dwutygodnik internetowy
5.09.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Pamięć w służbie władzy i komercji

Władza planująca prowadzenie długofalowej polityki historycznej powinna brać pod uwagę, że urzędowe narzucanie określonej narracji historycznej i jednego typu pamięci historycznej na dłuższą metę zaszkodzi dojrzałości intelektualnej społeczeństwa, a cenną wartość symboli naszej tożsamości zamieni w komercyjny jarmark błyskotek.

ilustr.: Joanna Grochocka

ilustr.: Joanna Grochocka

Gdy obserwuję dzisiejszą, mocno wspieraną przez polityków obozu rządzącego modę na „patriotyczny outlook” (prezydent RP fotografujący się w ubraniach jednej z wiodących firm produkujących odzież z hasłami tożsamościowymi i antykomunistycznymi, ministrowie uczestniczący w obchodach rocznic historycznych w towarzystwie stadionowych rac i młodych ludzi w bluzach z symbolem Polski Walczącej), przypomina mi się wywiad, którego w pierwszej połowie lat 90. udzielili miesięcznikowi „Tylko Rock” muzycy legendarnej grupy Brygada Kryzys. Odpowiadając na pytanie dziennikarza, co stanowi główny katalizator pomysłów artystycznych ich kompozytorskiej współpracy, Robert Brylewski i Tomek Lipiński odparli, że przede wszystkim jest to amorficzna tożsamość powojennej Warszawy, przywróconej nowemu życiu z wielkiego zbiorowiska trupów, jakie pozostawiła po sobie hekatomba 63 dni powstania warszawskiego.

Krzykliwa moda czy cicha refleksja?

W czasie, w którym ukazała się rozmowa z Brylewskim i Lipińskim, nie było jeszcze Muzeum Powstania Warszawskiego z rzeszami zwiedzających je rodzin z małymi dziećmi, na których głowy rodzice włożyli powstańcze hełmy. Największe polskie dzienniki i tygodniki nie dołączały do wydań wkładek z powstańczymi śpiewnikami, figurek powstańców i żołnierzy wyklętych lub spacerowników szlakiem oddziałów NSZ. Młodzież nosiła chętniej koszulki z wizerunkami Nirvany i Guns’n’Roses niż ze stylizowanym hasłem „Pamiętamy 1944!” umieszczonym na tle symbolu najpopularniejszego klubu piłkarskiego naszej stolicy. Na warszawskich placach nie uświadczyło się jeszcze barwnych zgromadzeń z odpalaniem efektownych rac i skandowaniem hasła „Cześć i chwała bohaterom”. W sklepach nie sprzedawano pakietów ze wszystkimi sezonami serialu o życiu młodzieży podczas okupacji (granego przez modnych aktorów) oraz powstańczym chlebakiem i makietą „filipinki” w „zestawie gratis”. Młode, wykształcone pary z wielkich miast wraz ze swoimi kilkuletnimi pociechami nie śpieszyły w przeddzień rocznicy powstania na śpiewanie „Pałacyku Michla”. Telewizja wciąż powtarzała w tym dniu „Godzinę W” Janusza Morgensterna i „Dzień Czwarty” Ludmiły Niedbalskiej, opowiadający o warszawskim Sierpniu przez pryzmat losów Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Powązki Wojskowe tonęły, tak jak dzisiaj, w morzu kwiatów i zniczy, ale w wieczornym nastroju tej nekropolii czuć było wciąż pewnego ducha spokojnej zadumy nad losem polskiej stolicy latem 1944 roku, daremnie wyczekującej pomocy od swoich rzekomych sojuszników.

Być może moje słowa będą odczytane jako świadectwo malkontenctwa człowieka nierozumiejącego ducha czasów. Przecież eksponowanie symboli historycznych z czasów II wojny światowej, promowanie postaci żołnierzy wyklętych oraz bohaterów zbrojnej walki z komunizmem weszło już na trwałe do nowoczesnej, polskiej tożsamości. Dzisiejsza młodzież, uzbrojona w smartfony i upiększona patriotycznymi tatuażami, w przeciwieństwie do poprzedniego pokolenia wchodzącego w dorosłość w połowie lat 90. „pamięta”. Rządzący – pomimo rytualnie powtarzanych co roku gwizdów i oklasków pod pomnikami „Gloria victis”, krzyżami pod Stocznią Gdańską i pamiątkowymi tablicami – są w pełni zgodni, że nadszedł czas budowy nowej, radykalnej pamięci historycznej, na którą ich zdaniem nie było miejsca przez ostatnie 27 lat.

Osobiście jednak jest mi dużo bliższy ten dawny, cichy czas, kiedy wydarzenia najnowszej historii Polski nie były zredukowane do patriotycznych gadżetów i zwykłej gry politycznej.

