dwutygodnik internetowy
07.12.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Oda do państwa prawa

Wyższość prawa nad polityką i pozycja sądów konstytucyjnych to wielkie osiągnięcie powojennej Europy. Zatrważająco szybko o tym zapominamy i pozwalamy, aby je kwestionowano.

ilustr.: Monika Grubizna

 

Demokracja niezagrożona

Oficjalna definicja Rzeczypospolitej zawarta w artykule 2 Konstytucji z 1997 roku. Wszyscy jesteśmy obywatelami „demokratycznego państwa prawa urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej”. O ile pierwszy przymiotnik nie budzi większych kontrowersji: słowo „demokracja” jest odmieniane przez wszystkie przypadki przez polityków i publicystów różnych opcji, o tyle drugi i trzeci element wyżej wspomnianej definicji nie budzą należnego im zainteresowania i szacunku. To wielki błąd.

Czym jest demokracja? Na to pytanie każdy z nas umie odpowiedzieć nawet obudzony w środku nocy. To rodzaj ustroju politycznego i społecznego zarazem, w którym władza należy do ludu, a decyzje, prawodawcze lub personalne, zapadają zgodnie z wolą większości –  większości obywateli lub ich przedstawicieli w rozmaitych organach władzy. Co do tego, że taki ustrój panuje w Polsce nikt nie ma większych wątpliwości: ledwie co byliśmy świadkami najbardziej demokratycznego z możliwych aktów, zmiany władzy w wyniku wyborów.  Można też wyrazić zdziwienie, że organizatorzy ostatnich protestów przeciw działaniom nowej władzy na swoje sztandary wynoszą „obronę demokracji”. Demokracja sama w sobie, demokracja bezprzymiotnikowa nie jest dziś zagrożona. Ktoś mógłby nawet powiedzieć, że to, co w ostatnim czasie dzieje się w Polsce, jest wręcz triumfem demokracji: oto naród–suweren wyraził swoją wolę, wybrał nowe władze, które, powołując się na swą świeżą i dość wyraźną legitymację, zmieniają państwo w kierunku, jaki uznają za stosowne. Cóż bardziej demokratycznego?

Wojenna nauczka

Wojciech Reszczyński, broniąc kilka dni temu na antenie Telewizji Republika tezy o zbyt rozbuchanych kompetencjach Trybunału Konstytucyjnego względem sejmu, użył cytatu z konstytucji kwietniowej z 1935 roku. Konstytucja ta miała umocnić autorytarną władzę Józefa Piłsudskiego i w ogóle nie dopuszczała możliwości badania zgodności merytorycznej zawartości przyjmowanych przez Sejm ustaw z najwyższym aktem prawnym w państwie. Ten głos jest niezwykle znamienny. Ja również, słuchając niektórych wypowiedzi polityków partii obecnie rządzącej, miałem poczucie, że rozumieją demokrację na wzór przedwojenny. Obóz, który zdobywał większość w parlamencie miał w tamtych czasach w zasadzie nieograniczone możliwości ingerencji we wszelkie dziedziny prawa, a co za tym idzie, mógł w niemal dowolny sposób kształtować rozmaite sfery życia społecznego. Dzisiejsi rządzący chyba nieświadomie nawiązują do tradycji skrajnego prawnego pozytywizmu: koncepcji, która głosiła, w największym uproszczeniu, że „prawo jest rozkazem suwerena”, to znaczy prawem jest to, co władza uzna za prawo i będzie w stanie wyegzekwować.

Tego rodzaju myślenie zostało całkowicie zakwestionowane w zachodnich demokracjach po II wojnie światowej. Uznano, że tak zorganizowany ustrój prawny nie gwarantuje, że w demokratyczny sposób nie zostanie uchwalone prawo, którego skutki będą tragiczne dla państwa lub praw i wolności jego obywateli.  W filozofii prawa zaczęły dominować poglądy takich myślicieli jak Hans Kelsen czy Gustav Radbruch, którzy głosili konieczność zgodności aktów prawa niższego rzędu z tymi stojącymi wyżej od nich w hierarchii, a także obowiązku spełniania przez prawo pewnych podstawowych kryteriów moralnych. Efektem tej refleksji było zupełne przeorganizowanie europejskich konstytucji, a co za tym idzie, całego porządku prawnego.

