dwutygodnik internetowy
13.08.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Ortodoksja społeczna

Katolewica chętnie czerpie ze współczesnego chrześcijaństwa. Czy nie mogłaby jednak sięgać głębiej?

ilustr.: Andrzej Dębowski

ilustr.: Andrzej Dębowski

Polemikę z tekstem, napisaną przez Miszę Tomaszewskiego, można znaleźć tutaj.

Nigdy nie podobało mi się określenie „katolewica”. Nie chodzi mi w tym miejscu o szeroką krytykę ideową tego ruchu, do której przyczynek napisał już Tomasz Rowiński. Nie chcę skupiać się tutaj na zaletach czy wadach jego tekstu, lecz zwrócić uwagę na bardziej podstawowe kwestie słownictwa. Wolałbym skoncentrować się na samym terminie „katolewica”, a właściwie na jednym jego aspekcie. Otóż określanie siebie jako katolewicy nieuchronnie powoduje postawienie się w pozycji stronnictwa, jednej z wielu frakcji. Jeśli dorzucimy do tego fakt, że „Kontakt” pisze o sobie, że łączy „lewicową wrażliwość na problemy wielowymiarowego ubóstwa i wykluczenia społecznego – w skali zarówno lokalnej, jak i pozaeuropejskiej – z inspiracjami płynącymi z nauki społecznej Kościoła, tradycji chrześcijaństwa ubogiego i zaangażowanego społecznie oraz teologii wyzwolenia”, to wynikałoby z tego, że istnieje również jakaś „katoprawica”, która wobec kwestii społecznych może wykazywać brak wrażliwości albo podchodzić do nich tylko fragmentarycznie. Abstrahuję tu już od faktu, że owa definicja sugeruje rzecz całkowicie błędną, mianowicie, jakoby „wrażliwość na problemy wielowymiarowego ubóstwa i wykluczenia społecznego” była czymś zewnętrznym wobec katolicyzmu; czymś, co trzeba zapożyczać z zewnątrz, gdyż katolicyzm sam w sobie tego nie ma i nie stanowi to jego składowej. Jeśli założyć, że ów podział na katolewicę i „katoprawicę” jest konsekwentnie przestrzegany i nie ma innych wyróżników, to okazywałoby się, że katolik ma w obrębie sfery katolickości wolny wybór między zaangażowaniem społecznym a jego brakiem. Nic bardziej mylnego – katolik, który nie wykazuje najmniejszego zainteresowania sprawami społecznymi, także w najbardziej prozaicznej formie pomocy bliskiemu bliźniemu, po prostu rozmija się z katolicyzmem – popada w herezję. Kościół i katolicyzm to bowiem nie tylko kwestia wierności osobowemu Bogu – naszemu Panu i Przyjacielowi (2 Tm 11—13) – czy posłuszeństwo nauczaniu Kościoła i jego pasterzy (Mt 16, 19), ale także pomoc innym i zaangażowanie w nasze społeczeństwa (Mt 25, 31—46). Więcej – aspekty te nie są odrębne, a wzajemnie z siebie wynikają i umacniają się; są wręcz jednym.

Wrażliwość społeczna? Nic nowego!

Skoro więc zaangażowanie społeczne Kościoła nie jest rzeczą fakultatywną, dziwi fakt, jak bardzo zaniedbuje się jego tradycję w tej materii. Niestety, mało kto myśląc „aktywność społeczna”, myśli „tradycja Kościoła” (poprzez „tradycję” będę tu roboczo rozumiał ortodoksyjny dorobek myślicieli katolickich powstały pomiędzy zakończeniem spisywania Biblii a Soborem Watykańskim II). Katolewica preferuje odwoływanie się do relatywnie nowych pisarzy, na przykład teologów wyzwolenia. Oczywiście opiera się również na Starym i Nowym Testamencie – Pismo Święte ma jednak w chrześcijaństwie wyjątkowy status i jest niejako wyjęte poza ramy czasu. Jednak również w poprzednich wiekach – od czasów Ojców Kościoła, poprzez średniowiecze i nowożytność, aż po czasy współczesne – katolicyzm wypracował już pogłębioną myśl społeczną i intensywnie angażował się w przemienianie struktur społecznych. Dla przykładu:

