dwutygodnik internetowy
2.05.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Parawybory, czyli o uniwersyteckiej demokracji

Problemy z zaangażowaniem w organizację uczelnianego życia widać już wśród studentów. Duża część jednostek nie wyłania nawet swojego samorządu. Po ilości chętnych do startu w wyborach rektora można wnioskować, że na kolejnych etapach ścieżki akademickiej tendencja ta tylko się pogłębia.

ilustr.: Marta Basak

ilustr.: Marta Basak

Biegnąc na wybory rektora, spotkałam wykładowcę, który również jest członkiem Kolegium Elektorów. Zapytałam, nieco zmartwiona, czy się spóźniłam i już po wszystkim. Spojrzał na mnie i powiedział: „Są sprawy ważne i ważniejsze”, po czym poszedł poprowadzić wykład.

Symboliczny wymiar tej sytuacji jest świadectwem dość poważnego problemu związanego z wyborami władz uczelni. Nie jest on sam w sobie efektem istniejącego systemu wyborczego. Wynika raczej z tego, że niewiele osób decyduje się pozostać na Uniwersytecie ze względu na potencjalną karierę czekającą ich w rządzeniu uczelnią. Motywacje do kontynuowania ścieżki naukowej bywają różne: możliwość robienia badań, realizowania swoich pasji czy nauczania. Trudno jednak odnieść wrażenie, żeby wśród nich istotna była chęć sprawowania władzy. Problemy z zaangażowaniem w organizację uczelnianego życia widać już wśród studentów. Duża część jednostek nie wyłania nawet swojego samorządu. Po ilości chętnych do startu w wyborach rektora można wnioskować, że na kolejnych etapach ścieżki akademickiej tendencja ta tylko się pogłębia.

W aktywizacji członków społeczności akademickiej nie pomaga sposób przeprowadzania elekcji. Teoretycznie wymagania dotyczące kandydata nie są zbyt restrykcyjne. Według Statutu Uniwersytetu Warszawskiego kandydatem na rektora może być osoba, która w dniu wyborów nie ukończyła 70 roku życia i jej podstawowym miejscem zatrudnienia jest Uniwersytet, gdzie pracuje na stanowisku profesora nadzwyczajnego albo zwyczajnego. Co ciekawe w ustawie Prawo o Szkolnictwie Wyższym, do której odsyła Statut, wymogiem jest stopień doktora. Uczelnia może zaostrzyć ustawowe kryteria. Niemniej nie wydaje się, aby na UW profesorów brakowało.

Kandydaci? Incognito

Brakuje natomiast profesorów chętnych do objęcia stanowiska rektora. Jedynym oficjalnym kandydatem do pierwszego etapu wyborów był prof. dr hab. Marcin Pałys, który ubiegał się o reelekcję. Nieoficjalnie o poparcie członków Kolegium Elektorów, czyli ciała wybierającego rektora, zabiegał także prof. dr hab. Alojzy Nowak. Kolegium Elektorów składa się z pięciu kurii, które reprezentują różne grupy istniejące w ramach społeczności uniwersyteckiej, czyli: (1) samodzielnych pracowników naukowych, (2) innych niż samodzielni pracowników naukowych, (3) pracowników administracji, (4) doktorantów i (5) studentów. W liczącym ponad 360 członków Kolegium studentom przypada w tych wyborach 68 głosów. I to właśnie oni otrzymali od prof. Nowaka jasny sygnał, że jeśli zostanie mu udzielone poparcie, wyrazi zgodę na udział w dalszych etapach wyborów.

Studencka część Kolegium Elektorów przed pierwszym etapem wyborów otrzymała maila, w którym prof. Nowak deklarował chęć podjęcia wyzwania. Warto nadmienić, że prof. Nowak już w poprzedniej kadencji ubiegał się o stanowisko rektora, jednak w ostatniej chwili wycofał swoją kandydaturę. Stał się członkiem zespołu rektorskiego i pełni funkcję Prorektora ds. Badań Naukowych i Współpracy. Jego kampanię na kadencję 2016–2020 rozpoczęło pojawienie się w Internecie strony, na której prof. Nowak dziękował za 76 oddanych na niego głosów w wyborach, które się jeszcze nie odbyły. Witryna szybko zniknęła i w miejsce zdjęcia uśmiechniętego nieoficjalnego kandydata na rektora oraz linku do jego programu „5 tez dla UW” pojawił się komunikat: „Strona w budowie”. Niedługo później nieoficjalny kandydat, prof. Nowak, wysłał do studenckich elektorów wspomnianego maila.

„Wolna” elekcja

Wkrótce potem odbył się pierwszy etap elekcji, czyli głosowanie indykacyjne. Każdy członek Kolegium Elektorów otrzymuje na nim kartę, na której może wpisać dwa dowolne nazwiska, a także, co okazało się zgubne dla jedynego oficjalnego kandydata, dowolne imiona. Prof. Pałys, pojawia się na protokole z głosowania w czterech różnych konfiguracjach. Po jednym głosie otrzymali Maciej Pałys, Marian Pałys i Marek Pałys. Marcin Pałys zaś 171 głosów. Prof. Nowak 125. Do następnego etapu wyborów mogą przejść osoby, których nazwiska wskazane zostały przez przynajmniej 10% głosujących. Próg ten przekroczyło jeszcze dwóch kandydatów, prof. Jolanta Choińska-Mika oraz prof. Leszek Kolankiewicz.

