dwutygodnik internetowy
02.04.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Ocaleni z XX wieku

Ta osobista perspektywa odczuwalna jest w całej książce. Autor stale towarzyszy czytelnikowi zagłębiającemu się w relacje bohaterów. Dopytuje, opisuje ich reakcje na swoje pytania, razem z nimi płacze.

Na książkę Mikołaja Grynberga składa się czternaście historii polskich Żydów, którzy po drugiej wojnie światowej zamieszkali w Izraelu. Historii jest właściwie więcej, bo większość rozdziałów złożonych jest z opowieści małżonków, których drogi przecięły się dopiero po wojnie. Autorowi przyświeca chęć ocalenia od zapomnienia doświadczeń ludzi, którym udało się wymknąć maszynie nastawionej na ich zagładę; ludzi, którzy całe swoje długie życie nosili w sobie te trudne wspomnienia. Ale nie tylko. Dla Grynberga rozmowy ze Świadkami były sentymentalną podróżą do krainy własnego dzieciństwa: „Czułem się tak – napisał we wstępie – jakbym znowu spotkał swoich dziadków, jakbym ponownie znalazł się w domu rodzinnym”.

 

Umie słuchać, a Ocaleni z XX wieku wydają się cieszyć, że mogą opowiedzieć mu o swoich przeżyciach. W niektórych jednak przypadkach osobiste zaangażowanie autora bywa zbyt widoczne. Grynberg słuchając opowieści swoich bohaterów zbyt często wtrąca wątki osobiste, które świadczą o jego własnych zmaganiach z polsko-żydowską tożsamością. Mam tu zwłaszcza na myśli pytanie kilkakrotnie zadawane przez autora rozmówcom, czy ich zdaniem ma on żydowski wygląd. Być może zresztą nie ma co robić z tego zarzutu i trzeba przyjąć, że jest to książka nie tylko autorstwa Mikołaja Grynberga, ale także o Grynbergu.

 

O czym opowiadają bohaterowie? Oczywiście na pierwszym miejscu o wojnie. Mówią o losach swoich rodzin; o tym, jak udało im się przeżyć; o Polakach, którzy pomogli im w najgorszych chwilach, ale też o tych, którzy winni są śmierci ich rodzin. Ale wartość tych historii nie ogranicza się do przekazu emocjonalnego. Patrząc na wojnę przez pryzmat indywidualnych losów bohaterów książki Grynberga, możemy spróbować pojąć ich sytuację i zrozumieć podejmowane przez nich wybory. Tak, jak opowieści Marka Edelmana pozwalały choćby w części pojąć to, co działo się w getcie warszawskim.

Ale jeszcze bardziej pouczające i pobudzające wyobraźnię są fragmenty dotyczące tego, co działo się przed wojną i zaraz po niej. Czytelnik dowiaduje się, jak wyglądało życie żydowskiej mniejszości przed wojną i jak układały się ich codzienne stosunki z Polakami-chrześcijanami. Ciekawe, że część rozmówców nie pamięta żadnych antysemickich zachowań sprzed wybuchu wojny. Albo nie chce o tym mówić, „żeby nie było przykro”. Zresztą część z nich długo nie zdawała sobie sprawy ze swojej inności. Do czasu, aż oświeciła ich szkoła: „Do pójścia do szkoły ja nie byłem Żydem, nie-Żydem… nie zajmowałem się tym – wspomina Efraim Laadan. – Ale jak się zaczęła szkoła, to się zaczęły kłopoty. Przyszedł do szkoły ksiądz na Wielkanoc i po spotkaniu z nim moi najlepsi koledzy nagle zaczęli krzyczeć: >>Żydzi zabili Chrystusa! Pana Boga nam zabiliście!<<. A kto tam był Żydem? Ja”. Kolegom innego bohatera książki niepotrzebny był nawet ksiądz, inność tego ucznia ukazała im się w całej pełni, gdy przyniósł do szkoły kanapkę z chałą…

 

Z opowieści zebranych w książce wyłania się jednak obraz rzeczywistej odmienności kulturalnej polskich Żydów. Niejako wbrew obowiązującej dziś (na szczęście) poprawności politycznej dowiadujemy się na przykład, że nawet spolonizowani Żydzi różnili się od swoich chrześcijańskich sąsiadów sposobem mówienia i gestykulacji. Mikołaj Grynberg zaznacza nawet, że postanowił ograniczyć do granic możliwości ingerowanie w język swoich bohaterów, bo „nikt już nie używa języka polskiego z takim wdziękiem jak oni”.

Czytając jego książkę nie byłem jednak pewien, czy ma na myśli żydowską specyfikę języka polskiego, czy fakt, że jego rozmówcy pozostając przez pięćdziesiąt lat w oderwaniu od Polski posługują się pozbawionym współczesnych naleciałości językiem przedwojennym. Moje wątpliwości rozwiała lektura krótkiej opowiastki Antoniego Słonimskiego Jak to było naprawdę, stylizowanej na opowieść starszego już Żyda, który relacjonuje pisarzowi historię domniemanego przybycia Mesjasza do Warszawy – specjalistą nie jestem, ale składnia i zwroty są jakby podobne do tych, używanych przynajmniej przez część rozmówców Grynberga.

