dwutygodnik internetowy
29.12.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Pani z przedszkola

„Pani z przedszkola” ma przyjemny, melancholijny klimat tęsknoty za dawnymi czasami, podkreślony przez bardzo dobre zdjęcia Michała Englerta.

Marcin Krzyształowicz to bez dwóch zdań bardzo uzdolniony reżyser. Dwa lata temu w kinach można było obejrzeć jego znakomite dzieło, czyli „Obławę”. Teraz twórca postanowił dokonać zwrotu o 180 stopni i zamiast filmu wojennego nakręcił komedię. Niestety, z gorszym skutkiem.
 
Głównego bohatera poznajemy gdy zgłasza się do psychoterapeuty, w celu wyleczenia problemów, jakie przytrafiają mu się podczas seksu. Specjalista słusznie zauważa, że prawdopodobnie przyczyną kłopotów jest psychika i razem, więc każe pacjentowi wrócić do najwcześniejszych lat swojego życia. A potem napisać swoją historię na nowo.
 
W ten sposób Krzyształowicz po raz kolejny, chociaż nie tak mocno jak w „Obławie”, eksperymentuje z narracją. „Pani z przedszkola” nie jest filmem zwartym, w którym kolejne sceny mają ciąg przyczynowo-skutkowy. To raczej skakanie po kolejnych fragmentach wspomnień protagonisty. Jest więc to produkcja przede wszystkim o pamięci, stawiająca pytanie o to, jaki wpływ ma na nas to, w jaki sposób zapamiętaliśmy dane zdarzenie. I co, jeśli dałoby się tę zapisaną w nas samych wersję wydarzeń zmienić?
 
W tym celu reżyser nie tylko miesza wydarzenia, ale też żongluje najróżniejszymi gatunkami filmowymi oraz motywami. Znajdzie się tu miejsce i na stylizowaną na komiks opowieść o ojcu i na odwołania do kina niemego. Problem w tym, że przez to „Pani z przedszkola” traci zwartość, całość się rozjeżdża i sprawia wrażenie sklejonych ze sobą fragmentów zupełnie różnych opowieści. Typowe pomieszanie z poplątaniem – nawet jeśli jest to dobre przedstawienie ludzkiej pamięci, jako film po prostu nie działa. Doceniam zamysł Krzyształowicza, uważam jednak, że nie do końca wyszło mu to, co sobie zaplanował.
 
Nie znaczy to jednak, że „Pani z przedszkola” nie jest filmem wartym obejrzenia. Po pierwsze, ma on przyjemny, melancholijny klimat tęsknoty za dawnymi czasami, podkreślony przez bardzo dobre zdjęcia Michała Englerta. Największym zaś jego atutem jest obsada aktorska. Zarówno Agata Kulesza, jak i Adam Woronowicz są w swoich rolach znakomici, co specjalnym zaskoczeniem nie jest. Tak samo jak epizodyczny i zapadający w pamięć występ Krystyny Jandy. A i tytułowej pani z przedszkola, czyli Karolinie Gruszce niczego zarzucić nie można – swoim urokiem, seksapilem i dopracowanymi w najdrobniejszych szczegółach gestami uwodzi nie tylko jedną z postaci, ale i widzów.
 
A skoro już przy uwodzeniu jesteśmy, warto wspomnieć, że „Pani z przedszkola” jest też filmem o wzajemnej fascynacji dwóch kobiet. Nie dowiemy się tego w żaden sposób ani z plakatu, ani nawet z trailera. Może czas już przestać bać się, że ludzie nie pójdą do kina, jeśli tylko dowiedzą się, że zobaczą w nim uczucie osób tej samej płci?