„Jest to niestety smutna prawda, że postępowanie niektórych katolików przyczyniło się znacznie do osłabienia wśród robotników zaufania do religii Jezusa Chrystusa. Ci właśnie katolicy nie chcieli zrozumieć, że to miłość chrześcijańska żąda uznania pewnych praw przysługujących robotnikom i dlatego Kościół również zdecydowanie się ich domaga. […] Co powiedzieć na to, że katoliccy przemysłowcy nawet dziś jeszcze okazują się być wrogami tego chrześcijańskiego ruchu robotniczego, który My sami zalecaliśmy? Czyż nie jest to rzecz godna ubolewania, że czasem nadużywa się prawa własności uznawanego przez Kościół, aby pozbawić robotnika sprawiedliwej zapłaty i należnych mu praw społecznych?”.

Czyje to słowa? Papieża Franciszka? Gustava Gutierreza? Bynajmniej – jest to fragment encykliki Ojca Świętego Piusa XI „Divini redemptoris”. Był to jeden z „wielkich Piusów” (od Piusa IX, który został papieżem w 1846 roku, do zmarłego w 1958 Piusa XII niemal wszyscy papieże przybierali imię Pius), będących dziś symbolami „epoki przed Soborem”, w czasie której, wedle niektórych, arcykonserwatywny Kościół Katolicki miał być szczelnie zamkniętą twierdzą. I ten znany z zachowawczości i zdystansowania papież twardymi słowami rugał wiernych niewykazujących wrażliwości społecznej. Nota bene to nie jedyny tego typu passus w tejże encyklice czy nauczaniu tego ojca świętego w ogólności. Co więcej, Pius XI swoją niewygodną opinię przedstawił w encyklice obdarzonej podtytułem „O bezbożnym komunizmie”. W tej ideologii widział on bowiem reakcję obronną myślicieli i uciskanych mas pracujących, porzuconych przez katolików. Oczywiście była to reakcja błędna, lecz Pius XI miał odwagę wskazać również winę po stronie katolików oraz przypomnieć, jak członkowie Kościoła powinni postępować. Nie chciał jedynie ograniczyć się do krytyki marksizmu i jego pochodnych. Śmiało wskazywał wyzyskujących klasę robotniczą jako wrogów Chrystusa i Jego Kościoła.

Spójrzmy jeszcze głębiej w historię:

„Niedopuszczanie ubogich do udziału w swych własnych dobrach oznacza kradzież i odbieranie życia. Nie nasze są dobra, które posiadamy – należą one do ubogich”.

Tym razem to święty Jan Chryzostom. Wielu chrześcijanom, zwłaszcza grekokatolikom i prawosławnym, jest on znany jako genialny kaznodzieja, wybitny teolog, a przede wszystkim szacowny liturgista. To jego imieniem nazywa się obfitującą w symbolikę i bogatą w obrzędy formę Mszy Świętej, sprawowaną zazwyczaj w Kościołach tradycji bizantyńskiej. Św. Jan Chryzostom przełamuje stereotypy: wielki teolog i teoretyk, ale zaangażowany społecznie; nieugięty moralista potrafiący z czułością spojrzeć na ubogiego; wiekopomny kapłan, którego imieniem nazywa się rozbudowaną i majestatyczną liturgię, jednak w swoim kaznodziejstwie bardzo prosty i bliski słuchaczowi.

