dwutygodnik internetowy
26.08.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Paweł Althamer: W piątki nie stronię od ludzi

Paweł Althamer łączy dwie skrajnie różne aktywności: jest twórcą wielu autoportretów oraz inicjatorem jeszcze większej liczby działań społecznych opartych na współpracy ze zwykłymi ludźmi. Przygląda się sobie, by potem zatracić się w procesie pracy grupowej, doprowadzanym przez niego do momentu, w którym sam już nie jest potrzebny jako artysta.   z Pawłem Althamerem rozmawiają Monika […]

Warsztaty "Althamer haptycznie", marzec 2013, Muzeum Współczesne Wrocław, fot.: Małgorzata Kujda

Paweł Althamer łączy dwie skrajnie różne aktywności: jest twórcą wielu autoportretów oraz inicjatorem jeszcze większej liczby działań społecznych opartych na współpracy ze zwykłymi ludźmi. Przygląda się sobie, by potem zatracić się w procesie pracy grupowej, doprowadzanym przez niego do momentu, w którym sam już nie jest potrzebny jako artysta.
 

z Pawłem Althamerem rozmawiają Monika Cieniewska, Katarzyna Kucharska-Hornung i Robert Więckowski Tekst pochodzi z najnowszego numeru „Cześć pracy!” („Kontakt” 22/2013), dostępnego już w salonach EMPiK

 

 
Autoportret
 
Paweł, ja zupełnie nie widzę, nawet nie mam poczucia światła. Jak ty wyglądasz?

Dzisiaj zaproponowano mi sesję zdjęciową i wtedy okazało się, że mam problem z własnym wizerunkiem… Ale wyglądam dobrze, od środka. Staram się sobie specjalnie nie przyglądać. Z wyjątkiem sytuacji, w których przybiera to formę manifestu w postaci rzeźby, filmu albo autoportretu.

 

To sięgnijmy do środka. W Zachęcie mieliśmy okazję poznać twoją pracę „Łódź i skafander” [1991 – przyp. red.]. Pomyślałem sobie: gość się zamyka, sznuruje na wszystkie możliwe sposoby. Jaki introwertyczny, może socjopatyczny!

Dopóki artysta potrafi pracować z własnym problemem i podzielić się nim z resztą świata, wykonuje dobrą robotę. To jest mój autoportret, to jestem ja i mój problem. Kujesz przez kilka miesięcy łódź z blachy, szyjesz ręcznie skafander, mało tego, pakujesz się w to wszystko i robisz sobie zdjęcie. Mówisz otwarcie: jestem egoistą i artystą. To często jedno i to samo. Ale to, co robię może wam się kiedyś do czegoś przydać. Może jestem jednym z wielu, którzy tak mają.

 

Dlaczego robisz tyle autoportretów?

Poprzez twórczość daję upust wewnętrznemu konfliktowi, zamieniając go w coś bardziej łagodnego, pożytecznego.

 

Podczas obrony pracy dyplomowej zostawiłeś przed komisją swój autoportret z trawy, jelit zwierzęcych, konopi, wosku i włosów. Nie pojawiłeś się na egzaminie. Częścią dyplomu był także film „Las”, w którym wychodzisz z Akademii, jedziesz autobusem do lasu, a w końcu znikasz między drzewami [1993]. A w moim odczuciu nie jesteś artystą, który stroni od ludzi, rozmawiasz z nimi.

Można powiedzieć, że w piątki nie stronię od ludzi. W czwartki natomiast ukrywam się, przemykam po lesie albo spędzam czas ze sobą. Lubię chodzić na ćwiczenia fizyczne, podnosić ciężary, doświadczać własnego ciała. Mam taki płodozmian, dzięki któremu potrafię integrować się z outsiderami. Jednym z takich najbardziej udanych przykładów jest przyjaźń i współpraca z Arturem Żmijewskim. Jeszcze na studiach siedział osowiały w pracowni, w hiperizolacji, z wytworzonym wokół siebie polem siłowym. To właśnie pole mnie przyciągnęło. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i pierwsze, co zrobił Artur, to wywiady ze mną – wypruwanie mi bebechów.