Mityczni herosi i zwykłe ofiary

Tęsknię za czasami, gdy symbolu Polski Walczącej nie strywializowała jeszcze komercja, a w refleksji nad przebiegiem powstania warszawskiego czy epoką krwawych represji stalinowskich zastanawiano się nad losami zwykłych ludzi. Tych portretowanych chociażby w „Pamiętniku z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego i książkach wspomnieniowych o warszawskim Sierpniu 1944 roku pisanych przez Lesława M. Bartelskiego. Doświadczających horroru pacyfikacji Woli, okrucieństwa oddziałów Dirlewangera, ukrywania się w piwnicach i kanałach, matek tracących dzieci i w końcu – samych powstańców, którzy nie byli modnymi bohaterami, lecz pragnącymi zachować podstawową godność w czasach pogardy. Tragicznymi i niejednoznacznymi losami całego poakowskiego pokolenia pokazanego w „Popiele i diamencie” Jerzego Andrzejewskiego i filmie Andrzeja Wajdy na jego motywach, tragedią polskich Żydów opisywaną na kartach opowiadań Adolfa Rudnickiego. Bliżej mi do świadomości prezentowanej przez Brylewskiego i Lipińskiego niż do nowoczesnej narracji o  Polsce Walczącej i żołnierzach wyklętych jako jedynych i wyłącznych fundamentach nowej polskiej tożsamości.

Wszystko na sprzedaż?

W rzeczywistości współczesnego kapitalizmu (niezależne od tego, czy opartego na coraz bardziej kwestionowanym paradygmacie neoliberalnym, czy też jego wizji „narodowej”, proponowanej przez ministra Mateusza Morawieckiego) dominują komercyjne relacje opierające się na sztucznie kreowanym popycie na towary i gadżety. Odgórne promowanie symboli i postaw, które w minionych epokach historycznych były świadectwem heroizmu wraz z całym towarzyszącym mu dramatyzmem, lękiem i wątpliwościami, w dzisiejszych warunkach prędzej czy później zaowocuje farsą komiksowej mody na „panny wyklęte”, bluzy z „Polską Walczącą” lub napoje energetyczne z wizerunkami żołnierzy wyklętych, które poprzedzała seria o frywolnej nazwie „Super ruchacz”. Narzucenie obywatelom – a szczególnie ludziom młodym – jednego, opartego na hagiograficznej apologii modelu pamięci historycznej (i to narzucenie środkami urzędowo-politycznymi) jest w długofalowej perspektywie skazane na porażkę. W dzisiejszych warunkach spowoduje ono nawet nie tyle jak w czasach PRL znudzenie i rozdrażnienie młodego pokolenia obowiązkowymi akademiami organizowanymi w szkołach wszystkich szczebli ku czci Armii Radzieckiej, ale wręcz ośmieszenie skomplikowanej i niejednoznacznej polskiej historii, sprowadzeniu jej do roli komercyjnego produktu, na który moda może szybko przeminąć, zblaknąć i wypłowieć.

Jedyną alternatywą dla takich działań jest budowanie systemu edukacji, kultury narodowej i pamięci opartego na krytycznym myśleniu, wieloaspektowym rozumieniu historii, empatii oraz próbie zrozumienia wrażliwości innych aktorów historii, w tym także innych narodów i rzadko dostrzeganych grup społecznych, na przykład mniejszości wyznaniowych i etnicznych. Władza polityczna i wpływowe media – przy oczywistym i koniecznym upamiętnieniu ofiar wojen światowych i systemów totalitarnych – powinny bardziej koncentrować się na wskazywaniu obywatelom konieczności samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków z tragicznych wydarzeń z przeszłości, a nie tylko na eksponowaniu symboli historycznych i działaniach „rekonstrukcyjnych”. Społeczeństwo dojrzale odnoszące się do swojej historii i pielęgnujące we właściwy sposób pamięć historyczną oraz własną tożsamość, oceniając historię, umie wyważyć proporcje pomiędzy konieczną dawką szacunku dla własnej przeszłości a zrozumieniem całego kontekstu dziejowego, cywilizacyjno-społecznego i kulturowego przeszłych epok. Nie po to, aby relatywizować historię, nie po to, aby – jak chcą to niektórzy apologeci „mody patriotycznej” – wyleczyć społeczeństwo z rzekomej pedagogiki wstydu przed innymi narodami, lecz aby spróbować zobiektywizować historię. Zobiektywizować, przy zachowaniu odpowiednich proporcji pomiędzy – niestety – zawsze bardziej rzucającym się w oczy i przeważającym ilościowo złem, a mniej widocznym dobrem. Pokazać prostą, choć niekiedy trudną do zaakceptowania prawdę, że zło popełniali nie tylko „oni”, ale również „my”. I chyba takiej dojrzałości najbardziej brakuje mi w dzisiejszej polityce historycznej rządzących, rozpiętej pomiędzy biegunami jednostronnej apologii nieprzeżytej i niedoświadczonej osobiście przeszłości i taniej komercjalizacji ważnych i koniecznych do chronienia symboli.