dwutygodnik internetowy
21.09.2015
magazyn papierowy


Opowieść o ludziach „stond”

Niektórzy mówią, że śląskość to niedzielny obiad – kluski, rolada i kapusta. Inni twierdzą, że typowego Śląska nie ma. I każdy ma swoją rację. Dziś region intensywnie szuka odpowiedzi na pytane o własną tożsamość.

Ilustr.: Ewa Kucharska

Fragment artykułu, który prezentujemy z okazji obchodów 150 rocznicy przyznania Katowicom praw miejskich,  pochodzi z 28. numeru „Magazynu Kontakt” pt. „Małe obczyzny”. Zapraszamy do lektury całości w wydaniu papierowym.

1.

Babcia Marty miała dwadzieścia lat, kiedy uciekła z domu. Dopiero co skończyła się wojna, a ona zakochała się w chłopaku. Na nieszczęście nie był „swój”. W Bieruniu ludziom nie mieściło się jeszcze w głowach, żeby śląska dziewczyna mogła wyjść za przyjezdnego. A dziadek dopiero budował nowe życie na Śląsku, po tym jak w ramach Akcji „Wisła” został wysiedlony ze swojej rodzinnej Łemkowszczyzny.

Marta Bainka jest niewiele starsza niż jej babcia w chwili tamtej dramatycznej decyzji. Twierdzi, że jej pokolenie nadal postrzega swoją śląskość jako odrębność. Jak w tym świecie odnalazł się dziadek? „Starał się tu zaaklimatyzować, zrozumieć to miejsce i nauczyć ślonskiej godki. Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem, chętnie chwalił się przede mną znajomością różnych słów. Osobną kwestią było to, jak podchodzili do niego miejscowi – dla nich to był jednak gorol, choć z czasem z pewnością było mu łatwiej.”

2.

Paweł Jaworski twierdzi, że w Katowicach znalazł się przypadkiem. Dość dziwnie to brzmi w ustach człowieka, który tydzień po zmianie przedszkola z małopolskiego Oświęcimia na śląską Pszczynę, zaczął zagadywać rodziców po Śląsku. „Na podwórku i w przedszkolu było normalne, że się godo po ślonsku i choćbyś nie wiem jak był na to oporny, to i tak się to działo.”

Ten katowiczanin z przypadku już czwarty rok współtworzy jedną z najprężniejszych miejskich fundacji, Napraw Sobie Miasto, w ramach której prowadzi kampanie na rzecz przyjaznego zagospodarowywania przestrzeni, angażującego mieszkańców w procesy decyzyjne. I choć zdążył się już zadomowić, Katowice nadal zadziwiają go otwartością.

„Nie miałem problemu z tym, żeby się tu odnaleźć, wręcz jestem zaskoczony, jak szybko to poszło. Studiowałem w Krakowie – przez siedem lat próbowałem znaleźć sobie tam miejsce i nie bardzo mi szło. W Katowicach próg wejścia jest niski, struktura społeczna płaska, przynajmniej w porównaniu z Krakowem, gdzie oznaki pozycji społecznej i prestiżu są bardzo ważne.”

Dlaczego więc chwilę później stwierdza, że w Katowicach trzeba się bardzo mocno tłumaczyć z tego, kim się jest, opowiadać skąd się jest i za kogo się uważa?

3.

Być może odpowiedzią na te pytania jest powojenna wędrówka ludów na Śląsk. A może raczej „wędrówka ludu”, bo przyjeżdżali tylko Polacy, tudzież „gorole”. O czym za chwilę.

W ciągu kilku lat po II wojnie światowej wysiedlono ze Śląska dużą część tamtejszych Niemców – zarówno tych, którzy sami się za nich uważali, jak i tych, których Niemcami nazwała władza ludowa – znaleźli się wśród nich także i tacy, którzy w czasie Powstań Śląskich walczyli po polskiej stronie. W ich miejsce zjeżdżali ludzie z Kresów i innych części kraju.

Drugą falę wędrówki wywołała intensywna industrializacja kraju prowadzona przez komunistyczne władze od lat 50. Na Śląsku śmieją się czasem z legendy krakowskiej Nowej Huty – u nich zbudowano kilkanaście takich zakładów. Ludzie zjeżdżali ze wszystkich stron kraju. Śląsk dawał pracę i niezależność.