 

Specjalista od wiwisekcji?

Lekarz medycyny ogólnej. Ma niezwykle uważny umysł i starą duszę. A jego zawodowym kostiumem jest maska. Maska, która wielu ludzi odstrasza, ponieważ boją się jego świdrującego spojrzenia, trudnych pytań i zdawkowych odpowiedzi w sytuacjach, w których twoja chęć nawiązania kontaktu nie jest dość szczera.

 

Uczestniczyłam w warsztatach prowadzonych przez Artura Żmijewskiego i rzeczywiście to była trudna współpraca. Może świdrującego wzroku nie doświadczyłam, ale czułam, że podchodzi do naszego spotkania z ogromnym dystansem.

Miałem to szczęście, że poznawałem go w bardzo różnych okolicznościach, będąc, jak pewnie wiecie, pod wpływem substancji, które stymulowały moją percepcję [„Tak zwane fale oraz inne fenomeny umysłu”, 2003–2004 – przyp. red.]. Po tych wszystkich doświadczeniach mogę mu wyznać miłość. On jest po prostu moim bratem.

 

Byliśmy w Muzeum Współczesnym we Wrocławiu na twojej wystawie „Polietylen. W ciemności”. Tam pozwolono nam dotykać twoich rzeźb. Dla nas to jest przychylenie nieba. Wcześniej dowiedzieliśmy się, że akurat w przypadku twoich rzeźb na pewno nie będzie z tym problemu.

Te rzeźby powstały z gorącego plastiku o temperaturze 150 stopni. Formuje się je w rękawiczkach. Ja też bardzo lubię ich dotykać. Pracując nad nimi, uświadomiłem sobie, że często mój rozum, mój zmysł artystyczny nie akceptuje tego, co robię. Mimo tego moje dziecko wewnętrzne, czy też ja prawdziwszy, świetnie się przy tym bawię. Doznaję na wielu poziomach procesu pracy z materią, ze światem, ze sobą. Jestem podłączony. I mój stosunek do rzeczy, które powstają, jest chyba coraz lepszy. Coraz mniej mnie obchodzą.

 

To jest zdrowsze?

Powinno być naturalne. Odczuwam coraz silniejszą więź ze światem wewnętrznym. Chociaż kiedy mi porysowali samochód, to był dla mnie cios i znak, że dużo jeszcze przede mną.

 

Przypadek czy rodzaj ekspresji artystycznej przechodnia?

W pierwszym odruchu byłem wściekły. Pracowałem wtedy nad Kongresem Rysowników [w ramach 7. Biennale Sztuki w Berlinie, 2012 – przyp. red.] i uświadomiłem sobie, że nieprzypadkowo ktoś rysuje po moim samochodzie. Nie trafił na warsztaty, podczas których mógłby doświadczyć innej ekspresji. Po prostu miał potrzebę zostawienia swojego znaku, wyrażenia złości, frustracji, a mój samochód, z kierowcą w środku, stanął mu na drodze. Wtedy pomyślałem, że to o wiele lepsze, niż gdyby na przykład uderzył w maskę.

 
 
Praca ze światem
 
Lubisz pracę z ludźmi?

To jest jeden z najbardziej skutecznych sposobów pracy nad sobą. Nie chodzi tu o wykorzystywanie, ale o korzystanie z innych, żeby się w nich wmieszać, zatracić. To jest wspaniałe doświadczenie. Nie ma znaczenia, kto jest autorem. Po prostu czujesz się uczestnikiem. Ja mam tak z grupą Nowolipie. Mogę poczuć się autorem prac, których sam nigdy bym nie wykonał.

 

Czy masz absolutnie jasno postawioną granicę: to jest sztuka, a to jest kicz, to już nie jest sztuka?

Nie stawiam sobie takich granic. Pojawienie się takich rozróżnień wynika tylko z mojej decyzji o tym, z czym się utożsamiam. Ale można to w sobie przemóc. Jeśli wyłapiesz ten moment, kiedy w głowie pojawia się twój sędzia główny, i uważnie się mu przypatrzysz, to on, jak małe dziecko, opuści głowę, pójdzie do kąta i tam się rozpłynie.

