dwutygodnik internetowy
19.03.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Ostatnia miłość na Ziemi

David Mackenzie to reżyser, który bardzo lubi tworzyć filmy obyczajowe, zajmujące się analizą najróżniejszych sytuacji życiowych. Nie inaczej jest w jego najnowszym, kameralnym dziele, Ostatnia miłość na Ziemi.   Wszystko zaczyna się niewinnie – pracująca w szpitalu epidemiolog, Susan (grana przez Evę Green), zostaje poproszona o opinię w sprawie człowieka, który wpierw wpadł w bardzo […]

David Mackenzie to reżyser, który bardzo lubi tworzyć filmy obyczajowe, zajmujące się analizą najróżniejszych sytuacji życiowych. Nie inaczej jest w jego najnowszym, kameralnym dziele, Ostatnia miłość na Ziemi.

 

Wszystko zaczyna się niewinnie – pracująca w szpitalu epidemiolog, Susan (grana przez Evę Green), zostaje poproszona o opinię w sprawie człowieka, który wpierw wpadł w bardzo przygnębiający nastrój, a następnie całkowicie stracił węch. I nie byłoby się czym przejmować, gdyby nie to, że z kolejnych miejsc na Ziemi docierają wieści o podobnych przypadkach. Równie nieśpiesznie zaczyna się nawiązana przypadkowo znajomość między Susan, a Michaelem (w tej roli Ewan McGregor), zarabiającym na życie jako szef kuchni. I podobnie jak ich relacja z czasem zaczyna się rozwijać, zmierzając ku miłości, tak tajemnicza choroba również ewoluuje, atakując kolejne ludzkie zmysły.

 

Ostatnia miłość na Ziemi jest filmem spokojnym, z akcją toczącą się powoli, a jednocześnie trzymającym w napięciu, ponieważ odbiorca zdaje sobie sprawę, że utrata węchu i smaku to dopiero początek kłopotów, nie tylko dla ludzkości, ale przede wszystkim dla uczucia łączącego parę bohaterów. Tym bardziej, że przed „wyłączeniem się” danego zmysłu, pojawiają się także inne objawy, takie jak choćby niedająca się powstrzymać furia. Precyzyjny scenariusz sprawia, że cała historia została bardzo dobrze opowiedziana. Warto nadmienić, że nie skupia się on wyłącznie na kochankach, lecz pokazuje również, w scenach kręconych w sposób przypominający nieco dokument, ogólną sytuację na świecie, a także znajomych Susan i Michaela. Przy scenariuszu na pewno należy postawić duży plus, ponieważ świadomość tego, co nastąpi dalej, wcale nie sprawia, że film ogląda się ze znużeniem.

 

Historia zakochanych sprawia jednocześnie, że sami uświadamiamy sobie, jak ważne dla nas są poszczególne zmysły (są one w końcu czymś oczywistym i naturalnym) – wystarczy zastanowić się przez chwilę, co my sami zrobilibyśmy w podobnej sytuacji i od razu zaczynamy bardziej cenić zwykłe, codzienne sprawy. To również spora zaleta obrazu Mackenzie’ego, a po namyśle dostrzegłem coś, co umknęło mi w pierwszej chwili. W dziele tym praktycznie nieobecna jest technologia – zamiast niej, dostajemy obraz związany bardziej z naturą. Istotne jest to, że w sytuacji kryzysowej technologia nie tyle okazuje się nieprzydatna, co ludzie po prostu o niej zapominają i zdają sobie sprawę z tego, co jest naprawdę ważne, np. ostatnie chwile z ukochaną osobą, kiedy można ją jeszcze zobaczyć, usłyszeć, poczuć. Ostatnia miłość na Ziemi skłania nas do refleksji nad codziennym życiem w bardzo nienachalny sposób, a to rzadka zaleta.

 

Osiągnięcie tego efektu byłoby znacznie trudniejsze, gdyby nie największa zaleta filmu, czyli Susan i Michael. Obie postaci są napisane perfekcyjnie i równie dobrze zagrane. To dzięki wiarygodnym kreacjom aktorskim film tak wciąga i sprawia, że to, co oglądamy, nie jest nam obojętne. Eva Green jest bardzo naturalna, dobrze wypada zarówno w scenach szczęścia, jak i smutku. Ewan McGregor sprawia zaś, że jego bohatera, mimo licznych wad, nie da się nie lubić. Co jeszcze ważniejsze, między dwójką aktorów istnieje bardzo dobra chemia, możemy sobie wyobrazić, że naprawdę się kochają.

 

Do kolejnych zalet filmu dodałbym jeszcze piękną, przejmującą muzykę, idealnie podkreślającą to, co się dzieje na ekranie, szare, dosyć ponure zdjęcia, które dobrze współgrają z opowiadaną historią oraz zakończenie, które, pomimo wcześniejszych wydarzeń, całego smutku i przygnębienia, jakie towarzyszą nam podczas seansu, jest nawet jeśli nie w pełni optymistyczne, to na pewno dające nadzieję i podnoszące na duchu. Chociaż zdaję sobie sprawę, że można je odczytywać na różne sposoby (tym lepiej!).

 

Ostatnia miłość na Ziemi, mimo wszystkich wymienionych przeze mnie zalet, do historii kina jednak na pewno nie przejdzie. Jest to bardzo dobry film, z pewnością wart obejrzenia i sprawiający, że nie wyjdzie się z kina obojętnym na to, co się zobaczyło. Z czystym sumieniem polecam go więc wszystkim, którzy lubią spokojne, kameralne kino.