Miasta pęczniały. Kiedy w 1965 roku w Jastrzębiu-Zdroju odkryto węgiel, mieszkało tam ledwie dziewięć tysięcy ludzi. Pięć lat później było ich już dwadzieścia pięć tysięcy, a w roku 1975 dziewięćdziesiąt – dziesięć razy więcej, niż dziesięć lat wcześniej. W 1951 roku na korzeniu niewielkiej wsi zaczęto budowę Tychów, dziś będących domem 130 tysięcy ludzi. Ruch ten zostawił ślady w większości śląskich miast w postaci bloków dolepionych do starszej zabudowy.

Można wzruszyć ramionami i zapytać na czym polega śląska wyjątkowość, skoro w tym czasie podobnie zmieniała się cała Polska? Tylko Śląsk był na tyle zurbanizowany, że fala migrantów rozlała się po wszystkich jego zakątkach. I tylko tu spotkała się z tak silnie manifestowaną tożsamością lokalną.

Ilustr.: Ewa Kucharska

Ilustr.: Ewa Kucharska

4.

Ze śląską tożsamością trzeba ostrożnie. Niektórzy twierdzą, że jej po prostu nie ma, a już na pewno nie w takiej formie, do jakiej przyzwyczaiły nas filmy Kazimierza Kutza – kopalnia, familok, żona górnika kąpiąca go po powrocie z pracy.

Może najprościej opowiedzieć o niej za pomocą dwóch podstawowych podziałów świata oglądanego ze śląskiej perspektywy.

Linia pierwszego podziału biegnie między Śląskiem a Zagłębiem. Zapytajcie na Śląsku – wystarczy przejechać na wschodnią stronę rzek Czarna Pszemsza i Brynica, do Polski, a zaraz zabudowa zmienia się z murowanej w drewnianą, wszystko staje się jakieś byle jakie, brzydsze, po prostu gorsze. No i ludzie inni. Sąsiedzi z dwóch stron granicy nawet na obczyźnie, w Warszawie, kłócić się będą o rachunek wzajemnych krzywd.

Sprawa jest poważna, pomylić się nie wolno. Nieświadomy laik widzi mapę administracyjną, na niej Województwo Śląskie. A przecież każde dziecko powinno wiedzieć, że Górny Śląsk został oderwany od Polski już w czasie rozbicia dzielnicowego. Po licznych, i burzliwych zmianach władców, już w XIX wieku został zindustrializowany przez państwo pruskie. Tymczasem Zagłębie przez całą historię było w Koronie i mozolnie uprzemysławiali je Polacy pod carskim zaborem.

Kiedy po I wojnie światowej część Śląska – za sprawą trzech powstań – znalazła się w granicach II Rzeczypospolitej, Polacy ją sobie podporządkowali – niektórzy mówią wręcz, że dość brutalnie skolonizowali. Podobny mechanizm zadziałał w niemieckiej części Śląska po 1945 roku. Oto twarde podstawy dla historycznej niechęci.

5.

Druga granica przebiega między hanysami a gorolami. To ona była powodem ucieczki babci Marty z domu.

Hanys to Ślązak, człowiek „stond”, a zatem swój. Gorol to człowiek spoza Śląska, obcy. Gorolowi można, nie ryzykując pomyłki, z góry przypisać wiele negatywnych cech. Prawdopodobnie nie umie pracować, jest nierzetelny i niesolidny. Trudno się dziwić, że porządni ludzie nie chcą gorola za zięcia.

Trudno też dziwić się historii innego mojego rozmówcy. „Ojciec pochodzi ze śląskiej rodziny, mama nie jest ze Śląska, poznali się tutaj na studiach. Mama jest z Częstochowy – dzisiaj to jest Województwo Śląskie, ale to nie prawdziwy Śląsk. Miałem pecha, że urodziłem się w Częstochowie, bo tam akurat mama przez pewien czas mieszkała. Zawsze podkreślam, że urodziłem się w szpitalu w Częstochowie, a nie w Częstochowie. Zawsze gdy w szkole sprawdzali w dzienniku miejsce urodzenia i okazywało się, że przy moim nazwisku stoi Częstochowa, to wszyscy mówili: on gorol. I to będzie się za mną ciągnęło.”

6.