 

A inna granica: sztuka a życie?

Też iluzoryczna. Jak miałbym je oddzielić? Zacznę żyć, kiedy wyjdę z zajęć?

 

Czy cotygodniowe spotkania na Nowolipiu wpływają na twoje artystyczne projekty?

Oczywiście. Teraz na przykład przygotowuje rzeźbę we współpracy z Remigiuszem Bąkiem, uczestnikiem tych zajęć. Remigiusz wykonał małe figurki ufoludków z drutu kolczastego wiązanego drutem aluminiowym, przeplecionego dodatkowo drutem mosiężnym. Kiedy je przyniósł do pracowni, od razu pomyślałem, że trzeba się tym podzielić ze światem. Skoro ja mam taką łatwość i ludzie moje rzeczy kupują, biorą do muzeów, do galerii, to teraz jest moment, żeby figurki Remigiusza także wypchnąć w świat.

 

Jak je pokażecie?

Na targach sztuki, ponieważ to jest historia o targu. Zechciałem kupić prace Remigiusza i udało mi się. Pomyślałem, że przedstawię tę sytuację rzeźbiarsko, że zrobimy wspólną pracę. Jedna rzeźba przedstawia Remigiusza, druga mnie, kupującego od niego ufoludki. To dobry temat na targi, ponieważ tam jedni kupują od drugich sztukę. Poza tym grupa Nowolipie pokazała mi tryb pracy, do którego ja, jako artysta indywidualny, mogłem się tu przyzwyczaić.

 

Jaki to tryb?

Praca ze wszystkimi, praca ze światem. Tak, żeby wszyscy poczuli to, na co pozwala sztuka, czyli doświadczyli siebie w procesie tworzenia, doświadczyli wolności twórczej. Fenomenu, który okazuje się być narzędziem nie do podrobienia. Narzędziem artystycznym, które można potem stosować, chociażby na polu politycznym.

 

Na przykład?

Performans w Mińsku na Białorusi [„Pramień Sonca”, jedna z odsłon projektu „Wspólna Sprawa”, 2012 – przyp. red.]. Wybraliśmy prostą metodę, dzięki której ludzie, nie zadawszy zbyt wielu pytań, wzięli udział w zabawie, performansie, który był jednocześnie aktem spontanicznego działania o znaczeniu politycznym, opozycyjnym.

 

A lot złotym boeingiem do Brukseli?

Lot brukselski był wydarzeniem celebrowanego wspólnie 4 czerwca 1989 roku [„Wspólna Sprawa”, 2009 – przyp. red.], którego celem była w gruncie rzeczy akcja-zabawa. Przez kontekst i przez oprawę stała się wyjazdem reprezentacji Polski w świętowaniu.

 

W lataniu w złotych skafandrach! Używasz słowa „zabawa”. Gdzie jest sztuka, a gdzie dobra zabawa?

Kiedy jest dobra zabawa, ta granica nie istnieje. Pojawia się dopiero w momencie uświadomienia sobie, że braliśmy udział w zabawie. Koniec zabawy, idziemy umyć ręce. Koniec zabawy, bierzemy się za naukę. Odkryłem, że to jest nieporozumienie.

 
 
Kiedy rzeźbisz, jesteś sobą
 
Czy planujesz dokładnie swoje przyszłe prace, projektujesz ich znaczenie?

Moje działanie jest szybsze, bardziej dynamiczne niż wszystkie myśli, które latają wokół mnie jak muchy. Nie zawsze były we mnie w zgodzie dwie postawy – ta analizująca, myśląca, i ta spontaniczna, intuicyjna. Silniejszą w moim życiu była ta druga postawa, która sprawiała, że robiłem różne rzeczy wbrew temu, co nakazywał mi rozsądek.

 

Czy dajesz się prowadzić swojej pracy?

Procesowi, który nie jest mój, nie mam nad nim pełnej kontroli. Tworzenie jest kosmicznym doświadczeniem, doświadczeniem integracji z czymś, co przekracza kontrolę naszego umysłu. Wielu ludzi siada na poziomie akceptacji: „nie tak chciałem”. To prowadzi często do frustracji i załamania się całego procesu. Zabierają się do nowej rzeczy, porzucając raz rozpoczętą czynność.