 

Zaskakujące i szczególnie trudne do pojęcia są opowieści Ocalonych z XX wieku poświęcone temu, jak układało się ich życie w powstającym właśnie państwie Izrael. Bohaterowie książki mówią o tym, że przywozili do kraju wielki ładunek wstydu za swój los. Czuli się gorsi, a co więcej, uważani byli za mniej wartych od pionierów, którzy od lat 20. budowali Kraj na piaskach pustyni: „Kiedyś mój syn wrócił ze szkoły – opowiada Lusia Raubvogel – i mówi, że idzie grać w piłkę. Miał może dziewięć lat. Ja mu mówię: >>Naprzód odrobisz lekcje, a potem pójdziesz grać w piłkę<<. A ten mały mi na to: >>Kim ty jesteś, przeżytku holokaustowy, żebyś mi nie pozwoliła? Dałaś się prowadzić jak owca na śmierć<<. To ja się go pytam, kto mu takich rzeczy naopowiadał. A on mówi, że nauczycielka”.

Stosunek bohaterów książki do własnej przeszłości jest niezwykle złożony. Wstydzą się jej, wnukom wolą opowiadać o zwycięskich wojnach Izraela, a nie o swoich tragicznych wspomnieniach z Europy, a jednocześnie cały czas żyją wspomnieniami z II wojny światowej. Być może warto w tym miejscu dodać, że większość z tych, którym udało się przeżyć Zagładę, jest w pewien sposób do siebie podobna: duża część z nich pochodzi z zamożnych, wykształconych i zasymilowanych rodzin. Szansę na przetrwanie zwiększała przecież umiejętność mówienia po polsku bez akcentu, czy dobra znajomość niemieckiego, podobnie jak posiadanie środków na utrzymanie się w czasie wojennej tułaczki czy w ukryciu. Ale są też podobni charakterologicznie: są energiczni i twardo stąpają po ziemi. I właśnie taka wydaje się większość rozmówców Grynberga.

 

Złożony jest także ich stosunek do Kraju, co wiąże się z ich stosunkiem do kraju nad Wisłą, który opuścili niedługo po wojnie. Grynberg pytając swoich bohaterów o to, czym dziś jest dla nich Polska, doskonale ukazuje tę złożoność. Dla części z nich Polska jest tylko wspomnieniem; dla innych, chyba dla większości, jest ojczyzną: „Ja panu powiem – mówi Marcel Goldman. – Polska to są moje korzenie, których nie chcę odcinać i których nie odcinam. Język, literatura, maniery… Ale odpowiem panu na to pytanie, tak jak odpowiedział niedawno w telewizji jeden Żyd z Niemiec: >>Ja tutaj (chodziło mu o Europę) nie pasuję, ale tutaj należę. A tam (czyli w Izraelu) pasuję, ale nie należę<<. Pan rozumie?”. Najsmutniejsze w tej sytuacji jest to, że w odczuciu większości Ocalonych to nie oni porzucili Polskę, ale to ojczyzna ich nie chciała. Niestety, wspominając powojenne pogromy, trudno się im dziwić.

Sądzę, że na koniec warto dodać, że osiem lat temu ukazała się książka autorstwa Anis D. Pordes i Irka Grina Ich miasto, która została pomyślana podobnie do dzieła Grynberga – składają się na nią opowieści Izraelczyków, którzy przed wojną mieszkali w Krakowie. Prace te jednak nie stanowią dla siebie konkurencji, a wręcz doskonale się uzupełniają. Książka Pordes i Grina całkowicie pomija czas wojny, której dotyczy większość wspomnień zebranych przez Grynberga. Jako że Ich miasto ukazało się wcześniej, to jej bohaterowie – podobnie jak u Grynberga, bardzo zaawansowani wiekiem – więcej pamiętali z tego, co działo się przed wojną. Autorzy skrupulatnie wypytywali o wspomnienia dotyczące powrotu do Krakowa zaraz po wojnie, ale też na tym kończyli wywiady, a Grynberg, jak napisałem wcześniej, rozmawiał ze swoimi bohaterami także o pierwszych latach spędzonych w Izraelu.

 

Jest jeszcze jedna rzecz, która łączy obie te książki: mała liczba zamieszczonych w nich fotografii. Trudno to zrozumieć zwłaszcza w przypadku Ocalonych z XX wieku – Mikołaj Grynberg doskonale wywiązał się z roli psychologa, którym jest z wykształcenia, i okazał się świetnym słuchaczem, ale nie zrealizował się, być może z przyczyn od siebie niezależnych, jako fotograf, którym jest z zawodu. Biorąc pod uwagę wartość tych książek, niewielka to skaza, ale jednak żal, że czytelnik nie może się zagłębić w życie bohaterów także za pośrednictwem zdjęć.

Zarówno Ocaleni z XX wieku, jak i Ich miasto to książki godne polecenia. Obie są porywające i mówią więcej o najnowszej historii Żydów polskich i stosunkach polsko-żydowskich, niż jakakolwiek praca monograficzna. Fakt, że autorom udało się ocalić tych kilkadziesiąt indywidualnych historii od zapomnienia, trudno przecenić. Właśnie w tej walce z przemijaniem streszcza się sens zdania wypowiedzianego przez jednego z rozmówców Grynberga, który uczynił z niego podtytuł swojej książki: Po nas nikt już nie opowie, najwyżej ktoś przeczyta… Naprawdę warto przeczytać.