dwutygodnik internetowy
21.01.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

„Opera za 3 grosze” za 120 złotych

Oczami wyobraźni widziałam protesty w dzień premiery, ponieważ tak wysoka cena za sztukę o nędzy, zbrodni i nierównościach społecznych to jawne bluźnierstwo. Ale choć szczątki Bertolda Brechta i Kurta Weilla przewracały się w grobach, to oburzonych tłumów nie stwierdzono.

ilustr.: Julia Tyszka

Gdy odkryłam, że bilet na „Operę za trzy grosze” kosztuje w krakowskim teatrze Variete 120 złotych, zaśmiałam się gorzko i donośnie. Rozbawiła mnie też opcja VIP za 150 złotych (z winem i deserem) oraz bilet ulgowy za złotych 90 (co za ulga!). Oczami wyobraźni widziałam protesty w dzień premiery, ponieważ tak wysoka cena za sztukę o nędzy, zbrodni i nierównościach społecznych to jawne bluźnierstwo. Ale choć szczątki Bertolda Brechta i Kurta Weilla przewracały się w grobach, to oburzonych tłumów nie stwierdzono. Statek piratów o siedmiu żaglach też nie przypłynął, bo Wisła na tym odcinku od dawna jest nieżeglowna.

Oczywiście istnieją też projekty offowe i niskobudżetowe. Jeśli naprawdę kochasz sztukę, dasz sobie radę: zobaczysz, co chcesz, i posłuchasz, czego chcesz. Wcześniej jednak musisz nauczyć się ją kochać. Dzięki domowi, szkole, kolegom i koleżankom. Ale nie każdemu jest to dane.

Jeśli bardzo zależy ci na tańszym bilecie, możesz oczywiście pokombinować. Załapać się na tańszy dzień, specjalną zniżkę dla studentów, bilet zbiorowy, bilet z zakładu pracy albo spróbować coś załatwić po znajomości. Co jednak, jeśli nie masz znajomości albo wcale nie jesteś stałą bywalczynią i konsumentką kultury, nie wiesz, jak i czy „można taniej”? Albo po prostu masz swoje lata i trochę wyrosłaś (lub już bardzo chciałabyś wyrosnąć!) z tego wiecznego, studenckiego kombinowania? Chciałabyś, żeby ten bilet był dostępny jak na przykład… internetowa telewizja?

Bo w latach 90. wszyscy siedzieliśmy przed telewizorami. Krytyka telewizyjnego uzależnienia oczywiście istniała, podobnie jak utyskiwanie na wszechobecność i głupotę reklamy oraz postępującą bierność telewidzów. Dopiero z nastaniem internetu konsumpcja kultury wizualnej nieco się zmieniła. Nieograniczone zasoby biblioteki torrentów pozwalały skomponować własną telewizję. Można było mieszać klasyki z zapomnianymi filmami klasy Z. Posłuchać naprawdę niszowej muzyki i tej zupełnie mainstreamowej, w każdej chwili. Wszystko w atmosferze gorących dyskusji na forach fanowskich albo nawet na żywo nad wypalonym, pożyczonym CD-kiem. Wyglądało na to, że telewizja trochę przegrała…

…ale z nastaniem wideo na życzenie, którego symbolem i synonimem jest Netflix, sytuacja wróciła do normy. Powszechny, dostępny i tani Netflix odesłał nas na chwilowo opuszczoną kanapę i pod kocyk. Do strefy komfortu. Być może nie mamy już oldskulowego telewizora, raczej w kolana grzeje nas laptop. Tym lepiej, cieplej, bezpiecznej.

Na żywo

Być może niesłusznie zmieszałam tu różne dziedziny. Telewizja, kino i teatr to zupełnie inne terytoria, mające swoją specyfikę. Chciałabym jednak zwrócić uwagę nie na różnice między tymi formami kultury i sztuki, ale na sposoby ich doznawania i konsumowania.

Chociaż trudno mi się nazwać znawczynią, nie zawaham się powiedzieć, że kocham kontakt z kulturą i sztuką na żywo. Jestem też zwolenniczką tych teorii, które doświadczenie estetyczne traktują cieleśnie i zmysłowo, nie sprowadzając go jedynie do zbioru wrażeń dostępnych za pomocą profesjonalnych instytucji: muzeów, teatrów i tak dalej. Wiem, że sklep spożywczy bywa bardziej inspirujący niż muzealny white cube, a targowisko może być sceną teatralną.

Po co zatem sztuce oficjalne instytucje? Instytucje dostarczają ram, dzięki którym można skupić uwagę i oddać się doświadczeniu estetycznemu. Doświadczenie to może być przyjemne, poruszające, czasem niewygodne, ale przy odrobinie szczęścia zbliży nas do świata idei. Albo pozwoli zatrzymać się w pół drogi i tylko oderwać od przykrego tu i teraz. Instytucje są drogami na skróty, ale to pośredniczki ważne i potrzebne. Edukują, inspirują, są przyczółkiem lepszego świata. Żeby nie uprawiać nachalnego pięknoduchostwa, przyznaję, że te same instytucje mogą też pełnić rolę świątyń kapitału, mogą być miejscem mobbingu i dyskryminacji. Społeczny cel ich istnienia jest jednak taki, że są to sformalizowane przestrzenie kontaktu z dobrem, prawdą i pięknem.