Fałszywa dychotomia

Na więcej przykładów, choć można by je mnożyć, niestety nie ma tu miejsca. Powyższymi dwoma cytatami, które muszą nam wystarczyć, chciałem zilustrować moją główną tezę: jeśli przyjąć jako jedyną definicję i wyznacznik katolewicy zaangażowanie społeczne, to nie mamy tu do czynienia z żadną frakcją, odłamem czy stronnictwem, tylko z katolicyzmem po prostu, a wręcz katolicyzmem par excellence. Więcej – popularna dychotomia pomiędzy Kościołem „starym” i „zamkniętym” a tym „nowym” i „otwartym” jest błędna i niemająca pokrycia w faktach. Staje się zaś jeszcze bardziej krzywdząca, gdy tymi schematami próbujemy opisać dzisiejszy Kościół. Oto będziemy w nim mieli katolewicę, która, w opinii swoich adwersarzy, porzuca gdzieniegdzie wierność magisterium, podmieniając katolicyzm na jakiś rodzaj osobliwego aktywizmu z ideologiczną bazą w postaci niezbyt strawnego cocktailu Biblii z szeroko pojmowaną lewicowością pochodzenia marksowskiego. W opozycji do niej będzie stała „katoprawica”, której nieprzychylni przypiszą cechy przeciwne: wierność Kościołowi w tak zwanych kwestiach moralnych i światopoglądowych, ale i zamknięcie w nim jako dumnej twierdzy, ukrytej za dymem kadzidła unoszącego się podczas pompatycznej liturgii, podczas gdy słabsi siostry i bracia pozostają poza zasięgiem zainteresowań. Jest to dychotomia o tyle fałszywa, że zarówno tak zwane kwestie moralne, jak i sprawy społeczne to dwie strony tego samego medalu, jakim jest katolicyzm. Każdy z naszkicowanych tu dwóch typów idealnych w jakiś sposób nie kwalifikuje się jako katolicki, bo narusza podstawy wiary. Nie mówiąc już o tym, że nietrudno wskazać osoby jawnie i jakby celowo przeczące tym schematom. Przykładem niech będzie tu śp. ksiądz Jan Kaczkowski, który swoją pracę w hospicjum i troskę o chorego łączył z fascynacją tradycją katolicką, odprawianiem Mszy Trydenckiej czy zgłębianiem magisterium powstałego na długo przed Soborem Watykańskim II. Ksiądz Kaczkowski dobitnie pokazał, że pomiędzy uczczeniem Chrystusa w Jego Ciele Eucharystycznym a Ciele Mistycznym (tzn. ludzie bożym, wedle określenia Piusa XII) istnieje ścisły związek; że stereotypowo pojmowane tradycja i aktywność społeczna to nie alternatywy, lecz ściśle powiązane aspekty tej samej wiary katolickiej.

Tradycyjna wrażliwość społeczna

Katolewica bardzo by skorzystała, gdyby poszerzyła horyzont czasowy tekstów, którymi się inspiruje. Oczywiście należy pozostawać w łączności z najnowszymi trendami – siłą rzeczy mają one większą szansę precyzyjnie odpowiadać na konkretne problemy współczesności. Tradycja, która nie wyklucza przecież nowości, a wręcz czasem domaga się ich, daje jednak inne, niezwykle cenne przewagi. Stanowi solidny fundament, na którym można budować rzeczy nowe. Dzięki niej można zaczerpnąć bazę pod nowe myśli od starych autorów, gdyż minione czasy bynajmniej nie były takie różne od nam współczesnych, jak to się czasem wydaje. Pozwala też zachować stateczność wśród zmiennych idei, nieraz po omacku szukających rozwiązania w zmieniających się realiach. Pomaga uniknąć błędów czy wręcz jawnych herezji, a odpowiednio wykorzystywana może też dawać innowacjom pewną estymę i szacowność. Dzięki ugruntowaniu w dziełach klasyków zdejmuje kłopotliwe dla poszukujących nowych horyzontów czy prezentujących świeże punkty widzenia łatki źle rozumianej rewolucyjności czy krnąbrności.

Wierność kochającemu nas Chrystusowi – ortodoksja – to nie tylko uznawanie dogmatów, udział w obrzędach czy działanie zgodne z pewnymi wyselekcjonowanymi normami etycznymi. To także konkretne czyny w obrębie społeczności, do których Bóg nas posłał. Tradycja Kościoła Katolickiego wyraźnie poucza o takim stanie rzeczy. Odstępstwem od wiary, czy wręcz herezją, jest nie tylko błądzenie w sferze wielkich pojęć teologicznych czy popularnych współcześnie zagadnień bioetycznych, ale też w przestrzeni codziennej praktyki obcowania z innymi ludźmi, zwłaszcza tymi w potrzebie. Oby wkrótce do pojęcia ortodoksji, dzisiaj pojmowanej dość wąsko i abstrakcyjnie, jako zagadnienia dogmatyczne czy pewne problemy moralne z dziedziny etyki, dołączyła ortodoksja społeczna, a zaangażowanie społeczne nie było widziane jako moda czy coś fakultatywnego, lecz jako kluczowy składnik Tradycji i życia Kościoła, którym realnie jest.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj

***

Polecamy także:

Sprawiedliwość dla ubogich

o. Gardocki: Cierpiący Bóg i ukrzyżowany lud