Reguły ponad graczami

Po pierwsze, w definicjach państw poza określeniem ich demokratycznego charakteru zaczęto dopisywać wspomnianą we wstępie klauzulę „państwa prawnego ”. Cóż ona oznacza? Dla laika może brzmieć bardzo wzniośle i pusto zarazem. W Polsce, gdzie w ustawie zasadniczej pojawiła się ona po raz pierwszy w 1989 roku, gigantyczną rolę w jej przełożeniu na język konkretu odegrał Trybunał Konstytucyjny.  Z szeregu jego orzeczeń wynika między innymi, że prawo musi być jasne i zrozumiałe; że nie może działać wstecz; że musi być powszechnie dostępne; że zanim wejdzie w życie, musi upłynąć okres tak zwanego vacatio legis, aby zainteresowani mogli się z nim zapoznać; a także że nie może naruszać praw słusznie nabytych.

Po drugie, w ustawach zasadniczych państw demokratycznych pojawiły się i rozrosły rozdziały dotyczące praw i wolności człowieka i obywatela. Konstytucje zaczęły gwarantować mieszkańcom swoich krajów takie wolności jak: wolność słowa, poruszania się, wyznania, tajemnicę korespondencji czy prawo do stowarzyszeń i zgromadzeń. W różnym stopniu zaczęły również nakładać na rządy obowiązki związane ze sferą socjalną, nakazując im między innymi, aby zapewniły obywatelom darmową edukację, służbę zdrowia czy dostęp do mieszkań (tu nasza Konstytucja jest wyjątkowo hojna, o czym pisałem na tych łamach parę miesięcy temu). Oba wskazane wyżej zjawiska sprawiły, że ustawy zasadnicze z aktów przede wszystkim regulujących relacje między najważniejszymi instytucjami w państwie stały się w znacznie większym stopniu swoistymi drogowskazami dla państw co do fundamentalnych wartości, którymi mają się kierować w swoim prawodawstwie i polityce niezależnie od bieżącej sytuacji politycznej.

Najważniejszą jednak powojenną zmianą w ustawach zasadniczych, bez której dwie wspomniane wyżej miałyby wartość najwyżej dekoracyjną, było wprowadzenie do nich sądownictwa konstytucyjnego. Uznano, że nie można mówić o państwie prawa, jeśli nikt nie będzie kontrolował, czy władze działają zgodnie z nim. Nie można mówić o państwie praw i wolności człowieka, jeśli nikt nie może sprawdzić, czy ustawy uchwalane przez większość parlamentarną ich nie łamią. Trybunały, Sądy i Rady Konstytucyjne państw zachodnich mają różną liczbę członków, różne sposoby ich powoływania, różnią się (choć bardzo nieznacznie) sposobem działania i zakresem kompetencji, jednak posiadają kilka kluczowych cech wspólnych. Są niezależne od innych władz, składają się z najwybitniejszych autorytetów prawniczych, mają prawo orzekania o niezgodności ustaw i innych aktów prawa z konstytucją, ich wyroki są ostateczne i niepodważalne, a niestosowanie się do nich jest uważane za zbrodnię stanu. Polski Trybunał nie jest tu wyjątkiem. Co więcej, przez niemal trzydzieści lat funkcjonowania zyskał sobie opinię instytucji faktycznie apolitycznej i bardzo profesjonalnej, o czym pisałem w “Kontakcie” w październiku.

