki, do której ludzie uciekaliby przed instytucją Kościoła.

Czy tworzenie specjalnych duszpasterstw dla katolików LGBT nie alienuje ich od reszty Kościoła?

Nie. Myślę, że kiedy mierzymy się z sytuacjami duszpasterskimi różnych ludzi, musimy na początku ustalić, z kim właściwie mamy do czynienia. Jeśli ktoś przez dłuższy czas pozostawał oddalony od Kościoła, to może nie być gotowy na to, żeby od razu do niego powrócić. Możliwe, że nie chce on pojawiać się w swojej parafii, bo jest ona na przykład bardzo konserwatywna. Nasza wspólnota staje się dla takiej osoby jedyną przestrzenią kontaktu z Kościołem. Nasze msze są zapisane w zwyczajnym harmonogramie mszy w parafii. Są otwarte dla każdego. Wśród wiernych jest zazwyczaj około 70 procent osób LGBT. Integrujemy się z parafią. Myślimy o tych mszach jako o wydarzeniach przeznaczonych szczególnie dla ludzi, którzy są nowi, a zawsze mamy jakieś nowe osoby. Nasze msze pozwalają im poczuć się swobodnie, nabrać więcej pewności siebie. Z czasem możemy skierować tych ludzi do innych księży, jeśli tylko chcieliby porozmawiać o swoich osobistych problemach i odnaleźć drogę powrotną do lokalnych wspólnot.

Ludzie często odbijają się od zdecydowanej formuły katolickiego nauczania o homoseksualności. Czy uważasz, że jest ono stałe i niezmienne?

Tematy związane z homoseksualnością – i szerzej jeszcze, z LGBT – umieszczam w tej części nauczania Kościoła, która dotyczy etyki seksualnej. Warto mieć świadomość, że na tle innych wątków magisterium ma ona stosunkowo niski „priorytet”. Przysłuchując się w ostatnich latach debatom toczonym wewnątrz Kościoła, można było odnieść wrażenie, że nasze stanowisko w kwestii antykoncepcji czy homoseksualności jest fundamentalne dla naszej wiary i nie podlega dyskusji. Albo przyjmujesz oficjalne wytyczne Watykanu, nie kwestionując ich, albo jesteś poza Kościołem. To bardzo uproszczona wizja. W nauczaniu Kościoła wyróżnia się wątki pierwszo-, drugo- i trzeciorzędne. Każdy z tych obszarów wymaga innego podejścia i w inny sposób zobowiązuje sumienia wiernych. Koncepcja trzech poziomów nauczania istniała zawsze, a została wyrażona wprost w wyjaśnieniu doktrynalnym z motu proprio „Ad tuendam fidem” z 1998 roku [Dokument Kongregacji Nauki i Wiary: „Wyjaśnienie doktrynalne dotyczące końcowej części formuły «Wyznania wiary»” – przypis redakcji].

Dokument, o którym mówisz, rzeczywiście porządkuje tę sprawę, ale nie wskazuje, na którym poziomie znajdują się zagadnienia etyki seksualnej.

Mimo że kwestie etyki seksualnej nie są tam wymienione wprost, podobnie jak i trzy poziomy nauczania Kościoła, taka ogólna kategoryzacja została tam przedstawiona. Trzeci poziom nauczania, do którego zaliczam etykę seksualną i inne podobne kwestie, może być przedmiotem rozwoju doktryny albo przedłużeniem teologicznej refleksji nad innymi, bardziej fundamentalnymi, pierwszo- i drugorzędnymi sprawami.

Czym jeszcze wyróżnia się ten trzeci poziom?

Pierwszy poziom obejmuje to, co jest zawarte w wyznaniu wiary. Drugi poziom dotyczy kwestii doktrynalnych, które nie wynikają może bezpośrednio z Credo, ale zostały ostatecznie rozstrzygnięte, jak choćby dogmat o wniebowzięciu Maryi. Wobec problemów objętych trzecim poziomem nauczania wierni z pewnością muszą zapoznać się z oficjalnym stanowiskiem magisterium, to znaczy nauczaniem papieża i orzeczeniami Kongregacji Nauki Wiary. Musimy jednak również podejmować nasze osobiste, świadome osądy dotyczące tego nauczania.

ilustr.: Monika Grubizna

ilustr.: Monika Grubizna

 

Nie mamy chyba jednak pełnej dowolności w tych osądach?

To nie jest katolicki supermarket, jak to sugerują konserwatywni katolicy. Musimy mieć w pełni ukształtowane i rozwinięte sumienie, by podejmować decyzje o niezgodzie na coś, co jest częścią nauczania Kościoła. Takie decyzje musimy opierać na rozwijanej wciąż myśli teologicznej i osiągnięciach innych nauk – antropologii, socjologii i tym podobnych.

W polskim Kościele nie rozróżnia się zazwyczaj pomiędzy różnymi poziomami nauczania magisterium. Dlaczego wrażliwość Kościoła w Wielkiej Brytanii jest inna niż w Polsce?