Wracając jednak do odbierania na żywo. Chęć oglądania ciekawych obrazów, słuchania dźwięków, kontaktu ze światem wytworzonym to potrzeba piękna i ludzka. Kapitałowi (który jest bezosobowy, nie chodzi tu o teorię spiskową, ale wskazanie mechanizmu) zależy na tym, żeby nas izolować. Kocyk, laptop, niewychodzenie z domu to popularny zestaw do spędzania wolnego czasu. Kontakt jedynie z własną głową, z ekranem, służącym rozrywce, ale i zdalnej pracy, to pakiet czyniący z nas wyalienowane i słabe jednostki. Pielęgnowanie tej alienacji jest pożyteczne z kapitalistycznego punktu widzenia. Powstały o tym tysiące memów (a kto wie, może i prace naukowe). W każdym razie jednostki konsumujące rozrywkę w odosobnieniu, nie konfrontujące swoich gustów i reakcji z innymi, nieprędko zamarzą o świecie innym niż ten, który je otacza. Trudniej też będzie im opuścić swoją strefę komfortu. Działać wspólnie, iść na kompromis, a czasem walczyć o swoje.

Osobisty, realny i cielesny kontakt z kulturą i sztuką pobudza, wzrusza, przywraca człowieczeństwo. Odsyła myśl ku lepszemu światu. Bez dostępnych, tanich instytucji kultury i sztuki świat naszej wyobraźni jest uboższy. Sztuka z samej swojej definicji jest krytyczna.

Tak jak pisałam – są oczywiście tanie książki, offowe przedsięwzięcia, domowe galerie. Miłośnicy i miłośniczki przetrwają zapory cenowe, kapitał kulturowy przynajmniej tu zrównoważy finanse. Należy jednak pytać raczej nie o to, jak poradzą sobie wyrafinowane jednostki, ale o to, dokąd zmierzać będziemy jako społeczeństwo. Czy możemy pozwolić sobie na to, by dla całej rzeszy ludzi kultura nie była łatwo dostępna? Czy społeczny koszt wychowywania ludzi bez stałego dostępu do dóbr kultury, do możliwości rozwijania narzędzi krytycznych, wreszcie do estetycznych wzruszeń nie będzie czasem wyższy niż dotacje na kulturę?

Kultura i sztuka dostępna na żywo ma dziś potężną, choć wirtualną konkurencję. Ta wirtualna konkurencja nie stawia barier, nie mówi, jak masz się ubrać – możesz być w piżamie lub w dresie. Wirtualna oferta jest blisko ciebie, dostosuje swoje pakiety do twoich potrzeb i zasobu portfela. Da ci komfort, o jakim marzysz, odrobinę zamuli i znieczuli na porę roku i potencjalne życie towarzyskie.

Legalna kultura

Jestem z pokolenia, które nasłuchało się kolejno o demonicznych skutkach telewizji, gier i internetu. Nie zależy mi więc na tym, żeby jaskrawymi barwami odmalować zagrożenia płynące z taśmowego oglądania seriali. Chciałabym jednak zachęcić czytelniczki i czytelników do zajrzenia w głąb siebie, przypomnienia i przeanalizowania odczuć i emocji, które towarzyszą wam na koncercie, w kinie, teatrze czy w muzeum. Do podjęcia refleksji nad sztuką jako nie tylko częścią stylu życia, ale też drogą kształtowania wrażliwego społeczeństwa. Oraz do przejścia od lajfstajlowych zapór finansowych ku misji społecznej.

Nie po to piszę o cenie biletu do opery, by zakwestionować koszt produkcji przedstawienia. Ten musi być duży. Cenna jest praca artystów i artystek, sporo kosztuje zaplecze administracyjne i techniczne. Promocja, bieżące utrzymanie. Milion rzeczy, o których nie myślimy, kupując bilet. Produkcja kultury często jest droga i w przeliczeniu na pieniądze być może nigdy nie będzie się opłacać. Warto jednak inwestować w dostępną finansowo kulturę, bo między innymi ona uczy krytycyzmu i oporu przed autorytarnymi rządami. Mam nadzieję, że zgodzi się ze mną każda miłośniczka i miłośnik demokracji.

Ilekroć idę do kina, widzę spot, w którym gwiazdy dziękują za korzystanie z legalnych źródeł kultury. Mam mieszane uczucia. Marzę, że kiedyś będzie tam emitowany spot „dostępna kultura”: cieszymy się, że tu jesteś, dzięki twoim podatkom zapewniamy godny byt artystkom i pracownikom kultury. Dzięki tobie ten film (spektakl, wystawę) mogą obejrzeć też inni. Jeśli kiedyś zobaczę taki spot, statek piratów zupełnie nie będzie mi potrzebny.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Warszawska Opera Kameralna. Okiem sfrustrowanego widza.

Kilka słów o „Operetce” i prognozy na Festiwal Mozartowski, czyli WOK raz jeszcze