Na takich rafach rozbijały się nowe fale osadników z Polski. Kolejne pokolenia przyjeżdżających goroli były nazywane inaczej. Tuż po wojnie zjechali się „chadziaje” – od rosyjskiego „chazjain”, „gospodarz”, „pan domu” – chłopi z Kresów przejmujący poniemieckie gospodarstwa. W nawiązaniu do znanego filmu „Sami swoi” nazywani byli też „kargulami”.

Lata 70. i 80. należały do „werbusów” – „zwerbowanych” do pracy w kopalniach, hutach i elektrowniach robotników oraz inżynierów. „Werbus” był dużą obelgą. Gorzej brzmiał już tylko „wulcok”, czyli mieszkaniec robotniczego hotelu. A tam wiadomo – pijaństwo i nieobyczajność. Negatyw śląskich cnót.

7.

Różnie układają się losy, nawet w ramach tej samej rodziny. Ojciec Pawła Jaworskiego po studiach w krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej zdecydował się przyjechać do pracy w kopalni, ale do końca nie pozbył się rozterek. „Twierdził, że jemu się na Śląsku nie podoba, że nie będzie się uczył śląskiego. Przyszedł, a dyrektor mówi: chopie, bier klamory i do dziury. I tyle było jego dyskusji na temat życia na Śląsku.”

Zdaniem Jaworskiego praca w kopalni jest na tyle trudna i niebezpieczna, że sprzyja szybkiej asymilacji. Nie sposób nie uczyć się języka, skoro wiele maszyn nie ma nawet nazw w języku polskim. Większość przyjeżdżających była chłopskimi dziećmi, nie stała za nimi długa tradycja pracy w przemyśle. Kto godził się z takimi warunkami pracy i życia, miał szansę stać się „swoim”. A przynajmniej do tego statusu mógł się przybliżyć.

Ale nie wszyscy przyjezdni znaleźli się w otoczeniu Ślązaków. W wielu miejscach „nowi” stanowili większość. W dużych miastach żyli w świeżo budowanych osiedlach, na których nie stykali się z ludnością osiadłą. W efekcie związali się z tradycyjnym Śląskiem w znacznie mniejszym stopniu. Albo też wcale.

Ilustr.: Ewa Kucharska

Ilustr.: Ewa Kucharska

8.

Ojciec Jaworskiego z werbusa zmienił się w Ślązaka. Syn postanowił powrócić do stanu wyjściowego. Niepokojony przez tożsamościowe dyskusje, napisał tekst „Miasto werbusów”, w którym całkowicie odwrócił sens tego słowa. To, co dotychczas było inwektywą, uczynił pozytywnym elementem swojej tożsamości.

„Bycie werbusem to nie jest stan przypadkowy i przejściowy. To określony i pozytywny światopogląd, który domaga się uznania.” Jaworski nie godzi się na to, że jako przyjezdny, w Katowicach zawsze będzie niepełnowartościowy, bo niezakorzeniony. Nie uważa też, że jego obowiązkiem jest ciągłe dorastanie do miejscowej tradycji – po pierwsze, nie wiadomo, jaka to miała by być tradycja. Po drugie – skazywało by go to na wieczne bycie niedoskonałą kopią prawdziwego Ślązaka.

Górny Śląsk opisuje jako ziemię obiecaną, miejsce do którego można przyjechać, znaleźć pracę i z dnia na dzień zacząć nowe życie. Werbus Jaworskiego nie musi dążyć do zakorzenienia się. W jego ujęciu jest doskonałym uosobieniem współczesnego obywatela metropolii, który aktywnie włącza się w jej życie, nie oglądając się na swoje pochodzenie. Zawsze na równych prawach z innymi mieszkańcami – wszystkimi w tym samym stopniu, bo werbusi nie tworzą swojej odrębnej społeczności. Nie jest to więc tożsamość, a raczej antytożsamość.

Jaworski przyznaje, że znalazł się na Śląsku w zupełnie innym czasie i kontekście niż jego ojciec i wcześniejsze grupy werbusów. Kiedyś życie koncentrowało się wokół pracy w przemyśle. Dzisiaj ani kopalnia ani huta nie wyznacza horyzontów życiowych – zarówno w przypadku przyjezdnych jak i większości miejscowych. Inaczej więc pojmują też samych siebie.

(…)