W Wielkiej Brytanii mamy silnie zakorzenioną ideę ewolucji nauczania Kościoła. Pochodzi ona z XIX-wiecznych prac Johna Henry’ego Newmana, który dużo uwagi poświęcił rozwojowi doktryny. Doktryna nie jest czymś raz na zawsze ustalonym i niezmiennym, lecz procesem, który musi odpowiadać na nowe wyzwania. Sobór Watykański II orzekł, że na naszą doktrynę trzeba patrzeć przez pryzmat znaków czasu, które musimy się nauczyć odczytywać. Nie oznacza to zajmowania sekularnych, liberalnych pozycji. Rzecz w tym, by wykorzystywać osiągnięcia nauki – antropologii, socjologii i innych dziedzin wiedzy – i dzięki nim poszerzać nasze teologiczne perspektywy. Myślę, że przez ostatnich dziesięć lat temat homoseksualności znalazł się w centrum rozwoju doktryny. Obserwujemy gigantyczny postęp w refleksji teologicznej podejmowanej na tym polu.

Czy to znaczy, że jeśli zbliżający się synod zmieni katolickie nauczanie na temat homoseksualności, nie uznasz tego za zerwanie jego ciągłości?

W nauczaniu Kościoła zawsze istnieje ciągłość. W Ewangelii Chrystus mówi do Piotra: „Na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą”. Mamy więc ciągłość nauczania od czasów apostołów, ale ta ciągłość nie wyklucza rozwoju.

Zacząłem studiować teologię zaraz po tym, jak w Rzymie zakończył się Sobór Watykański II. Wielu z moich profesorów było jego ekspertami. Wtedy nie myśleliśmy o tym wydarzeniu jako o momencie zerwania ciągłości. A przecież w jego trakcie pojawiło wiele nowych elementów naszej wiary, na przykład pojęcie wolności religijnej, która przez setki lat była potępiana, albo uznanie innych Kościołów chrześcijańskich za części świętego Kościoła, które nie są całkowicie od niego oddzielone. Niektórzy mają kłopot z papieżem Franciszkiem, ponieważ każdą jego wypowiedź traktują jako zerwanie z tym, co sami uważają za ciągłość. A przecież obserwujemy tylko rozwój doktryny, który dokonuje się zawsze.

Próbę rozwoju doktryny dotyczącej homoseksualności podejmuje teologia queer. Tacy teologowie jak James Alison czy nieżyjący już dominikanin Gareth Moore starają się w nowy sposób zrozumieć tradycyjne katolickie nauczanie o naturze ludzkiej i grzechu.

Moore i Alison są rzecz jasna postrzegani jako teologowie „gejowscy” czy „queerowi”. Ale istnieją również teologowie heteroseksualni, którzy zajmują się zbliżonymi zagadnieniami. Todd Salzman i Michael Lawler napisali ważną książkę, zatytułowaną „The sexual person”, która spotkała się zresztą z krytyką ze strony przedstawicieli Watykanu. Rozwinęli w niej pojęcie prawa naturalnego i starali się odejść od tego, co nazywam „naiwnym biologizmem” w jego rozumieniu. Salzman i Lawler twierdzą, że jeśli prawo naturalne jest czymś przyrodzonym człowiekowi, do czego musi się on stale odnosić przy pomocy swojego rozumu – to również orientacja seksualna jest stanem danej osoby – mówi o tym, kim ta osoba jest – a nie jej wyborem, to znaczy nie wiąże się z tym, co ta osoba robi.

Jeśli więc homoseksualista próbowałby żyć i postępować tak, jak gdyby był heteroseksualny, wykraczałby przeciwko prawu naturalnemu, ponieważ akty heteroseksualne nie przynależą do jego natury. I odwrotnie, dla osoby heteroseksualnej wbrew prawu naturalnemu byłyby akty homoseksualne. Ale jest czymś naturalnym dla gejów i lesbijek życie i wyrażanie siebie w wiernych związkach homoerotycznych. Ta sprawa znajduje się w centrum debat, które toczyły się wokół synodu w roku 2014 i które poprzedzają tegoroczny synod.

Czy jesteś zaangażowany w prace nad zbliżającym się synodem?

Tak. Mój partner i ja byliśmy w lutym na pielgrzymce osób LGBT w Rzymie i spotkaliśmy się wtedy z kardynałem Turksonem. Odbyliśmy bardzo owocną dyskusję, głownie na temat kryminalizacji zachowań LGBT na świecie. Wyrażałem nadzieję, że Watykan mógłby na synodzie dać światu ważny sygnał w tej sprawie. Ale kardynał chciał również zrozumieć, na czym polega różnica pomiędzy związkami partnerskimi, związkami partnerskimi osób tej samej płci oraz małżeństwami osób homoseksualnych. Poprosił, żebyśmy przygotowali na ten temat krótki dokument, który zawierałby również sugestie dotyczące przeformułowania tych paragrafów dokumentów synodalnych, które mówią o związkach jednopłciowych.