 

Co daje ci spokój, który masz w sobie?

To magia. Kiedy rzeźbisz, jesteś sama ze sobą. Bardzo mało ludzi potrafi być teraz samym ze sobą.

 

Czy robisz swoje prace po to, żeby inni odnaleźli siebie?

Chodzi o przyjemność, sygnał, którego nie możesz oszukać. Nie możesz odczuwać sztucznej przyjemności. Synonimem przyjemności jest spokój i radość, przestrzeń i podróż. Podróż, czyli nie wycieczka turystyczna z przewodnikiem, tylko wyprawa.

 

Gdybyś nie był artystą, to kim byś był?

Artur uważa, że nie jestem artystą. Dla niego artysta to pracownik korporacji zwanej „artworldem”.

 

A on uważa siebie za artystę?

Już chyba nie. Ale pewnie nie zawsze powołuje się na tę refleksję. Czasem nie można od kogoś wymagać takiej wspinaczki myślowej. Często w rozmowie jako pierwsze pada słowo „artysta”. To słowo-furtka, za którym rozchodzą się ścieżki. Wyobraziłem sobie taki pokój, na drzwiach wejściowych jest napisane „Paweł Althamer”. Przechodzisz przez nie, a tam jest jeszcze więcej innych drzwi: na jednych jest na przykład napisane „tata”. I teraz pytanie, gdzie ja jestem? Okazuje się, że nie cały czas muszę siedzieć za tymi samymi drzwiami. Może mnie nie być w mieszkaniu! To tylko rozmowa o wizytówkach.

 

Moja artystyczna dusza właśnie się rozpadła.

Odkąd sformułowano pojęcie sztuki w procesie, w ogóle się nie przejmuj efektem.

 
 
 
Grupa Nowolipie ma siedzibę w Państwowym Ognisku Artystycznym na Warszawskiej Woli. Większość jej członków stanowią ludzie chorzy na stwardnienie rozsiane. Paweł Althamer prowadzi dla nich warsztaty od niemal dwudziestu lat. Jako kolektyw twórczy wykonali rzeźbę „Marzyciel”, zamontowaną na stałe w parku na warszawskim Bródnie, oraz filmy „Uskrzydleni” i „Zrób to sam”, które powstały we współpracy z Arturem Żmijewskim. Na zamówienie tegorocznej edycji festiwalu Open’er Grupa Nowolipie przygotowuje nową pracę.

 
 

Paweł Althamer jest rzeźbiarzem, inicjatorem twórczych działań społecznych, autorem instalacji i video. W roku 2013 przyznano mu nagrodę Kairos za stawianie w swojej praktyce artystycznej „społeczno-politycznych pytań o partycypację, sprawiedliwość i pole manewru jednostki, które podważają znajome struktury i systemy kontroli”. Jego prace znajdują się m.in. w kolekcjach Tate Modern w Londynie, Centre Pompidou w Paryżu i Fondazione Trussardi w Mediolanie.
 

Monika Cieniewska jest dziennikarką i prawniczką. Na co dzień pracuje jako zastępca dyrektora Głównej Biblioteki Pracy i Zabezpieczenia Społecznego Działu Zbiorów dla Niewidomych. Współprowadzi z Robertem Więckowskim audycję w Radiu Warszawa, współpracuje z czasopismem „Pochodnia”, wydawanym przez Polski Związek Niewidomych.
 

Robert Więckowski jest historykiem literatury i dziennikarzem. Ukończył filologię polską i podyplomowe studia zarządzania kulturą, pisze doktorat w ramach Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich na Wydziale Kulturoznawstwa SWPS w Warszawie. Należy do kolegium redakcyjnego czasopisma „Pochodnia”, wydawanego przez Polski Związek Niewidomych, prowadzi autorską audycję w Radiu Warszawa. Pracuje w Fundacji Kultury bez Barier, zajmującej się udostępnianiem wydarzeń kulturalnych osobom z niepełnosprawnością sensoryczną.