dwutygodnik internetowy
18.03.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Papież biedaków

Kardynał Bergoglio kilka razy odrzucał propozycje objęcia wysokich stanowisk w kurii rzymskiej, mówiąc: „Proszę, chcę umrzeć w swojej diecezji”. Dziś zaczyna kierować tą kurią, przed którą się bronił. Jego pragnienie najpewniej się nie spełni. Oby spełniły się inne. Franciszek budzi wielkie nadzieje.

Ilustr.: Olga Micińska

„Nie mam wątpliwości, że mając do wyboru Kościół ulegający wypadkom, który wychodzi na ulicę, i Kościół chory na zapatrzenie w siebie, wybieram pierwszy”. Te wypowiedziane przed rokiem słowa kardynała Bergoglio nie są jedynie pustą deklaracją. Wszak wszyscy już dobrze wiemy o jego skromności. Co dokładnie ten wybór oznacza dla Kościoła? – czas pokaże. Ale można i trzeba wierzyć, że jego pontyfikat będzie urzeczywistnieniem prawdziwego Kościoła ubogiego i pokornego. Kościoła, o którym marzę.

Nie tak dawno pisałem o nim na łamach „Magazynu Świątecznego”: że Kościół ubogi i pokorny powinien realizować się w życiu każdego chrześcijanina, że tylko wtedy będzie miał szansę zmieniać świat, gdy zacznie być treścią mojego życia, gdy przestanę wymagać tylko od hierarchów, a naprawdę zrozumiem, że jego los jest w moich rękach, bo w moich rękach jest los drugiego człowieka. Gdy papież Franciszek pochylił głowę przed ludem, prosząc o modlitwę, pomyślałem, że historia dzieje się na moich oczach. Oto stanął przed nami pokorny sługa, chcący zaprzyjaźnić się z ludźmi. Papież, który zakłada stułę tylko na czas błogosławieństwa, nienoszący aksamitnego płaszcza, wracający do nowego domu autobusem miast podstawionej limuzyny.

 

Wspominałem również, że nie tylko dychotomiczny podział na kler i laikat nie pozwala się realizować wizji Kościoła moich marzeń. Także otaczające nas struktury, w ramach których ceną za dostatek jednych jest nędza innych, za moje życie – śmierć drugiego, sprawiają, że trudniej być bohaterem. Trudniej być nowym świętym Franciszkiem. Trudniej żyć prawdziwą Ewangelią.

A kilka lat temu kardynał Bergoglio mówił: „Żyjemy w części świata o największych nierównościach, w której dokonał się największy wzrost, a jednocześnie najmniej zajęto się ubóstwem. Cały czas trwa niesprawiedliwy podział dóbr, stwarzając sytuację grzechu społecznego, który woła ku Niebu i ogranicza możliwości pełniejszego życia dla tak wielu naszych braci”. Kilka tygodni temu krytykował zaś „codzienną przemoc pieniądza z jej diabelskimi następstwami”. To człowiek, który znacznie lepiej niż którykolwiek ze współczesnych papieży rozumie problematykę biedy, rozwarstwienia społecznego, wołającej o pomstę do nieba nędzy. Wołającej, bo będącej skutkiem naszego zaniechania i naszej winy. Franciszek nam to uświadamia.

 

Przekonywałem wreszcie, że najważniejszym pytaniem dla przyszłości Kościoła ubogiego (który jest w nas!), nie jest to, jakimi funduszami dysponuje kler, ale to, czy umiałbym uściskać bezdomnego na znak pokoju. Czy umiałbym zaprosić go na obiad, a nie tylko sypnąć jałmużną z tego, co mi zbywa? Czy umiem zacząć inaczej na niego patrzeć, wreszcie spokornieć, przestać myśleć o nim jako o kimś, komu mogę pomóc, a zacząć widzieć w nim kogoś, z kim chciałbym być? Kardynał Bergoglio zadawał mniej pytań. Zamiast tego, odpowiadał na nie swoim życiem. Chodził do slumsów, posługiwał wśród najuboższych. Już teraz nazywany jest „papieżem biedaków”. Wreszcie dokonał czegoś, co zadziwiło świat. Oto książę Kościoła myje i całuje stopy chorym na AIDS z argentyńskiego hospicjum. Echo, jakim odbił się ten gest, pokazuje, jak daleko odeszliśmy od Ewangelii. Przecież dobrze wiemy, kogo naśladował i czyje słowa wcielał w życie kardynał Bergoglio. Czemuż więc miałoby nas to dziwić?

Gdy usłyszałem nazwisko nowego papieża, nie miałem pojęcia, o kim mowa. Poprzedniego konklawe, na którym był poważnym kandydatem, nie śledziłem z taką uwagą jak tegorocznego. Już sam wybór imienia wzbudził jednak we mnie zaufanie i sympatię. Wystarczyło nieco poszperać w internecie, przeczytać kilka naprędce stworzonych sylwetek, a przede wszystkim wysłuchać i zobaczyć jego pierwsze wystąpienie, tak pełne ważnych gestów, by zacząć podejrzewać, że mój Kościół ma dziś papieża, o którym marzyłem, niezależnie od tego, czy będę się zgadzał z jego opinią w każdej sprawie. To ma dziś mniejsze znaczenie.

 

Czy papież Franciszek zwoła nowy Sobór? Intuicja podpowiada mi, że tak. Czy dokona głębokiej reformy kurii rzymskiej? Miejmy nadzieję. Czy odmieni styl sprawowania urzędu papieskiego, dokonując kolejnego, po świadectwie umierania Jana Pawła II i przyznaniu się do swej słabości Benedykta XVI, wielkiego gestu pokory głowy Kościoła? Nie mam wątpliwości. To będzie ciekawy czas dla Kościoła. Ale nie reformy, nie styl papiestwa, a nawet nie Sobór będą w nim najważniejsze.

Najważniejszym przesłaniem tego pontyfikatu ma szansę być codzienne świadectwo życia papieża Franciszka, że można się zmienić dla bliźniego i mu służyć. Że Kościół będzie pokorny i ubogi, gdy zmienię się ja sam i inni wierni. Papieża ubogiego i pokornego już mamy. Trzeba nam brać z niego przykład.

Kardynał Bergoglio kilka razy odrzucał propozycje objęcia wysokich stanowisk w kurii rzymskiej, mówiąc: „Proszę, chcę umrzeć w swojej diecezji”. Dziś zaczyna kierować tą kurią, przed którą się bronił. Jego pragnienie najpewniej się nie spełni. Oby spełniły się inne. Franciszek budzi wielkie nadzieje.

 

Przeczytaj inne teksty Autora.