Te wszystkie powojenne regulacje złożyły się na całkowitą zmianę poglądów na stosunki między prawem a władzą. Dotychczas utrzymywano, że prawo jest tworzywem w ręku suwerena (w demokracjach parlamentarnych – większości rządzącej). Dziś jego możliwości wpływania na prawo, choć ciągle wielkie, zostały poważnie ograniczone przez wartości utrwalone w Konstytucji oraz działalność sądów konstytucyjnych. Dzięki temu możemy być pewni, że żadna większość parlamentarna nie wprowadzi nowych ustaw norymberskich czy choćby, aby zejść z najwyższego C, nie nakaże wycinki Puszczy Kampinoskiej, bądź nie zakaże gejom albo luteranom studiować na państwowych uniwersytetach. Takie przykłady można by mnożyć, gdyż katalog wartości zapisanych w naszej Konstytucji z 1997 roku, którą należy uznać za naprawdę duże osiągnięcie ówczesnego pokolenia polityków, jest naprawdę długi. Jednak nawet jeśli obecna władza chciałaby tylko naruszyć mechanizmy dochodzenia swoich praw i wolności, nie naruszając ich istoty, należy mocno protestować. Kto może bowiem przewidzieć, do czego zdolni będą jej następcy?

Co z tą Polską?

Tworzenie i przestrzeganie prawa nigdy nie było naszą specjalnie mocną stroną. W I Rzeczpospolitej panował taki gąszcz praw i zwyczajów, że najpewniejszym środkiem dochodzenia swoich racji było „kupienie sobie” sądu bądź chwycenie za szabelkę. Kiedy zaś stan ten w XVIII wieku gwałtownie się zmieniał, szlacheckie państwo zostało rozszarpane na strzępy przez zaniepokojonych tym zjawiskiem sąsiadów. Przez cały okres zaborów wystąpienia przeciw państwu i jego (nieraz bardzo niesprawiedliwym i antypolskim) prawom stało się rodzajem patriotycznego obowiązku. W II Rzeczpospolitej ład konstytucyjny przetrwał raptem pięć lat, po czym zginął pod kulami żołnierzy Józefa Piłsudskiego. O jakimkolwiek respekcie dla prawa w PRL-u trudno mówić, skoro było ono regularnie gwałcone przez samych rządzących. Trudno w to uwierzyć, ale ostatnie dwadzieścia sześć lat jest najdłuższym w naszej historii okresem, w którym istnieje w Polsce państwo prawa, jakkolwiek kulawe, niedoskonałe i niesprawiedliwe by ono nie było. Podstawowe instytucje państwa działają nieprzerwanie, spory kompetencyjne między nimi należą do rzadkości, nikt na poważnie nie kwestionuje prawomocności wyroków sądowych. Wśród wielu słusznych narzekań na obraz stosunków politycznych i społecznych w III Rzeczypospolitej chyba przestaliśmy to doceniać.

Z tego właśnie powodu ostatnie działania i deklaracje nowej większości parlamentarnej budzą poważny niepokój. Nieustanne dyskredytowanie powagi, kompetencji i uprawnień Trybunału Konstytucyjnego, niewykonywanie jego wyroku, uchwalanie ustaw w trybie nie mającym nic wspólnego z zasadami przyzwoitej legislacji czy bezprecedensowa ingerencja Prezydenta w uprawnienia sądu… Wszystkie te działania dowodzą, że przedstawiciele rządzącej partii niewiele robią sobie z artykułu 7 Konstytucji, w myśl którego „organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”. Te działania muszą wzbudzać sprzeciw. Nikt bowiem nie kwestionuje, że ostatnią partię tych specyficznych szachów, jakimi jest polityka w demokratycznym państwie, wygrało Prawo i Sprawiedliwość. Kłopot polega na tym, że po zwycięstwie politycy tego ugrupowania próbują najwyraźniej wywrócić stolik, przy którym toczy się gra. Albo przynajmniej poważnie zmienić jej reguły. Do tego prawa sobie póki co nie wywalczyli.