Czy w związku z tak otwartą postawą jednego z hierarchów wiążesz z tym synodem jakieś nadzieje?

Wszyscy mamy na coś nadzieję. Synod będzie doświadczeniem jednocześnie politycznym i religijnym. Biorąc pod uwagę to, kim są niektórzy delegaci, liczę na zmiany. W ubiegłym roku paragrafy na temat związków osób tej samej płci – zbiorczo zatytułowane „W trosce o osoby homoseksualne” – zostały odrzucone. Znaczące jest to, że niektórzy kardynałowie uważani za liberalnych nie głosowali za ich przyjęciem, ponieważ uznali je za niewystarczająco otwarte. Tym razem będzie znacznie więcej takich biskupów. Na przykład biskup Antwerpii, Johan Bonny, który jest przedstawicielem episkopatu belgijskiego. To on postulował, by Kościół udzielał jakiegoś rodzaju błogosławieństwa związkom osób tej samej płci wewnątrz swojej struktury. Byłoby to dużym krokiem naprzód.

Wprawdzie nie spodziewam się aż tak radykalnych zmian, ale oczekuję, że synod przyjrzy się sposobowi przedstawiania związków jednopłciowych w dyskusjach teologicznych wewnątrz Kościoła. Mógłby też zachęcić do tworzenia i rozwijania duszpasterstw dla osób homoseksualnych. Być może biskupi, teologowie, osoby LGBT i rodzice tych osób mogliby zacząć ze sobą rozmawiać i wspólnie zastanawiać się nad kierunkiem rozwoju nauczania i praktyki Kościoła w przyszłości.

A co z językiem, którym posługują się dokumenty magisterium?

Chcemy, by zrezygnowano z takich terminów jak „wewnętrznie” czy „obiektywnie”, używanych obecnie w dokumentach Kościoła. Należy zauważyć „obiektywnie nieuporządkowane” odnosi się do czynów, a nie do związków. W dokumencie, który przygotowaliśmy dla kardynała Turksona, postawiliśmy pytanie o duszpasterstwo katolików LGBT właśnie w takim kontekście. Myślę, że jednym z problemów nauczania Kościoła w ostatnich latach jest to, że skupia się on całkowicie na aktach, a nie na relacjach. A przecież nie jest obce tradycji Kościoła, że relacje – czy to osób tej samej, czy też przeciwnej płci – należy szanować i że należy się o nie troszczyć. I że taka miłość jest również wyrazem miłości Boga.

Jednak akty homoseksualne wciąż są postrzegane jako grzeszne, a w duszpasterstwie namawia się do ich zaniechania.

Kościół uczy, że akty seksualne poza małżeństwem są niedozwolone. W swoich poradach dla księży na temat duszpasterstwa osób homoseksualnych twierdzi jednak – inspirując się sygnowanym przez kardynała Ratzingera „Listem do biskupów Kościoła katolickiego o duszpasterstwie osób homoseksualnych”– że księża powinni być ostrożni z wyrażaniem negatywnych sądów o ludziach. Tak więc każda sytuacja powinna być postrzegana w sobie tylko właściwy sposób.

Uważasz więc, że katolicy żyjący w wiernych, monogamicznych, homoseksualnych związkach mogą przyjmować komunię.

Tak.

A jednak Kościół katolicki naucza, że homoseksualiści, jeśli żyją w związkach, powinni zachowywać czystość.

Użyłeś słowa „czystość”. Tego właśnie terminu używają również autorzy Katechizmu Kościoła Katolickiego. Piszą o czystości, a nie o celibacie. To dwie różne rzeczy. Wszyscy – czy to heteroseksualiści, czy homoseksualiści – jesteśmy wezwani do czystości. To oznacza, że nie wolno nam wykorzystywać drugiej osoby. Mamy budować relację opartą na wzajemności. Nie każdy zaś jest powołany do życia w celibacie.

Wierzę w to, że Kościół znajdzie jakąś drogę – czy to dla rozwiedzionych i ponownie zaślubionych katolików, czy też dla ludzi żyjących w tak zwanych nieuregulowanych związkach, czy wreszcie dla osób homoseksualnych. Wierzę w to, że jako wspólnota potrafimy uznać ich sytuacje za, może nie do końca idealne z perspektywy hierarchów, ale w każdym razie zmierzające w dobrą stronę. Ten język może brzmieć trochę protekcjonalnie, ale myślę, że od tego powinniśmy zacząć.

 

Martin Pendergast jest byłym karmelitą. W latach 60. studiował teologię na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Od lat jest zaangażowany w odnowę Kościoła rzymsko-katolickiego w Wielkiej Brytanii. Jest współzałożycielem wielu organizacji i inicjatyw katolickich, inicjatorem tak zwanych „Soho Masses”, członkiem LGBT Catholics Westminster Pastoral Council.