Wyniki wyborów indykacyjnych stały się nawet na chwilę obiektem zainteresowania prasy. Zachowanie studentów, którzy zdecydowali się oddać głosy blokiem, wskazując dwóch kandydatów, których nazwiska nie pojawiały się w kuluarach, na jeden dzień przyciągnęło uwagę dziennikarzy. Dzięki temu, że różnica między wynikiem prof. Pałysa a prof. Nowaka wynosiła czterdzieści sześć głosów, wydawało się, że to studencki blok tak naprawdę wygrał wybory indykacyjne. Jednomyślny głos we właściwych wyborach mógł przeciążyć szalę wybranego przez studentów kandydata. Tym samym wzmocniona została pozycja negocjacyjna studentów. Wszyscy bowiem spodziewali się, że zgodę na kandydowanie wyrazi prof. Pałys, jako oficjalny kandydat, oraz prof. Nowak, jako autor maila zapowiadającego podjęcie wyzwania.

Oczywiście ten scenariusz to czyste political fiction. Kolejnym bowiem wymogiem stawianym kandydatom jest wyrażenie w terminie trzech dni od głosowania indykacyjnego pisemnej zgody na kandydowanie we właściwych wyborach i w razie sukcesu: objęcie stanowiska. Wymóg ten spełnił jedynie prof. Marcin Pałys. Pozostali wskazani w wyborach indykacyjnych kandydaci nie złożyli niezbędnego oświadczenia. Prof. Nowak tym samym ponownie zrezygnował z ubiegania się o stanowisko rektora. Studenci nie otrzymali maila wyjaśniającego decyzję prof. Nowaka, który przecież dostał o 29 głosów więcej, niż się spodziewał, zgodnie z jego efemeryczną stroną internetową.

W tym miejscu historia wyborów rektora Uniwersytetu Warszawskiego na lata 2016–2020 właściwie się kończy. Zgodnie z przepisami odbyła się debata z kandydatem na rektora. Poza tym spotkał się on z członkami studenckiej części Kolegium Elektorów, żeby porozmawiać o sformułowanych przez tę grupę postulatach. W międzyczasie twórcy bloga Wariograf, od niedawna opisujący kontrowersyjne aspekty uczelnianego życia, zabrali się za rozliczanie realizacji przez poprzedniego-obecnego rektora studenckich postulatów z poprzedniej kampanii. Efekty tego zestawienia mogą zniechęcać do formułowania kolejnych propozycji zmian, skoro w dużej części te sprzed czterech lat pozostają aktualne. 20 kwietnia odbyły się wybory, w których prof. Pałys został wybrany na rektora.

Kuluary

W tej krótkiej historii nie brak absurdalnych obrazków z kuluarów. W czasie wyborów indykacyjnych siedząca obok studenckich elektorów kobieta, również członkini Kolegium, kilkukrotnie pytała, kto w ogóle startuje, kto ma szanse wygrać i kogo powinna wpisać. „Kampania wyborcza” nie przybiera bowiem zbyt spektakularnej formy, a o wyborach mało kto w ogóle na Uniwersytecie wie. Z perspektywy studenckiej największym w tym czasie wydarzeniem było spotkanie z prof. Pałysem, na które zaproszeni byli wszyscy chętni do podzielenia się swoimi uwagami na temat programu wyborczego rektora. Przyszło około czterdziestu osób, przy czym większość stanowili członkowie Kolegium Elektorów.

System wyborów indykacyjnych nie sprzyja pluralizmowi. Sam Statut UW jest dość interesującym znakiem tego, jak przebiegają wybory. Znajdujemy w nim przepis: „Jeżeli zgłoszono więcej niż jednego kandydata na Rektora, to sporządza się listę kandydatów w porządku alfabetycznym”. Jeżeli. Utworzony na początku lat 80. system miał w założeniach pozwalać na wybór zaufanych kandydatów, spośród których następnie minister wybierał rektora. Nie potrafię wyjaśnić, jakimi jego zaletami można wytłumaczyć, że nadal jest obowiązującym sposobem wybierania władz uczelni.

Oczywiście można przyjąć perspektywę, w której odpowiedzialność za niską jakość uniwersyteckiej demokracji spada na niewielkie zaangażowanie członków społeczności akademickiej w życie uczelni. Zarówno studentów, działających w strukturach samorządowych, jak i tych aktywnych w innego typu organizacjach na Uniwersytecie, jest niewielu. W proteście zorganizowanym przez Uniwersytet Zaangażowany, który miał stanowić formę sprzeciwu wobec takiej formuły przeprowadzania wyborów, wzięło udział kilkadziesiąt osób. Przypomnijmy, że wszystkich studentów jest około czterdzieści tysięcy.

Wiadomo: są sprawy ważne i ważniejsze. Główną funkcją uczelni ma być prowadzenie badań i dydaktyka. Nie sądzę jednak, by stało to w sprzeczności z promowaniem aktywnej, obywatelskiej postawy. Demokracji też trzeba się uczyć. Jako członkini Kolegium Elektorów mam poczucie, jakbym zamiast lekcji demokracji dostała dość smutną nauczkę o jej słabości.

***

Kolejny tekst z cyklu „Wracamy na uniwersytet”. Do tej pory ukazały się:

Wracamy na Uniwersytet!

Prof. Dolata: Nauka nie jest demokratyczna!